Codziennie media bombardują nas lawiną informacji o dramatach rodzinnych. Dlaczego tę właśnie prasową notatkę wybraliście na temat filmu?
JOANNA KOS-KRAUZE
: Tak naprawdę wszystko zaczęło się od projektu stacji TVN, która po sukcesie „Big Brothera” wpadła na pomysł zrobienia serii filmów opartych na faktach, których bohaterami byliby zwyczajni ludzie. Przygotowaliśmy projekt kilku scenariuszy, z których powstać miały filmy zrealizowane przez kilku różnych reżyserów. Jeden z filmów miał być moim debiutem, jeden miał robić Robert Gliński, rozdaliśmy te pomysły. A ponieważ nic z tego nie wyszło, postanowiliśmy sami ocalić coś z tych projektów. I od tego się zaczęło. Tak jak „Mój Nikifor” był dla mnie próbą odpowiedzi na pytanie, jak pracować, jaki jest klucz do własnej wrażliwości, tak „Plac Zbawiciela” jest próbą rozliczenia się z życiem bardzo osobistym, z błędami, które większość z nas popełnia, nieświadoma ich konsekwencji.

Nazwaliście ten film „<Długiem> dla kobiet”...
KRZYSZTOF KRAUZE
: Ja chyba się zapędziłem z tym określeniem.  Wycofuję się z tego. Oczywiście jest coś, co łączy te filmy - w obu stawiamy zwykłych ludzi w sytuacjach ponad ich siły, wiemy, że one przekraczają ich wytrzymałość i patrzymy, co się będzie z nimi działo. Tak było w „Długu”, tak jest i teraz, tyle że tam bohaterami byli mężczyźni, a tutaj kobiety.
JK-K: No i tam zagrożenie przychodzi z zewnątrz, w „Placu Zbawiciela” ono rodzi się wewnątrz, w kręgu najbliższych sobie ludzi. Dlatego on był trudniejszy konstrukcyjnie, w sensie stworzenia wiarygodnej psychologii. Tam wróg w osobie Gerarda był wyraźny, namacalny, tutaj dramat wynika z naszych własnych charakterów, i to znacznie trudniej pokazać w sposób przekonujący.
KK: No i tu nie ma tego pistoletu, który Gerard przystawiał bohaterom „Długu” do głowy. Tutaj ten pistolet jest niematerialny. Ale jeszcze coś łączy „Plac Zbawiciela” z „Długiem”. Oba te filmy pokazują, jaką cenę płaci się w życiu za lęk. Nie da się w naszym życiu czegoś naprawić, jeśli nie wykaże się pewnej dozy odwagi.

Ktoś powiedział, że to kino bardzo kobiece, choć pracował nad nim mężczyzna. Zgodzicie się z tym?
KK
: Nie do końca. Nawet gdyby Joasia sama pracowała nad tym filmem, to i tak ocaliłaby męski punkt widzenia. Bo to nie jest film w obronie kobiet. Kobiety przecież nie są tu bez winy. To film w obronie pewnych zasad.
JK-K: Ten film ma bronić takiego czystego tonu, czystego miejsca, które ma w sobie każdy z nas, a które zwykle sami w sobie zabijamy. To jest też mój problem. Budzę się rano i zaczynam od pretensji pod adresem Krzysztofa, dziecka, a to przenosi się potem na całe nasze życie. A przecież człowiek jest z natury dobry i mamy te czyste momenty. Zresztą w tej historii największe wrażenie zrobiło na nas to, że nasz bohater też w pewnym momencie się przebudził, miał odwagę coś odwrócić, wziąć na siebie winę. I trudno powiedzieć dlaczego. To był akt łaski. Czasem go doświadczamy. I mamy wtedy odwagę powiedzieć przepraszam, albo sami coś wybaczyć. I naprawdę warto.

Jesteś jedyną kobietą na tym festiwalu, wśród 23 mężczyzn reżyserów.
JK-K
: Ja wciąż powtarzam: „Upominajcie się o kobiety w polskim kinie”. U nas kino jest robione wyłącznie przez mężczyzn i dla mężczyzn. Nigdzie na świecie tak nie jest. Kobiety produkują filmy, reżyserują i radzą sobie znakomicie.
KK: Jestem pewien, że inaczej wyglądałoby polskie kino, gdyby robiły je również kobiety. Są wierniejsze sprawom, są bardziej wrażliwe. W ogóle ten nasz rynek filmowy jest dziwny. Na świecie znakomite filmy produkują głównie aktorzy, którzy świetnie znają teren i branżę. U nas aktorzy co najwyżej prowadzą knajpy.

Jak to jest, gdy życie zawodowe i prywatne łączy się w jedno? Ten film wyzwala ogromne emocje, na pewno przenosiliście je z planu do domu.
KK
: Oczywiście, tego nie sposób uniknąć. Ale to wielki komfort pracować z kimś, kto zna cię na wylot. Joasia czasem wręcz czyta w moich myślach. To nawet nie o to chodzi, że co dwie głowy to nie jedna. Kiedy pisaliśmy scenariusz, dokładnie wiedzieliśmy, co na jeden dialog odpowie druga strona.
JK-K: Poza tym nie mieliśmy poczucia, że robimy film o kimś zza ściany. Każdy ma podobne problemy jak nasi bohaterowie. Powiedzieliśmy sobie na początku, że ten film wymaga od nas absolutnej szczerości. Każdy był świadkiem jakiegoś paskudnego postępku, każdy kiedyś skłamał, oszukał. Jeśli człowiek, robiąc taki film, zdobędzie się na absolutną szczerość, to on staje się czymś w rodzaju katharsis.

Czy już myślicie o kolejnym wspólnym filmie?
KK
: Oczywiście. Tym razem będzie to adaptacja jednego z opowiadań Wojciecha Albińskiego, polskiego pisarza mieszkającego w Afryce. Akcja dzieje się w Rwandzie i częściowo w Europie. Wielkie fale migracji, problem, który za moment dotyczył będzie i nas tutaj w Polsce. Jak mówi Kapuściński: „Wiek XXI to wiek obcego”.