JUSTYNA KOBUS: Przez lata wykładał pan na wielkich filmowych uczelniach Europy. W 2002 r. wraz z Andrzejem Wajdą założył pan Szkołę Reżyserii. Zna pan pokolenie młodych filmowców. Jacy oni są? Ambitni, spolegliwi czy genialni?
WOJCIECH MARCZEWSKI*: Rzeczywiście, czuję się mocno związany z młodymi ludźmi, wykładałem w szkołach filmowych w Anglii, Danii, Niemczech, Szwajcarii, Polsce… Jeśli pyta pani o Polskę, mam poczucie, że szykuje się u nas do startu – niektórzy z nich już wystartowali – grupa fantastycznych młodych ludzi. Nie potrafię ich zaszufladkować, bo nie podążają w jakimś jednym wspólnym kierunku. Różnią się temperamentami i odmiennymi korzeniami. Za wiele też wśród nich indywidualności.

Nie będzie nowej „szkoły polskiej”?
Nie sądzę, jeśli nawet ujawni się za jakiś czas na ekranie, to nie połączy ich estetyczne czy tematyczne podobieństwo. Trudno byłoby wskazać tendencje charakterystyczne dla tego pokolenia. Jestem jednak przekonany, że ci młodzi to naprawdę jedyna droga dla polskiej kinematografii. Znam wśród nich wielu tak piekielnie zdolnych, że już niebawem zadziwią największych sceptyków. Mają w sobie prócz talentu wielkie skupienie i pokorę, czyli to, co najważniejsze. Dlatego na nich stawiam. Nie wierzę w to, że twórcy, którzy debiutowali w latach 70. i wcześniej, a w ciągu ostatnich kilkunastu lat kompletnie się pogubili, nagle odzyskają wielką formę. Kiedy jednak oglądam filmy czy nawet krótkie formy młodych, zdarza się, że jestem naprawdę poruszony. Rok temu ruszył nowy program pod nazwą „30 minut”. Udało się nam powrócić do formuły krótkich, półgodzinnych filmów fabularnych, jakie kiedyś robiło się dla telewizji. One powstają za śmiesznie małe pieniądze, ich twórcy mogą jednak zrobić pierwszy film w dość komfortowych warunkach. Niektóre z nich okazały się tak interesujące, że myślimy o połączeniu kilku w jeden fabularny film.

To znaczy, że pokolenie tych znacznie starszych artystów należy już spisać na straty?
To zabrzmiało drastycznie. Ale prawdą jest, że tylko niewielu z nich odnalazło się w dzisiejszej rzeczywistości. Choćby Krzysztof Krauze, którego film „Mój Nikifor” niedoceniony w Polsce to dla mnie jedno z największych filmowych wydarzeń ostatnich lat. Robert Gliński z filmem „Cześć, Tereska”, Janek Kolski, Barański... i jeszcze kilku. W sztuce trudno jest jednoznacznie wyrokować, artyści mają chwile wzlotów i upadków – tak więc wszystko jest możliwe, ale nie liczyłbym na jakieś radykalne odrodzenie.

Twórcy starszego pokolenia fantastycznie radzili sobie za pomocą metafory, w warunkach zniewolenia, gdy obowiązywała cenzura…
… a filmy robiło się, by coś przemycić, pokazać rzeczywistość taką, jaka była naprawdę, jaką skrzętnie ukrywano. Teraz, gdy wszystkie drzwi są otwarte, a oczywisty dla nas wszystkich wróg z tamtych czasów zniknął, trzeba samemu narzucić sobie dyscyplinę, uważniej spojrzeć na rzeczywistość i znaleźć inny, nowy powód, dla którego chce się coś widzom opowiedzieć. Myślę, że w obecnych warunkach wielu z nas nie potrafi wrócić do tego emocjonalnego stanu, który towarzyszył tamtym filmom. Co innego młodzi wyedukowani w odmiennych warunkach. Proszę porównać młodego człowieka, który w dzieciństwie uczy się obcego języka z kimś, kto zaczyna się go uczyć w wieku 40 lat. Temu ostatniemu idzie znacznie trudniej i rzadko efekty są zadowalające. Przestańmy więc czekać na cud i liczyć na to, że tzw. średnie i starsze pokolenie nagle w cudowny sposób się odrodzi. To się już nie zdarzy. Większość twórców została mentalnie w PRL, a próby wyrwania się z tego stanu są mało udane. Dlatego większą szansą są młodzi ludzie, którzy może liznęli tamtej epoki, ale nie zostali przez nią ukształtowani. Nie przyjęli obowiązujących wtedy reguł i są skłonni do poniesienia większego ryzyka. W nich trzeba inwestować, dając oczywiście wciąż tym starszym twórcom szansę, ale patrząc na ich projekty z większym sceptycyzmem.

10 lat temu na festiwalu w Gdyni przewodniczył pan jury, które z uwagi na fatalny poziom filmów nie przyznało Grand Prix. Mamy 2006 rok i nie można powiedzieć, by było o wiele lepiej.
Jedna rzecz się zmieniła i o to nam wtedy chodziło, gdy nie przyznaliśmy nagrody – według naszej oceny poziom polskiego kina był bardzo niski, ale środowisko filmowe nie chciało tego zauważyć, podkreślając, że przecież tyle filmów powstaje, że machina się kręci, więc wszystko jest mniej więcej OK. Dziś nikt już tak nie myśli. Podam pani przykład maleńkiej Danii i sytuacji, w której sam niejako uczestniczyłem, bo działo się to, gdy wykładałem w Kopenhadze. Wtedy dominował tam amerykański model kina – dobre rzemiosło, ale emocjonalnie puste. I nagle pojawił się jeden fantastyczny reżyser i równie wielki manipulator…

...Lars von Trier…
...który oświadczył: „A teraz będziemy robić całkiem inne kino. Niech ta kamera się trzęsie, niech dźwięk będzie jak nagranie ilustracyjne, rezygnujemy ze sztucznego oświetlenia, kręcimy na kamerach elektronicznych. Technika jest nieistotna, skupiamy się wyłącznie na ludziach”. I oni zrozumieli, że historia nie jest wyłącznie po to, by ją sprawnie opowiedzieć, ale by za jej pomocą stawiać pytania, mówić prawdy o ludziach. Z tego nurtu powstały filmy o niezwykłej sile oddziaływania. Ale to nie wzięło się z niczego. Duńska Dogma tak naprawdę rozpoczęła się 15 lat wcześniej w kopenhaskiej szkole filmowej. Rozpoczęli ją młodzi ludzie, studenci, to stamtąd wywodzą się jej korzenie. Lars von Trier nazwał to zjawisko i nadał mu wyraźny kierunek. Kilka lat temu Dogma już się skończyła, ale konsekwencje tego prądu pozostały. Czyli odkrycie, że trzeba być możliwie najbliżej bohatera. Opowiedziałem to, bo podobne zjawisko widzę dziś u wielu młodych ludzi w Polsce. Nie mówię o naśladowaniu Dogmy, ale o takiej samej potrzebie zaglądania w głąb duszy bohatera i świadomości, że nie mają opowiadać anegdot, ale pokazywać losy ludzkie. Stąd ta moja wielka nadzieja w młodych. Dziś oglądałem jeden z takich filmów, i choć ciągle szwankuje w nim zakończenie, posiada on wielką siłę prawdy. Ci młodzi zadają sobie pytanie, które warunkuje prawdziwość kina: „Po co ja opowiadam tę historię”? Czują się odpowiedzialni przed widzem.

Czyli starsi twórcy, którzy robiąc np. kino moralnego niepokoju, musieli zadawać to pytanie, zapomnieli o nim?
Coś zgubiliśmy na pewno… Może umiejętność tego wielkiego, często męczącego wręcz skupienia, z którego rodzi się prawdziwa sztuka? Może brakuje nam już odwagi? Może wrażliwości? I dlatego bardziej opowiadamy anegdotę, niż skupiamy się na bohaterach... Dobry film musi ją oczywiście zawierać. To jest fundament i konstrukcja, na której zawieszona jest cała opowieść. Podobnie jest w architekturze. Ale charakter tej konstrukcji nie polega na tym, jak wiele ma błyskotek i jak sprawnie jest skomponowana. Liczy się to, czy nasze skupienie na bohaterach jest na tyle przekonujące, że to oni znajdą się w centrum zainteresowania widza. Opowiem pani anegdotę, której bohaterem jest mój starszy syn Filip. Byliśmy wtedy pierwszy raz w Paryżu. Wziąłem go na wycieczkę, pokazałem Sekwanę, wieżę Eiffla, Notre Dame, Sacré-Coeur i kiedy wróciliśmy do hotelu, a żona spytała „I jak było?”, on przejęty odpowiedział: „Było pięknie! Widziałem takie cudne dzieci, bawiły się w piasku...”. I coś dalej tłumaczył o tych dzieciach. „Aha, pomyślałem, on zapamiętał ludzi, a ja pokazywałem mu budowle”. To najwyraźniej nie okazało się wystarczające. I w filmie działa ten sam mechanizm. Z dobrego film pamiętamy przede wszystkim postacie, emocje, nie fabułę. Zwłaszcza że gdy mowa o fabułach, wszystko już było, tylko bohaterowie bywają inni.

Dlaczego tak długo musimy czekać na każdy kolejny pana film? Kiedyś kręcił pan film co dwa, trzy lata, ostatnio przerwy między nimi sięgają 10 lat!
To prawda, i powiem pani, że sam siebie za to nie lubię. Dla mnie samego staje się to męczące. Mam poczucie, że te przerwy są zbyt długie i czuję już potrzebę, by zrobić kolejny film. A wciąż nie podjąłem do końca decyzji, że oto rzucam wszystko i robię go… Ostatnie lata całkowicie zainwestowałem w naszą szkołę. Sądziłem, że dwa, może trzy lata wystarczą, by powstała jakaś stabilna struktura. Ta szkoła jest dla mnie bardzo ważna. Mam poczucie, e moje dłuższe rozstanie z nią nie jest dobrym wyjściem. Dla szkoły. Nie należę do osób, które potrafią robić kilka rzeczy naraz. Jestem w trakcie pisania scenariusza, ale on nie powstanie, jeśli będę wciąż tak silnie związany zajęciami w szkole. Mówiłem o tej potrzebie skupienia, bo gdy zaczynam pisać, pierwsze tygodnie pracy są puste. Zwykle nie wychodzę wtedy poza taką zawodową poprawność. Robienie filmu to znacznie głębsza inwestycja. Przynajmniej ja potrzebuję długiego czasu, by film stał się jedyną, obsesyjną wręcz sprawą, jakiej się poświęcam. Zwykle jest tak, że materiał, który gromadzę, rośnie do rozmiarów kilku filmów fabularnych i dopiero z tego potrafię ulepić coś, co jestem w stanie uznać za wartościowe. Nigdy nie czułem potrzeby, by robić film tylko dla kolejnego tytułu na koncie.

Jest w pana kinie coś, co można określić mianem fascynacji siłą dzieciństwa. Poczynając od świetnych „Dreszczy”, po „Zmory”, wreszcie „Weisera”. Coś, co świadczy o tym, że zachował pan świeżość spojrzenia.
Mam poczucie, że do pewnego wieku przydarza się nam to wszystko, co decyduje o całym życiu. Dlatego akcja moich filmów rozgrywa się często w latach wczesnej młodości bohaterów. Bo mam świadomość, że właśnie wtedy wszystko się decyduje, że nasze dorosłe życie to konsekwencja tamtych doświadczeń. Potem trzeba bardzo uważać, by tego kapitału pierwszych, najsilniejszych doznań nie zgubić. Pamiętam, jak Stanisław Dygat powiedział mi kiedyś (a miałem wtedy chyba 25 lat, on koło 60): „Najważniejsze to zachować dziecięcą naiwność”. Tzn. wciąż się dziwić, że ten świat jest albo taki piękny, albo tak okropny. A nie stwierdzać beznamiętnie:„tak, właśnie taki jest” i traktować to jako fakt, który ani nas ziębi, ani grzeje. Staram się o tym nigdy nie zapominać.

_______________________________________
*Wojciech Marczewski, rocznik 1944, scenarzysta i reżyser. Ma na koncie m.in. „Zmory” (1978) nakręcone na podstawie głośnej powieści Emila Zegadłowicza, „Klucznika” (1979) wg dramatu Wiesława Myśliwskiego, „Dreszcze” (1981), „Ucieczkę z kina Wolność” (1990), i „Weisera” (2000) na podstawie powieści Pawła Huellego