Po roli Zapasiewicza można było spodziewać się ironii i goryczy. I rzadkiej, sporadycznie spotykanej na scenach mądrości, bowiem w osobie wielkiego aktora żegnamy jedynego w swoim rodzaju mędrca, który w kolejnych rolach dawał coś więcej niż nieskazitelny, sprawdzony w dziesiątkach efektownych partii warsztat. Dzielił się własnym doświadczeniem, chciał interpretacji nieoczekiwanych, odległych od przyjętego powszechnie kanonu.

Gdy ze ściśniętym gardłem myślę dziś o Zapasiewiczu, przychodzą mi do głowy różne określenia. Pierwsze jest takie, że był Artystą. Człowiekiem, który pozostając aktorem doskonałym, raz po raz przekraczał granice aktorstwa. W jakim kierunku? Było ich tak wiele, że trudno odpowiedzieć jednym słowem. Najpierw więc powiem, że był jednym z niewielu artystów, którzy ponad gotowe odpowiedzi, utarte schematy stawiali otwarte pytania. Z pamięci wydobywam jego kolejne role.

Najpierw Sir w „Garderobianym” Harwooda w reżyserii Zygmunta Huebnera. Wspaniałe, owiane legendą przedstawienie Teatru Powszechnego obejrzałem pod koniec lat 80. czy na początku 90. Miałem zapewne z 18 lat, już wiedziałem, że w życiu chcę zajmować się pisaniem o teatrze. Bilety zdobyłem cudem, bo chętnych do dotknięcia legendy były tłumy. Szli przede wszystkim na Wojciecha Pszoniaka, wtedy już mieszkającego i grającego głównie we Francji. Pszoniak był świetny, ale z otwartymi ustami patrzyłem na Zapasiewicza. To było doświadczenie aktorstwa totalnego – coś podobnego widziałem może kilka razy w życiu, patrząc na Tadeusza Łomnickiego. Tylko z jego Beckettowskim Krappem mogę tę rolę porównywać.

Zapasiewicz nakładał i odrzucał kolejne maski, bawił się nawiązaniami do szekspirowskich bohaterów. Jednym gestem, zmarszczeniem brwi, wyjściem spod charakteryzacji podkreślał potęgę teatru – budował iluzję absolutną. A potem jeden moment wystarczał mu, by obnażyć całą jego nędzę. Tak, ten „Garderobiany” wedle rozrywkowej w gruncie rzeczy sztuki brytyjskiego dramaturga stawał się wyznaniem wiary i niewiary w teatr.

Dla opisu roli Zapasiewicza i dziś, a może właśnie dziś, brakuje właściwych słów. Mówił kiedyś Jerzy Koenig o telewizyjnym „Stalinie”, w którym partnerowali sobie Łomnicki i Trela, że to był teatr bez żadnych przymiotników. Teraz powtarzam to za nim wobec Zapasiewicza. To był aktor. Bez żadnych przymiotników.


Tkwił w nim paradoks. Zawód aktora, potem profesję reżysera traktował na wskroś poważnie. Stronił od podejrzanych eksperymentów, wierząc potęgę wiedzy i doświadczenia. Chyba nigdy nie pozwalał sobie, by polegać wyłącznie na intuicji. Każdą pracę poprzedzał głęboką analizą postaci, tekstu, historycznego kontekstu dzieła. Nie był aktorem chcącym przekonywać, że dystans między nim a sceniczną postacią nie istnieje. Wolał powiedzieć mniej niż za dużo. Z „grania kubłami”, nadmiaru ekspresji obserwowanego u innych tylko sobie dworował. A przy tym, jak Łomnicki, był niezrównanym mistrzem transformacji. Na scenie dokonywał cudów przeobrażenia. Czasem, jak w granym gościnnie Salierim z „Amadeusza” w warszawskim Studio, owo przeobrażenie stawało się celem samym w sobie. Wtedy ponosił jakże rzadkie na artystycznej drodze porażki.

A z drugiej strony bronił się przed coraz bardziej ogłupiałym światem maską ironii. Nie wierzył chyba, że teatr, kino, sztuka w ogóle ma siłę, aby zmieniać świat. Stąd manifestowany dystans, ironia czasem bywająca ucieczką. Swą książkę nazwał nie bez przyczyny „Zapasowe maski”. Bo maski uwielbiał. Skłonny do umniejszania rangi aktorskiego zawodu, co nie wykluczało absolutnego dla niego poświęcenia, pamiętał chyba o tradycji swej profesji. Zapewne nie obraziłby się, gdyby nazwano go komediantem. Bywał zabawny, śmiech łączył z groteską. A jednak pod nim zawsze kryła się mądrość, czasem przerażenie. Wydaje się, że nie było mu dobrze w dzisiejszej rzeczywistości. Tak mają najwięksi, boleśnie czują, że świat i sztuka nie są skrojone na ich miarę.

Łatwo powiedzieć jednak, z kim połączyło go wspólne odczuwanie świata. Grał u Konrada Swinarskiego, z Jerzy Jarockim spotykał się wielokrotnie, współtworzył Teatr Dramatyczny w jego najlepszym okresie za dyrekcji Gustawa Holoubka. Długo wymieniać można największe role w spektaklach Erwina Axera, który odnalazł w nim idealne medium dla swego teatru, pozornie chłodnego, a jednak kipiącego od emocji, z idealnie wycyzelowanym dialogiem, a tego Zapasiewicz był przecież mistrzem niezrównanym. Mit Teatru Współczesnego podtrzymywały potem i wzbogacały najlepsze inscenizacje Macieja Englerta. I w nim odnalazł prawdziwego partnera. Nie skończył pracy nad rolą Eugeniusza w „Tangu”, ale to właśnie u Englerta wystąpił przecież w tej właśnie sztuce Mrożka. Wtedy, była mniej więcej połowa lat 90., zagrał Stomila, nie dając mu szans obrony. To także rys w aktorstwie Zapasiewicza nie do podrobienia. Gdy inni chcieli za wszelką cenę usprawiedliwiać swoich bohaterów, on bywał wobec nich okrutny. Mam w uszach jego ochrypły głos, gdy wcielał się w Sobakiewicza w „Martwych duszach” Gogola. Potrzebował kilku sekwencji, by zawrzeć w nich esencjonalny portret kreatury bez chwili przerwy napawającego się przeżartym ohydą światem.

Nie czas, by objąć choćby większy ułamek twórczości Zbigniewa Zapasiewicza. Był przecież twarzą kina Krzysztofa Zanussiego, w „Barwach ochronnych” zawarł w swej roli cały niepokój Polski lat 70., potem w filmie „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” pokazał najbardziej dojmującą, jaką widziałem w kinie, kronikę powolnego spodziewanego umierania. Grywał u Kieślowskiego, u Wajdy…

Ze śmiercią Zapasiewicza odchodzi jedna z niepowtarzalnych barw polskiej inteligencji. Nie bez przyczyny stał się niedościgłym interpretatorem wierszy Zbigniewa Herberta, poeta uważał go za przyjaciela. Dlatego gdy nie wystarczają słowa, można przywołać w pamięci, jak mówił „Przesłanie Pana Cogito”: „Bądź wierny. Idź”.