Tekst Cezarego Polaka to ostatni głos w debacie "Dziennika Gazety Prawnej" nad stanem kultury narodowej po odzyskaniu niepodległości. Dotychczas zamieściliśmy artykuły Jacka Wakara (teatr), Michała Mendyka i Marcina Staniszewskiego (muzyka poważna i rozrywkowa), Wojtka Kałużyńskiego (film), Piotra Kofty (literatura) i Anny Theiss (sztuka).



Miałem niedawno przyjemność pilotować po Polsce wycieczkę studentów architektury z Finlandii. Skandynawscy projektanci dokumentowali budownictwo powstałe w naszej części kontynentu w epoce międzywojnia.

Pokazałem im więc miasto i port Gdynię, Żoliborz i Saską Kępę w Warszawie. Byli zdumieni, że w niebogatym, targanym wewnętrznymi problemami i skonfliktowanym z sąsiadami państwie zrealizowano awangardowe założenia światowej klasy.

Przypominam ten łechcący patriotyczne ego epizod, bo zastanawiam się, co pokazałbym sympatycznym gościom z Helsinek, gdyby poprosili o mapę analogicznych osiągnięć po 1989 r. Niestety poza jednostkowymi przykładami musiałbym przyznać, że nic. Przez dwie dekady nie tylko nie zbudowaliśmy nowej Gdyni i Saskiej Kępy, ale w dużej mierze zniszczyliśmy ich dziedzictwo.


Uciec z letargu

Miłe złego początki zaczęły się niedługo po czerwcowych wyborach. Upadek centralnie sterowanej gospodarki i otwarcie granic stworzyły szansę rozwoju i podniesienia z totalnego letargu, który stał się udziałem architektury polskiej w ostatniej, kryzysowej dekadzie PRL. Jednak pierwsze pięciolecie III RP nie spełniło pokładanych w nim nadziei. Nad Wisłą powstawały obiekty wtórne, zaprojektowane jeszcze w poprzedniej epoce oraz dzieła tzw. spadochroniarzy, projektantów zagranicznych, nierzadko niechcianych w krajach o wysokiej kulturze architektonicznej. Większość stanowiły banalne inwestycje komercyjne, praktycznie nie budowano wówczas gmachów publicznych.

Kwitło natomiast budownictwo indywidualne, niestety w formie zupełnie oderwanej od naszej tradycji. Od Tatr do Bałtyku zaczęły straszyć wille z wieżycami wznoszone przez wzbogaconych na raczkującym polskim kapitalizmie rodaków. Pseudogotyckie rezydencje, przypominające ponure zamczysko z kreskówki o smerfach, ochrzczono mianem "gargameli", od imienia zamieszkującego warownię czarownika.

Ożywienie przyszło w połowie dekady. Wybitnym dziełem tamtego czasu jest powstałe z inspiracji i przy wsparciu finansowym Andrzeja Wajdy Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha". Sąsiadujący z Wawelem, fantastycznie wkomponowany w zakole Wisły i przypominający gigantyczną falę gmach jest dziełem tokijskiej pracowni Araty Isozakiego oraz krakowskiej Ingarden – Ewy & Jet Atelier.


Podwawelski obiekt był jaskółką nowego. Wkrótce w Polsce zaczęli się pojawiać architekci ze światowej ekstraklasy, inwestorzy zaś zaczęli przywiązywać wagę do jakości zamawianych projektów oraz materiałów użytych do ich realizacji. We wznoszonych (głównie w stolicy i dużych ośrodkach) budowlach przestała dominować przeszklona ściana kurtynowa, ukrywająca ideową i wykonawczą miernotę inwestycji.

Wybitnym przykładem jest m.in. Centrum Giełdowe w Warszawie przy ulicy Książęcej. Zaprojektowany przez Stanisława Fiszera i Andrzeja M. Chołodzyńskiego gmach, wkomponowany w zabytkowe otoczenie i park, wyróżnia się prostą formą, zastosowaniem tradycyjnych materiałów (aluminium, szkło, naturalny kamień) oraz ich dekoracyjnymi fakturami. Panele na elewacji pokryte są tekstami z wypukłych liter, symbolizującymi funkcje budynku i stanowiącymi rodzaj współczesnej Biblii pauperum.



Ikona u studentów

Metatekstowe decorum (symboliczne księgi z brązu) pokrywają budynek, który bez przesady można nazwać ikoną architektury polskiej ostatniego dwudziestolecia. Myślę o nowej siedzibie Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Twórcom książnicy-ogrodu udało się przybliżyć warszawiaków nie tylko do ksiąg, ale i do Wisły, odciętej w czasach PRL od miasta trasą szybkiego ruchu. Marek Budzyński i Zbigniew Badowski wcielili w życie postulat Witruwiusza. Zaprojektowany przez nich budynek jest modelową realizacją złotej zasady głoszącej, że architektura polega na zachowaniu trwałości, użyteczności i piękna.


Przykłady wybitnych realizacji można by mnożyć. W Polsce projektują tuzy światowej architektury, m.in. Norman Foster (biurowiec Metropolitan w Warszawie), Daniel Libeskind (stołeczny wieżowiec Złota 44) czy Frank Gehry (centrum Camerimage w Łodzi). Wartościowe obiekty tworzą Polacy – pracownia JEMS (m.in. siedziba Agory), Stanisław Niemczyk (kościół Jezusa Chrystusa Odkupiciela w Czechowicach-Dziedzicach) czy Andrzej Bulanda i Włodzimirz Mucha (BRE Bank w Bydgoszczy).

Nasi architekci i inwestorzy docenili walory zabudowy industrialnej, dzięki czemu powstały tak wyjątkowe adaptacje dawnych zakładów przemysłowych jak Stary Browar w Poznaniu czy loft w pokopalnianej lampiarni w Bytomiu.



Niszczenie diamentów

Sęk w tym, że są to wyjątki potwierdzające regułę. Zaledwie kilkanaście procent powierzchni Polski ma plany zagospodarowania przestrzennego, co powoduje, że każdy może budować na swojej działce tak, jak chce. Planowanie przestrzenne i urbanistyczne nie istnieje. Zatrważający jest nasz stosunek do architektonicznego dziedzictwa. Niedawno mimo protestów architektów i historyków sztuki rozebrano warszawski Supersam, perłę socmodernizmu zaprojektowaną przez Jerzego Hryniewieckiego, obiekt nagrodzony na światowym biennale w Sao Paolo.

Nie zadziwiliśmy świata nową architekturą. Zadziwiamy go barbarzyńskim niszczeniem dorobku sprzed lat.