Chociaż posiwiały pan z brzuszkiem z roku na rok coraz mniej przypomina efebowatego elegancika sprzed ćwierć wieku, fani artysty z Manchesteru mają powody do ekscytacji.

"Jeśli rzeczywiście przyjedzie do Polski, stawię się na koncercie. Może to będzie ostatnia okazja, żeby go zobaczyć, bo zapowiada koniec kariery. Trzeba się z tym pogodzić: eteryczny, neurotyczny chłopak z The Smiths kończy w tym roku pięćdziesiątkę" - mówi Krzysztof Varga, który od lat 80. wiernie śledzi jego dokonania, a o brytyjskiej muzyce pisał w kilku swoich powieściach. Dla starszych fanów Morrisseya "Years Of Refusal" i możliwa wizyta ich guru w Polsce to okazja do podróży sentymentalnej. Mimo że grupa The Smiths istniała tylko 5 lat i rozpadła się dwie dekady temu, wspomnienia o niej są żywe - szczególnie wśród tych, którzy poznawali ich muzykę dzięki polskim edycjom winylowych płyt Brytyjczyków wydawanych przez Tonpress pod koniec lat 80. "Pamiętam te płyty. Kupiłem obie - debiut i "Queen Is Dead" z okładką z Alainem Delonem" - przypomina sobie Artur Rojek, lider Myslovitz, wówczas licealista. "Nie znałem angielskiego, więc nie miałem pojęcia, o czym on śpiewa. Jednak w zasadzie nie miało to dla mnie znaczenia. Liczyła sie tylko moja wyobraźnia i w tym zakresie Morrissey był zawsze dla mnie romantycznym chuliganem poszukującym swojej seksualności."

Oczywiście w Polsce muzycy z Manchesteru nigdy nie budzili tak wielkich emocji jak na Wyspach. Tu rządziły harcerski pop lub progresywny rock, a w kręgach niezależnych - punkowa ortodoksja. Z postpunkowej fali do wyalienowanych licealistów lepiej trafiały klimaciarskie piosenki The Cure. Ale i nagrania duetu Morrissey/Marr pojawiały od czasu do czasu w radiu - single "What She Said" i "Girlfriend in a Coma" w lat 80. gościły na liście Rozgłośni Harcerskiej. Jak wspomina Grzegorz Miecugow, do dziś fan zespołu, Smithsów grywała także "Trójka". "Nie było poranka <Zapraszamy do Trójki>, w którym nie zagrałbym jakiegoś ich utworu. Komunikatywne, szybkie, krótkie, idealnie nadawały sie do radia, wprowadzały tempo, chociaż lubiłem też ich wolniejsze kawałki. Ich piosenki były inne od popowej papki lat 80. Czuło się w nich szlachetność."

By "załapać sie" na The Smiths, nie wystarczyło jednak wtedy słuchać radia czy przeglądać muzyczną prasę. Recenzje i krótkie artykułu o grupie drukowano w "Magazynie Muzycznym", ale - jak wspomina Marek Proniewicz, wówczas szef Tonpressu - przez długie lata zespół był rozpoznawalny głównie w środowiskach postpunkowych. "W połowie lat 80. miałem około trzydziestki na karku, słuchałem Dezertera, Xenny, Klausa Mitffocha. Wtedy często zachodziłem do Macieja Magury Góralskiego, perkusisty słynnego Kryzysu, który mieszkał niedaleko siedziby Tonpressu na Srebrnej w Warszawie. To u niego pierwszy raz usłyszałem Joy Division czy Spandau Ballet. I chyba tam też złapałem bakcyla The Smiths."

W Polsce kwartet z Manchesteru uchodził za grupę "dla wtajemniczonych". O ich nagraniach rozmawiało się zwykle w gronie niepospolitych znajomych. Varga wspomina, że z muzyką Brytyjczyków zetknął się na pierwszym roku studiów, w 1987 r. dzięki koledze, "który wyglądał jak gitarzysta grupy - Johhny Marr". Z kolei Artur Rojek już z nieco późniejszych czasów pamięta kumpla o ksywce Smisiak: "Uwielbiał Smithsów, stąd przezwisko. To był koleś, który opowiadał niesamowite, zmyślone historie, m.in. o tym, że na premierze <Backbeat>, filmu o Beatlesach, w kinie na katowickim Giszowcu spotkał Paula McCartneya - opowiada Rojek. Fanem grupy Morrisseya był też legendarny na śląskiej scenie Dżałówa, czyli Marek Jałowiecki z grupy Generał Stilwell."

The Smiths trafiali do tych, którzy wychowali się na postpunkowym niezależnym etosie, jednak szukali bardziej zindywidualizowanej wypowiedzi, czegoś więcej niż punkowej siermięgi. Brytyjczycy umiejętnie pogodzili dwa światy: mieli środowiskową wiarygodność, ale i ucho do atrakcyjnych melodii. O ich wyjątkowości decydowało napięcie pomiędzy kompozytorskim talentem gitarzysty Johhny’ego Marra i niebanalną osobowością Morrisseya. W Polsce długi czas niuanse ich przekazu doceniali nieliczni. The Smiths byli zbyt popowi dla ortodoksyjnych punków i zbyt ambitni dla słuchaczy popularnego radia. Zmieniły to wydawnictwa Tonpressu. Choć Brytyjczycy uchodzili za kapelę alternatywną, oba wydane pod koniec lat 80. krążki rozeszły się nad Wisłą na pniu.

"Wychodziło u nas tak mało płyt zachodnich grup, że jak już którąś się wydawało, to automatycznie uchodziła ona w oczach polskiej publiczności za klasyka, główną gwiazdę gatunku. Tak ludzie przyjęli chyba też The Smiths, bo wątpię, czy tutaj rozumieliśmy kontekst ich popularności na Wyspach" - wspomina Proniewicz. Licencje na płyty Tonpress załatwiał wówczas z menedżerami wytwórni Rough Trade za pośrednictwem znajomego Anglika. "To byli wyluzowani kolesie, którzy nie robili żadnych kłopotów, choć nie mieliśmy na zakup dolarów, tylko złotówki, które dla nich były niemal bezwartościowe. Patrzyli na mnie jak na przybysza z innej planety. Przyjechałem zza żelaznej kurtyny, wiem, co gra się na Wyspach, i jeszcze chcę to wydawać w Polsce" - mówi z dumą.

Rzeczywiście, wydawać się mogło, że przekaz The Smiths ma się nijak do peerelowskiej rzeczywistości. Morrissey, romantyk i mizantrop niepogodzony ze społecznymi i obyczajowymi zmianami ery Margaret Thatcher, stworzył mit "starej dobrej Anglii". Fascynowała go raczkująca popkultura sprzed czasów seksualnego wyzwolenia i szaleństw "swinging London". Nie znosił disco i hip-hopu, uwielbiał za to dziewczęcą elegancję melodyjnych piosenek Sandie Shaw czy Cilli Black. W czasach triumfów "Gwiedznych wojen", "E.T." czy "Łowcy androidów" przez długi czas odmawiał kręcenia teledysków, z rozrzewnieniem wspominając staroświeckie komedie z wytwórni Ealing oraz społecznie zaangażowane kino twórców z nurtu angry young man. W geście negacji nowoczesności budował własny kulturowy kanon wykraczający poza brytyjskie fascynacje (był też fanatycznym wielbicielem Jamesa Deana i miłośnikiem francuskiej nouvelle vague), jednak oparty na nostalgicznej afektacji.

"Jest w tym coś nieprzyjemnego i anachronicznego, ponieważ Morrissey odrzuca Brytanię wielokulturową. To nostalgia białych dzieciaków z klasy średniej" - mówi reżyser Przemysław Wojcieszek, który tytuł swego filmu "Głośniej od bomb" zaczerpnął z piosenki The Smiths. "Jego inspiracje były jednak dla mnie były niezwykle oryginalne. Stare brytyjskie kino małego realizmu to zjawisko u nas szerzej nieznane. Gdy zrobiłem <Głośniej od bomb>, nikt tego nie kumał i nie rozpoznawał. Dla mnie to było czytelne, bo siedziałem w tym głęboko. Jednak te odniesienia znała tylko garstka fanatyków" - dodaje. Wtóruje mu Varga, którego poza muzyką zafascynowała intertekstualność liryków Moza, fana dziewiętnastowiecznej literatury. "Morrissey wplatający w teksty piosenek nazwiska Keatsa i Yeatsa nie mógł być zrozumiany dla szerszych gremiów nad Wisłą."

Lider The Smiths, choć zadziwiał erudycją, był - jak Ian Curtis czy Mark E. Smith z The Fall - jednym z manchesterskich working class intellectuals. Wegetującym w epoce gospodarczej zapaści polskim słuchaczom proponował subtelne literackie gry. Niełatwo było wytłumaczyć furię, z jaką ten wyrafinowany esteta, atakował Margaret Thatcher. Przy naszym ówczesnym generalskim betonie "Żelazna dama" wydawała się sztywną, ale niegroźną ciocią. Urodzony w biednej rodzinie irlandzkich imigrantów Morrissey na własnej skórze doświadczył jednak dobrodziejstw nowej polityki rządu torysów, przez kilka lat żyjąc ze skromnego zasiłku. Ale okazało się, że w kilka lat po rozpadzie The Smiths w rezultacie politycznej transformacji doświadczenia polskich nastolatków nie odbiegały już tak znacząco od tych, które dekadę wcześniej zafundowała Brytyjczykom Thatcher. A Morrisseyowskie narracje z wielkomiejskich suburbiów dawały im możliwość choć częściowego utożsamienia i współudziału we wzniosłym popowym rytuale. "Opowieści The Smiths pasują do takiego prowincjonalnego realizmu, który odczuwa się tu w każdym momencie. Ja jestem chłopakiem z przedmieść i pamiętam, że gdy jeździłem pociągiem, słuchając tych płyt na słuchawkach, to mnie po prostu rozp...ły" - tłumaczy Wojcieszek.

Morrissey zaproponował także nowy uniwersalny model uczestnictwa w muzycznej kontrkulturze, które podchwyciło młode pokolenie zniechęcone ekscesami rockandrollowych herosów, radykalnym nihilizmem punka lub konformizmem gwiazd popu. Twórca "Głośniej od bomb" wspomina, iż w latach 90. do The Smiths przyciągnęła go właśnie odmienność lidera. "Jego przekaz dotyczył kultury szerzej rozumianej, a nie tylko rąbania panienek po imprezach, o czym śpiewała większość kolesi. To mnie zawsze odrzucało od muzyki młodzieżowej."

Poważny, ubrany w eleganckie koszule, czasami w "dziadkowatych" okularach na nosie, na scenę wychodził z bukietem kwiatów. Intrygował walczącym wegetarianizmem i seksualną ambiwalencją. Odkąd na okładce singla "Hand In Glove" umieścił zdjęcie nagiego mężczyzny autorstwa Jima Frencha, brytyjskie media tropią homoseksualne wątki w jego twórczości i biografii. Ale nikt nie znalazł dowodów na to, że Morrissey złamał złożoną ćwierć wieku temu przysięgę celibatu. Jego obyczajowy nonkonformizm wydawał się nawet bardziej radykalny niż postawa punkowa. "On był intelektualną wersją straight edge. Ostentacyjnie odrzucił on rockandrollowy etos, triadę <sex, drugs and rock and roll>. Wręcz przeciwnie: pokazał młodego człowieka jako jednostkę wrażliwą, samotną, wyobcowaną, a miłość nie jako erotyczną konsumpcję, lecz duchowe niespełnienie. Jego bohater nie podrywał lasek, ale siedział samotnie w pokoju, czytając poezję i myśląc o śmierci" - tłumaczy z zapałem Varga. Deklaracja seksualnej wstrzemięźliwości była siarczystym policzkiem dla dekadenckiego rockandrollowego czy popowego światka. Tym bardziej że wokalista nie przebierał w słowach i potrafił skrytykować Madonnę jako propagatorkę "zorganizowanej prostytucji".

Morrissey doskonale wiedział, jak medialnie wykorzystać swoją ekstrawagancję. Chociaż śpiewał o depresji i samotności, nie był mazgajowatą ofiarą, lecz pewnym siebie, błyskotliwym rozmówcą. Powołując się na credo Oscara Wilde’a "artysta musi edukować krytyka", wykorzystywał wywiady, by prezentować swe popartowe manifesty. Można było go nie lubić, ale z jego zdaniem się liczono. The Smiths odnieśli sukces na własnych warunkach - bez mizdrzenia się w mass mediach i podpinania pod modne trendy. Nagrywali dla niezależnej wytwórni Rough Trade, unikali londyńskich salonów, nie schlebiali nawet własnym fanom. U szczytu sławy nie zgodzili się wystąpić na stadionie Wembley, bo - jak tłumaczyli - "byłoby to zbyt rockandrollowe". Kilka lat temu odrzucili jeszcze bardziej intratną propozycję - za tournee reaktywowanej grupy proponowano im wówczas ponoć 40 mln funtów.

Paradoksalnie - ponad dwie dekady po rozpadzie zespołu - także nad Wisłą występ Morrisseya może być dużym wydarzeniem. Tym bardziej że wielu z dawnych fanów The Smiths to dzisiaj opiniotwórczy ludzie mediów czy autorzy kształtujący gusta młodszego pokolenia. Polskich miłośników manchesterskiej grupy przybywa, a ich spuściznę słychać w nagraniach nowych gitarowych zespołów, które od Moza zaczerpnęły głównie kilka scenicznych gestów i dandysowaty szyk. Warto jednak pamiętać, że znaczenie The Smiths wykraczało daleko poza kwestię dobrego smaku. Brytyjczycy udowodnili, że pop może być malowniczy, stylowy, a równocześnie na swój sposób radykalny. Tę lekcję wciąż mamy do odrobienia.