Jeden z twoich pierwszych filmów nazywał się „Fear, Anxiety and Depression” („Strach, niepokój i depresja”) i ten tytuł pasuje właściwie do wszystkich twoich dzieł... Nie dostrzegasz jasnych stron życia?
TODD SOLONDZ
: Po pierwsze, to był naprawdę okropny film, po drugie, wcale nie chciałem, żeby się tak nazywał, więc trudno mi się identyfikować z tym tytułem. Owszem moje filmy, z pewnymi wyjątkami, są tak smutne, ponure i dobijające, jak tylko można sobie wyobrazić, ale jednocześnie są to komedie. Wydaje mi się, że bez tej odrobiny poczucia humoru, która w nich tkwi, byłyby faktycznie nie do zniesienia. Myślę, że humor daje moim filmom większą siłę oddziaływania i czyni je bardziej dotkliwymi dla widza. Trudniej o nich zapomnieć.

Z pewnością masz poczucie humoru, choć raczej gorzkie – podobnie jak Woody Allen. Czy lubisz jego filmy, inspirują cię jakoś?
- On opisuje świat w sposób, w jaki ja nie potrafię, i nie chciałbym się w żaden sposób porównywać z tak wielkim mistrzem. Oczywiście lubię jego filmy, ale robiąc własne, robię je tak, jak potrafię, a nie tak, jak zrobiłby to Woody Allen.

Twoje filmy oscylują wokół tematu kłamstwa...
- Interesuje mnie sposób, w jaki odsłaniamy się przed innymi ludźmi. To zawsze bardzo fascynujące i trudne do przewidzenia, jakie strategie obierzemy. Oczywiście jest w tym pewne zakłamanie, bo próbujemy się chronić, ale rządzą nami motywacje, które trudno zignorować: strach, instynkt przetrwania. Nie uważam moich bohaterów za typowych kłamców, czasem są po prostu zagubieni, a czasem próbują walczyć z różnymi przeszkodami. Z pewnością żyją w bardzo zakłamanym społeczeństwie i to utrudnia im bycie sobą. W „Palindromach” bohaterką jest trzynastolatka, a to bardzo niebezpieczny wiek. Człowiek próbuje się sprzeciwiać, wszczynać rewolucje i jest przy tym nieostrożny, wystawiony na wszelkie ciosy.

Czy w „Palindromach” pokazujesz tę samą rodzinę, którą znamy z „Witaj w domku dla lalek”? Chyba mają to samo nazwisko – Wiener.
- Tak, bohaterka „Palindromów” jest kuzynką bohaterki tego mojego wcześniejszego filmu. Zresztą „Palindromy” zaczynają się sceną pogrzebu Dawn z „Witaj w domku dla lalek”, która popełniła samobójstwo. Jej kuzynka Aviva boi się, że skończy tak samo jak ona. W „Palindromach” pojawia się też kilkakrotnie Mark, brat Dawn i odgrywa nawet dość znaczącą rolę w całej historii.

Dlaczego aż osiem osób odgrywa postać Avivy? Co chciałeś w ten sposób powiedzieć?
- Kiedy pisałem scenariusz, a nawet kiedy był już gotowy, nie wiedziałem, że przyjdzie mi do głowy takie rozwiązanie, ale zawsze chciałem pokazać tę postać z wielu różnych punktów widzenia. Pomysł, żeby osiem osób – w tym jeden chłopiec – wcieliło się w postać tej samej bohaterki, pozwolił mi zrealizować to zamierzenie. Zmiana aktora sprawia, że inaczej widzimy tę postać. Ten zabieg wprowadza też rodzaj baśniowej, odrealnionej atmosfery. Poza tym to, że widzimy tak różne pod względem fizycznym inkarnacje tej samej osoby, jest też pewnego rodzaju palindromem – czymś, co pozostaje takie samo, choć pozornie się zmienia. Moja bohaterka, jej emocje, pragnienia są takie same na początku i na końcu filmu: chce zostać mamą. Oczywiście w języku angielskim jest jeszcze dodatkowa gra znaczeń, bo słowo „mama” (ang. mum) jest samo w sobie palindromem.

Dlaczego wybrałeś aż tak drastyczny i kontrowersyjny temat jak aborcja?
- Będąc Amerykaninem, nie mogę unikać tego tematu, bo żyję w jedynym kraju na świecie, gdzie ludzie posuwają się do tego, by mordować lekarzy aborcjonistów i podkładać bomby pod kliniki, w których dokonuje się aborcji. Nie zamierzałem zrobić filmu dogmatycznego, opowiadać się za jakąś opcją ani przekonywać ludzi do moich słusznych racji, bo nie wierzę, że można w jakikolwiek sposób zmienić czyjąś opinię na ten temat. Chciałem pokazać wzajemne uprzedzenia zwolenników i przeciwników aborcji, może skłonić ich do przewartościowania pewnych opinii. Ale nie zamierzałem nikogo nawracać na takie czy inne poglądy.

Jestem ciekawa, jak twój film zostanie przyjęty w Polsce, gdzie wokół aborcji wciąż trwają zaciekłe spory. Nie boisz się, że zostaniesz źle zrozumiany?
- Nie, chyba nikt nie powinien poczuć się dotknięty. W moim filmie zresztą nie pokazuję katolików. Ci religijni, ekstremistyczni obrońcy życia to oczywiście protestanci. Aborcja po prostu jest takim tematem, który budzi kontrowersje. Należy przyjąć to do wiadomości i nie dziwić się, że ktoś ma inne poglądy niż ty.

Główny temat muzyczny z „Palindromów” Przypomina nieco słynną „Kołysankę” Krzysztofa Komedy z filmu „Dziecko Rosmary”. Czy to świadome nawiązanie?
- Tak, dokładnie! To bardzo podobna melodia, podobny nastrój. Szukałem takiej właśnie nieco dziecinnej, delikatnej i kojącej piosenki, która będzie towarzyszyć tej budzącej wzburzenie, ciężkiej historii. Chciałem w ten sposób zrównoważyć emocje, jakie film wywołuje w widzu. I oczywiście film Polańskiego gdzieś tam się spotyka z „Palindromami”, jeśli chodzi o temat.

Muzyka chyba w ogóle jest dla ciebie ważna, zapraszasz ciekawych artystów do tworzenia ścieżek dźwiękowych, jak choćby Belle and Sebastian w „Opowiadaniu”.
- Szukanie odpowiedniej muzyki to chyba mój ulubiony moment przy pracy nad filmem. Jeśli chodzi o „Palindromy”, to znałem wcześniej Nathana Larsona i wiedziałem, że potrafi skomponować idealną muzykę odpowiadającą moim oczekiwaniom i pasującą do filmu. Świetnie sobie poradził z tym zadaniem, i to jeszcze zanim film w ogóle powstał. Zazwyczaj muzyka do moich filmów powstaje, kiedy mam już całość i szukam czegoś, co pasuje, ale tu od początku wiedziałem bardzo precyzyjnie, czego chcę. I Nathan mi to dał.

W swoich filmach w bezlitosny sposób portretujesz życie żydowskiej klasy średniej w Stanach Zjednoczonych, a podobno kiedyś chciałeś zostać rabinem. Kalasz własne gniazdo?
- O nie, nigdy nie chciałem być rabinem. Powiedziałem coś takiego raz, żartem w jakimś wywiadzie i teraz się to za mną ciągnie. Widocznie nie powinienem żartować na takie tematy. W moich filmach pokazuję to, co znam, tzn. środowisko, z jakiego sam się wywodzę. A że bezlitośnie? Nie potrafię inaczej.



Todd Solondz (ur. 1959) – amerykański reżyser, scenarzysta, producent i aktor. W 1989 roku zrealizował swój debiutancki film pełnometrażowy „Fear, Anxiety and Depression”. Po sześciu latach nakręcił „Witaj w domku dla lalek”, który spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyki i otrzymał Główną Nagrodę Jury na festiwalu w Sundance. W 1998 roku powstał film „Hapiness” obnażający hipokryzję współczesnego społeczeństwa amerykańskiego, który zdobył nagrodę FIPRESCI na festiwalu w Cannes oraz British Independent Film Award dla najlepszego niezależnego filmu zagranicznego. Scenariusz Solondza był również nominowany do Złotego Globu. W 2001 roku na festiwalu w Cannes swoją premierę miał kolejny film reżysera – „Opowiadanie”.