Muzeum Narodowe zaczęło sezon dwiema mocnymi propozycjami. Były "Światłoczułe" - doskonały pokaz ponad tysiąca fotografii z przepastnych zbiorów tej instytucji - zazwyczaj niedostępnych dla publiczności kadrów Karola Beyera, świetnych varsavianów, zdjęć wykonanych przez Jerzego Kosińskiego. Później pokazano "Interwencje" - nieprezentowane na co dzień prace wstawione kontrastowo w przestrzenie stałych ekspozycji.

Tymi dwoma pokazami muzeum zaczęło wypełniać obietnice nowego dyrektora prof. Piotra Piotrowskiego, że kierowana przez niego instytucja będzie trzymać rękę na pulsie nowych tendencji w sztuce i wystawiennictwie, a nie tylko powielać pomysły sprzed lat. Jubileuszowa wystawa malarstwa i rysunku Jacka Malczewskiego też próbuje się w tej linii programowej mieścić. Tyle że w dążeniu ku nowoczesnemu pokazaniu klasyka polskiego malarstwa utknęła w pół drogi.



Szkice do portretu

Prace Malczewskiego z kolekcji Narodowego, które do tej pory nie były dostępne publiczności, zgromadzono w parterowej części ekspozycji. To świetny, zadziwiający, miejscami komiczny kalejdoskop szkiców ołówkiem, piórkiem, kredką i wczesnych płócien artysty. Wśród pokazanych prac odnajdziemy wczesne próby odwzorowania najbardziej dostępnych artyście wizualiów: portrety rodziny, sąsiadów, kopie słynnych obrazów.


Oglądamy szkic "Stańczyk według Matejki", kilka portretów matki Malczewskiego, rozbrajający, karykaturalny szkic "Portret Konarskiego z Radomia", przedstawiający typowego mieszczanina z rodzinnego miasta Malczewskiego. To młodzieńcze próby artysty z lat 60. XIX wieku, wprawki pełne perspektywicznych wpadek i formalnych mielizn. Obok tych prac, dla których tworzywem były obserwacje, są też zapisy zupełnie manualnych ćwiczeń Malczewskiego, na przykład odrysy z XIX-wiecznych tablic zoologicznych przedstawiających egzotyczne zwierzęta. Te juwenilia posłużyły twórcom wystawy do zbudowania genealogii dla dobrze znanych prac Malczewskiego - prześledzenia pracy nad motywami, narodzin dobrze znanego stylu.

I tak koło siebie oglądamy wczesne "Studium dziewczyny", "Mit życia/Parkę" oraz dojrzałą pracę "Kobieta stojąca na tle gaju oliwnego" z 1917 - w płótnie odnajdujemy kompozycje i kobiece rysy z wcześniejszych szkiców. To rzeczywiście taki Malczewski, jakiego nie znamy. Ale oprócz tych rzadko pokazywanych prac artysty, na wystawie znalazły się - ledwie piętro wyżej - malarskie hity, symboliczne i metafizyczne płótna klasyka: "Śmierć Ellenai", "Hamlet polski", "Śmierć" i kilka autoportretów. To z kolei idealnie podręcznikowy Malczewski, w dodatku te klasyczne płótna na co dzień można oglądać w Galerii Malarstwa Polskiego warszawskiego Muzeum Narodowego - zaledwie kilka sal obok. Z okazji osiemdziesięciolecia śmierci artysty po prostu przewieszono je w inne miejsce. Ta dwudzielna, pęknięta struktura to niejedyna słabość wystawy. Na ekspozycję złożyły się wyłącznie te prace Malczewskiego, które Narodowe akurat miało pod ręką.



Malczewski jak Małysz

"Moje życie" bierze swój tytuł od jednego z tryptyków Jacka Malczewskiego, który znajduje się w kolekcji Narodowego. Historyczny tytuł ma dziś przewrotne brzmienie - taki tytuł noszą autobiografie kulturowych i popkulturowych celebrytów: od wspomnień Isadory Duncan, po wywiad rzekę z Adamem Małyszem. Rzeczywiście, Malczewski na wystawie w Narodowym traktowany jest jak celebryta - rozpoznawalny, kanoniczny, znany. Taki, z którym wielka państwowa instytucja obligatoryjnie musi wziąć się za bary z okazji każdej rocznicy i nie może sobie pozwolić na pokazanie jego oeuvre’u w niekonwencjonalny sposób.


10 lat temu ten sam oddział Muzeum Narodowego zorganizował jubileuszową wystawę Malczewskiego, teraz organizuje dość podobny pokaz, tyle że poszerzając bezpieczny kanon o doskonałą część wczesnych prac artysty. Tymczasem inne wielkie europejskie muzea mierzą się z wielkimi klasykami bez głębokiego westchnienia, że znów trzeba pokazywać to samo.

W wiedeńskim Leopold Museum do połowy stycznia trwa wystawa prac Edwarda Muncha. Nad grafikami i płótnami norweskiego artysty dobudowano jednak dodatkową narrację - w muzeum pokazano prace innych artystów (m.in. Goi i Piranesiego), które też - jak płótna Muncha - odsyłają widza do kategorii strachu, przerażenia i niezwykłości. W sztokholmskim Moderna Museet od listopada prezentowane są prace Salvadora Dalego zestawione z campowymi, przestylizowanymi pracami Francesco Vezzolego, włoskiego skandalizującego artysty średniego pokolenia.

Klasyków można pokazać inaczej i kuratorzy z warszawskiego Muzeum Narodowego na pewno to wiedzą. Pozostaje mieć nadzieje, że kiedy Narodowe rozpędzi się już na dobre, przezwycięży finansowe ograniczenia i zdobędzie się na odwagę, by działać inaczej.