Jeszcze nie minął szum po odsłonięciu „Wielokropka” nad ulicą Chłodną, a już na placu Konstytucji pojawiła się kolejna instalacja – „W środku lato”. Karolina Beguła serwuje publiczności odrobinę szaleństwa, czy jak chcą niektórzy, raju. Do kontenera można wejść i zapomnieć o tym, że jesteśmy w sercu metropolii na północy Europy, w apogeum mroźnej zimy. W środku kubika panuje wakacyjna temperatura, zaś artystka emituje filmy, nagrywane latem w tej części miasta.

To tylko najnowsze przykłady rzeźb społecznych, realizowanych w Warszawie. Wbrew obiegowej opinii ten desant sztuki nie wynika z możliwości finansowych tutejszego magistratu, większych niż jakiegokolwiek miasta nad Wisłą i Odrą. Nie o pieniądze tu chodzi, lecz o bardziej niż gdzie indziej atrakcyjną dla artystów przestrzeń. Warszawa, miasto, któremu amputowano podczas wojny i w epoce PRL materialną i duchową tożsamość, jest ciągle miejscem niezabliźnionych ran. Na tym pulsującym, generującym największym w kraju kapitał ludzki, biznesowy czy artystyczny organizmie twórcy dokonują operacji. Nierzadko bez znieczulenia, jak Paweł Althamer, którego za pomnik praskiego menela bezpardonowo zaatakował jeden z tabloidów.

Artyści rzeźbią w naszej mentalności. Wychodzą ze swoimi pracami wprost w uliczny rejwach, zmuszają przechodniów, przypadkowych odbiorców nieprzywykłych do obcowania ze sztuką poza murami muzeów, galerii i telewizji. Rzeźbią też w mentalności urzędników, co chyba jest jeszcze trudniejsze. W dziedzinie rzeźb plenerowych w przestrzeni publicznej jeszcze niedawno Warszawa była odpychającym monolitem.


Bohaterowie czy upamiętniane ofiary patrzyły na nas z góry, z przeskalowanych cokołów. I wbrew szlachetnym zamierzeniom inicjatorów najczęściej pozostawiały nas obojętnymi. Skrojone na ludzką miarę, bezpośrednio odwołujące się do naszych wyobrażeń, pragnień i problemów prace Rajkowskiej czy Althamera przekonują, że o trudnych sprawach można debatować bez patosu i zadęcia. Ta artystyczna kontrpropozycja jest też fascynującą próbą oswojenia nieprzyjaznej urbanistyki miasta. Ktoś powiedział, że Warszawa jest brzydka jak współczesna sztuka. Artyści nie usiłują przekonać, że stolica Polski jest piękna. Ale udowadniają, że sztuka może Warszawę odmienić. Oto 5 artystycznych interwencji, które już to zrobiły.



1. „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” Joanna Rajkowska

Osiem lat temu na warszawskim rondzie de Gaulle’a stanęła kilkumetrowa palma z plastiku. Autorka instalacji, Joanna Rajkowska, chciała w ten sposób wywołać dialog nad trudnym dziedzictwem polsko-żydowskim. Nazwa Alej Jerozolimskich pochodzi bowiem od istniejącego w XVIII wieku żydowskiego osiedla Nowa Jerozolima, do którego wzdłuż obecnej ulicy prowadziła droga z Warszawy. W warstwie dosłownej palma była zapożyczeniem z polszczyzny, w której to wyrażenie oznacza coś przekraczającego nasz sposób myślenia, nielogicznego czy głupiego. Artystka postanowiła wyjść ze swoim artefaktem z przewidywalnej przestrzeni galerii i wtopić go w krwiobieg miasta, skonfrontować go z wrażliwością przechodniów nieprzyzwyczajonych do obcowania ze sztuką w ulicznej scenerii.

Publiczność odczytała przesłanie „Pozdrowień” inaczej, niż projektowała artystka. Instalację odbierano nie w kontekście polsko-żydowskim, lecz wakacyjno-urlopowych tęsknot i ciągot rodaków, których upostaciowanie dostrzegano w plastikowej replice tropikalnego drzewa. Palma zapoczątkowała trwającą do dziś publiczną debatę nad obecnością sztuki (czy raczej jej braku) w przestrzeni publicznej polskich miast. Warszawiacy szybko zaakceptowali projekt Rajkowskiej. Palma uznawana jest dziś za jeden z symboli miasta i reprezentuje Warszawę w staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Niedawno stołeczny magistrat zakupił rzeźbę na własność. Joanna Rajkowska uchyliła furtkę – wkrótce podążyli za nią inni artyści.


2. „Pan Guma” Paweł Althamer

„Wstyd. Stawiają pomnik menelowi” – oburzali się niektórzy przechodnie. Pierwowzorem „Pana Gumy” jest bowiem alkoholik z warszawskiej Pragi, który nałóg przypłacił życiem. Jego figura z tworzywa sztucznego stanęła tam, gdzie najczęściej można go było spotkać. Guma godzinami wystawał pod sklepem z alkoholem na rogu ulic Stalowej i Czynszowej. Bywał obiektem żartów, ale raczej go szanowano. Żebrał, ale kiedy miał pieniądze, to pożyczał, nawet tym, którzy go zaczepiali. Dla części okolicznych dzieciaków były to jedyne przejawy sympatii, na jaką mogły liczyć ze strony dorosłych.

To właśnie chłopaki ze złych domów, z którymi prowadził zajęcia Paweł Althamer, zaproponowali artyście, żeby w ten sposób upamiętnić Gumę, cichego bohatera okolicy. Rzeźba Althamera jest jak otwarta rana w organizmie tej złej warszawskiej dzielnicy. Mówi prawdę o Pradze, przypomina o rzeczywistych problemach tej złej dzielnicy, kreowanej przez władze i media na mekkę artystów i ostoję klimatu przedwojennej Warszawy. „Pan Guma” jest też wyzwaniem dla prażan, zmusza do refleksji nad faktycznym obliczem dzielnicy, mimo artystycznego desantu ciągle zdegradowanej i pozbawionej perspektyw rozwoju. Przypadek Gumy jest tam tyleż wstydliwy, ile powszechny.




3. Park Rzeźby – Paweł Althamer i inni

Kolejny projekt Pawła Althamera jest dowodem na to, że sztuka może kapitalnie wpisywać się w społeczne oczekiwania i być sygnałem zmian w mentalności urzędników. Pomysł Parku Rzeźby na Bródnie, kojarzącym się większości warszawiaków z bezkresnym blokowiskiem, wyszedł od władz dzielnicy. Althamer propozycję przyjął, zaprosił do współpracy słynnych artystów i stworzył pierwszą na tak dużą skalę plenerową ekspozycję dzieł sztuki współczesnej w Warszawie. W otoczonym peerelowskimi mrówkowcami zieleńcu stanął 300-kilogramowy kalejdoskop wbity w ziemię przez Olafura Eliassona oraz rzeźba Moniki Sosnowskiej, przedstawiająca gigantyczną sferę zespawaną z krat. Tajski artysta Rirkrit Tiravanija zostawił bródnianom „Przewrócony domek herbaciany z ekspresem do kawy”, instalację, w której można się schronić podczas niepogody. Sam Althamer podarował krajanom „Raj” – sadzawkę obsadzoną egzotycznymi roślinami. Inspiracją do projektu były rysunki dzieci z Bródna, przedstawiające ich wyobrażenia Elizjum.



4. „Wielokropek” – Anna Baumgart i Agnieszka Kurant

Wzięty w nawias olbrzymi znak interpunkcyjny zawisł w miejscu kładki, która w czasie wojny łączyła dwie części warszawskiego getta, rozdzielonego aryjską ulicą Chłodną. Dziś po tym prowizorycznym moście nie ma w stolicy śladu. Upiorna kładka funkcjonuje co najwyżej we wspomnieniach nielicznych świadków tamte epoki, książkach i w kronikach filmowych. Praca Anny Baumgart i Agnieszki Kurant symbolizuje tę pustkę, białą plamę w topografii naszej pamięci. Początkowo artystki chciały odtworzyć nazistowską kładkę na podstawie starych fotografii. Zrezygnowały pod naciskiem, w wyniku obiekcji, wysuwanych przez niektóre instytucje ustawowo zajmujące się opieką nad miejscami martyrologii oraz część intelektualistów.


Wydaje się, że na tym kompromisie „Wielokropek” dużo zyskał. Rezygnując z upiornej dosłowności (która charakteryzuje przecież większość polskich pomników pamięci) artystki nadały swoje pracy uniwersalny wymiar, czytelny zarówno w kontekście lokalnym, jak i międzynarodowym, nie ograniczając go tylko do skomplikowanych relacji polsko-żydowskich. „Wielokropek” ma podróżować po świecie i pojawiać się w miejscach konfliktów, symbolizować problemy niedopowiedziane, ocenzurowane, przemilczane. Tematy tabu we współczesnej kulturze, które choć są niewyartykułowane, mają ogromny wpływ na życie społeczne. Wątpliwe, by quasi-realistyczna kładka wywoływała takie konotacje. Wypreparowany z łacińskiej pisowni, wyolbrzymiony znak interpunkcyjny, choć niedosłowny jest znacznie bardziej czytelny.



5. „Światłotrysk” – Maurycy Gomulicki

„Dla mnie ten neon to rodzaj alternatywnego pomnika” – mówił Maurycy Gomulicki. W popularnym parku Kępa Potocka na rodzinnym Żoliborzu artysta, potomek znanego varsavianisty, stworzył kilkunastometrowy neon w kształcie szklanki z różowymi bąbelkami. Migające banieczki wydają się ulatywać w niebo niczym bąbelki oranżady albo szampana. Wkomponowana w zieleń instalacja Gumulickiego to pomnik urody chwili, pochwała radości i przyjemności życia. Podobnych obiektów jak powietrza brakuje zawłaszczonej przez martyrologiczne monumenty polskiej przestrzeni publicznej.

Szklanka jest też hołdem dla cudownego designu późnych lat 50. oraz 60., wspaniałych neonów i wyrafinowanego wzornictwa przemysłowego, z którego słynęła wtedy Polska i przewrotnym dialogiem z współczesnością. Lwią część tego designerskiego dziedzictwa lekką ręką zamieniliśmy po 1989 roku na powielane w tysiącach miast na wszystkich kontynentach reklamy sprzętu rtv, napojów gazowanych czy chipsów. „Światłotrysk” Maurycego Gomulickiego to także próba kontestacji tego przygnębiającego w sensie artystycznym zjawiska. I przykład, że sztuka może się też angażować w obronę prawa do czysto estetycznej rozkoszy, może trochę mieszczańskiej, ale wyrafinowanej.