"Lot 93", który jest pokazywany w polskich kinach, został okrzyczany jednym z najważniejszych filmów tego roku. Obraz, który opowiada o wydarzeniach z 11 września 2001 roku, jest tym bardziej wstrząsający, że ostatnie godziny życia pasażerów uwięzionych w samolocie nakręcono w formie paradokumentu. Nie ma tu upudrowanych hollywoodzkich gwiazd i efektów specjalnych. "Chciałem, żeby pojawili się tu świadkowie zdarzeń, nieudający swoich uczuć" - tłumaczy w DZIENNIKU twórca filmu Paul Greengrass. Ta właśnie prostota i realizm wbija w kinowy fotel i poraża.

Żeby jak najdokładniej odtworzyć dramatyczne sceny, jakie rozegrały się wewnątrz porwanego samolotu, filmowcy zbliżyli się do rodzin pasażerów, którzy zginęli  na jego pokładzie. Źródłem wiedzy o tragicznym locie były również dla reżysera zapisy rozmów z telefonów komórkowych. Pasażerowie w ostatnich chwilach życia dzwonili do bliskich, żeby się z nimi pożegnać i powiedzieć, że ich kochają.

Greengrass musiał nakręcić ten film. "Wydarzenia z 11 września odbijają się do dziś na naszej codzienności i będą z nami przez resztę życia. Płaczemy, przypominamy sobie o ofiarach, ale nie umiemy wyciągnąć z tego wniosków. Żeby już nigdy coś takiego się nie powtórzyło" - wyjaśnia w DZIENNIKU brytyjski reżyser.