Gdyby jego najnowsza premiera - krakowski "Amfitrion" Kleista – przyjechała z Hamburga lub Drezna, zachwytom nie byłoby końca. Pisano by, jakie to sprawne, błyskotliwe, dynamiczne. Tymczasem po jego polskich spektaklach krytycy wybrzydzają. Klemm rzeczywiście lubi teatr siłowy, apsychologiczny. Opiera sceny na rytmie, do aktora dobiera się z zewnątrz, przez formę, gest, grymas. Każe mu skandować tekst, konfrontować się fizycznie z partnerem. Ale przedstawienia takie jak „Amfitrion” to fenomenalne generatory energii.

Dlatego mam w nosie poglądy polityczne Klemma i jego dramaturga Igora Stokfiszewskiego, fascynuje mnie teatr, który ma być ich nośnikiem. Sztuka Kleista o bogu, który wychędożył małżonkę dzielnego wojownika, przybierając dla niepoznaki jego postać, zostaje umieszczona w scenografii talk-show albo teleturnieju. Puszczona w ruch teatralna obrotówka zamienia dom Alkmeny i Amfitriona w namiastkę estrady. Postawy i wartości, o których się tu mówi, znaczą tyle, ile bohaterowie chcą, żeby znaczyły. Nad sceną wisi motto „programu”: „It’s not you, it’s me” (To nie jesteś ty, to jestem ja).

Klemm rozpętuje sceniczną komedię omyłek, Jupiter udaje Amfitriona, Merkury jego służącego Sozjasza, Charysa odgrywa się na Sozjaszu za winy Merkurego, Alkmena dziwi się, że jej „prawdziwy” mąż nie pamięta ich wspólnej nocy. Jupiter nie jest u Klemma nawet podobny do Amfitriona. Boga i wojownika gra dwóch różnych aktorów: Adam Nawojczyk i Błażej Peszek. Czemu więc Alkmena (cudownie rozkojarzona Małgorzata Hajewska- Krzysztofik) zdradza? Ulega, bo tak jak my boi się poddawać w wątpliwość prawdy, które głoszą inni. Skoro ktoś mówi, że jest patriotą, to pewnie nim jest, skoro inny twierdzi, że jest czyimś mężem, to chyba musi nim być. Reżyser drwi z naszej zgody na bycie manipulowanymi, z naszej potrzeby nieustannego objaśniania nam świata. Pokazany na scenie krakowskiego Starego Teatru mechanizm demaskuje skutki naszego braku sprzeciwu, komedia Kleista bawiąc, wywołuje zaniepokojenie.

Nikt tu nie pyta, czemu bogowie są źli i występni. Przecież żyjemy w świecie, w którym sobie ufamy coraz mniej. Zmysły kłamią, dlatego desperacko czepiamy się twierdzeń. Co jest dowodem na moje istnienie? Przecież inni mówią, że ja to nie ja. Skoro nie jestem sobą, nie odpowiadam za nic, co zrobiłem. Nawet nie można zwalić winy na przewrotność bogów, bo nie ma żadnych bogów. Merkury (charyzmatyczny Arkadiusz Brykalski) i Jupiter to tylko ludzie, którzy mają większą od innych świadomość technik manipulacyjnych. Przypominają bandyckich filozofów, ekspertów od wizerunku medialnego.

W finale oszukana, ale też zaspokojona Alkmena już się nie tłumaczy, ale po prostu wzdycha. Kleist kończył swoją sztukę jej radosnym „Ach!”, wykrzyczanym z ulgą, że uwierzono w jej niewinność i naiwność. Złośliwa Hajewska-Krzysztofik zamienia ten mimowolny okrzyk na swojskie „Eech...”. Tak wzdycha polska kobieta, która rozumie już, że oszustwo może być atrakcyjniejsze od prawdy. I tu łączę się z nią w bólu. W końcu, gdyby pewnego dnia przyszła do mnie Karolina Gruszka i powiedziała, że jest moją żoną, za nic w świecie nie przyznałbym się, że tak naprawdę wcale nie nazywam się Iwan Wyrypajew.

"Amfitrion", Heinrich von Kleist

reż. Wojciech Klemm

Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Premiera 27 lutego