"Godzilla: Ostatnie wojny", która właśnie ukazała się w Polsce, ma być - podobno - ostatnim filmem o perypetiach potwora. Ale... nikt nie traktuje zapowiedzi japońskich filmowców poważnie. Już wiele razy mówili: to koniec. Jednak zawsze od nowa zabierali się do roboty. I nic dziwnego. Godzilla ma na świecie miliony fanów. A każdy nowy film o jej przygodach to dla nich prawdziwe wydarzenie.

Tylko raz film o Godzilli okazał się klapą. Ale tylko i wyłącznie z tego powodu, że za reżyserię zabrali się Amerykanie, a potwór był stworzony na komputerze, a nie grany przez aktora przebranego w gumowy kostium - czytamy w DZIENNIKU.

W ostatnim filmie potwór znów ratuje ludzi przed zagładą. Tym razem jego - i naszym - wrogiem są najeźdźcy z kosmosu: Xilianie. Początkowo przybywają na Ziemię, by pomagać ludziom uwolnić się od armii monstrów, niszczących największe ziemskie metropolie. Rychło jednak okazuje się, że i oni mają niecne zamiary. Pierwsza pomoc okazuje się przykrywką. Tylko Godzilla może sobie dać z nimi radę.

Na początku jednak nie było tak słodko. Godzilla, potwór-mutant obudzony z wielowiekowego snu wybuchem bomby atomowej, była wrogiem ludzkości. Dopiero później przeszła na "jasną stronę mocy". Najpierw wyrażała strach Japończyków i całej ludzkości przed bombą atomową. Tym bardziej, że pierwszy film o jej przygodach powstał w kilka lat po atomowym ataku Amerykanów na Hiroszimę i Nagasaki - pisze DZIENNIK. Później walczyła z innymi bolączkami świata, jak np. zanieczyszczenia, czy obawy przed utratą kontroli nad technologią. Wszystkie te lęki przybierały postać potworów. I z wszystkimi Godzilla skutecznie sobie radziła.