Jest jakiś plakat, który uważa pani za najlepszy, wzorcowy? Taki, powiedzmy umownie, typ idealny plakatu?

Maria Mileńko: Nie, zdecydowanie nie ma takiego projektu. Mogę mówić raczej o konkretnych stylach i mistrzach, których dorobek bardzo mnie inspiruje. Moimi głównymi inspiracjami jest twórczość współczesnych plakacistów: Lexa Drewińskiego, Niklausa Troxlera i Jasona Munna. Polską szkołą plakatu inspiruje się rzadziej; gdybym miała wymienić jakieś wzory, byłby to pewnie Jan Lenica i Henryk Tomaszewski.


Ale pani plakaty nie wyglądają ani trochę jak projekty graficzne Lenicy...

Bo to nie są dosłowne inspiracje, ale nawiązanie do pewnego stylu myślenia o plakacie, do pracy z tematem. Staram się kierować regułą prostoty, oszczędnego języka, upraszczać, nie sięgając przy tym po typową symbolikę. Trzymam się sentencji sformułowanej przez Lexa Drewińskiego: "W plakacie odejmować, znaczy dodawać". Kiedy pracuję z konkretnym, zadanym tematem, przeglądam w internecie klasyczne plakaty moich mistrzów, wiedząc, że dzięki temu mam szansę stworzyć coś lepszego. Wtedy z reguły pojawia się własny, autorski pomysł.


Wyobraża sobie pani, że malarz zagląda do albumu Picassa, po to żeby poszukać inspiracji?

Na pewno zagląda tam dużo wcześniej niż przed samym malowaniem obrazu, tak jak do albumów z reprodukcjami innych wielkich mistrzów... Współczesny obraz powstaje zupełnie inaczej niż plakat - rodzi się sam, w większości przypadków nie wpisuje się w zadany z zewnątrz temat. Tymczasem plakat to projekt odpowiadający na bardzo konkretne zagadnienie, chociaż nie można go porównywać do pracy z agencji reklamowej, gdzie trzeba całkowicie dostosować się do zleceniodawcy; plakat musi zmierzyć się z tematem, ideą w twórczy sposób, daje duże możliwości interpretacji. Przyznaje, czasami te plakatowe tematy też ciążą. Kiedy prof. Eugeniusza Skorwider z pracowni plakatu na poznańskiej ASP poprosił nas o przygotowanie plakatu na konkurs ogłoszony przez UE, trochę zwątpiłam. Wydawało mi się, że na temat "I love Europe" naprawdę nie można powiedzieć nic ciekawego, co nie ocierało by się o banał.


A jednak pani projekt bezkonkurencyjnie wygrał w tym konkursie. W zasadzie zmiażdżył inne propozycje.

Ostatecznie zdecydowało głosowanie internetowe. Myślę, że na tę pozytywną ocenę wpłynęła właśnie ascetyczność tego plakatu, inne propozycje opierały się na mieszaninie dużej liczby elementów, zamierały dużo wzorów, które niekoniecznie wnosiły coś do tematu. To była taka reklamowo-telewizyjna stylistyka. Wyróżniała się też praca, która zajęła drugie miejsce, dość oszczędny plakat Portugalki Diany Jung. Europę przedstawiono jako kompozycję z malarskich plam, to bardzo efektowny pomysł, który na pewno sprawdzi się w dużym formacie. Ten projekt oraz inne plakaty, które dotarły do finału mają szansę być wykorzystane w promocji UE w poszczególnych krajach. Mój plakat zostanie pokazany w 27 krajach Unii i przetłumaczony na 23 języki, będzie można go zobaczyć na ulicach, zaistnieje w przestrzeni, będzie go też można kupić.



Plakat ma sens tylko wtedy kiedy jest masowy, pojawia się na słupach i płotach?

Teoretycznie każdy plakat ma temat i zadanie - wyjścia z pracowni, pokazania się w mieście, bycia zauważonym przez szerszą publikę. To nie jest możliwe bez zewnętrznego wsparcia - konkursu, zamówienia. Nikt przecież nie wyjdzie na ulicę i nie zacznie przyklejać plakatów na murach, bo to po prostu niedozwolone. Z drugiej strony w pracowniach powstaje wiele projektów plakatowych, które mają dużą moc i pewnie warto się nimi zainteresować. Mam wrażenie, że plakat się odradza znów zaczyna być doceniany, że rośnie świadomość tego, że to nie jest medium typowo reklamowe, że nie musi zachęcać do pójścia na koncert albo do kina, ale ma wartość ideową, trochę abstrakcyjną, mocno artystyczną.


Ma pani w domu jakieś plakaty?

Tylko własne, no i trochę koncertowych. Mam też dwa plakaty Karoliny Szymkowiak do przedstawień teatralnych: "Król mięsopust" i "Opowieści niesmutne" w reżyserii Bogdana Żyłkowskiego. Na razie ograniczam się do oglądania kultowych plakatów w internecie, ze względów finansowych. Gdybym mogła sobie na to pozwolić, na pewno kupiłabym plakat projektu Eiko Ishioka, z fotografią wykonaną przez Koichi Inakoschi. Tytuł tego plakatu przetłumaczony na Polski to mniej więcej: "Nie oglądaj plakatów, sam bądź plakatem", natomiast w środku plakatu widnieje napis: "Nie gap się na nagich. Sam się rozbierz".