KATARZYNA NOWAKOWSKA: Kiedy wreszcie możemy się spodziewać dużego kinowego filmu pańskiego autorstwa?
MACIEJ DEJCZER*: Może w przyszłym roku. Nie mogę jeszcze powiedzieć nic konkretnego. Chodzą za mną różne projekty, ale szukam dobrego scenariusza.

To właśnie z powodu braku dobrego scenariusza nie nakręcił pan filmu od ośmiu lat?
Nie tylko. Pracując nad serialami, wpada się w wir, w który i ja wpadłem. Zrobiłem na przykład 70 odcinków „Na dobre i na złe”. Tam spotkałem znakomitych aktorów. Formuła „Na dobre...” zawierała udział nowych postaci w każdym z odcinków – dla mnie było to interesujące. Pracowałem z dobrymi fachowcami, trzymałem się zawodu, co dawało pewną złudną satysfakcję, że się robi coś wielkiego. Reżyserowałem ten serial, oddając mu duży kawałek serca.

Nie miał pan poczucia, że idzie pan w telewizyjną szmirę?
Starałem się nie robić szmiry i wtedy nie miałem takiego poczucia.

A teraz?
Teraz mam, ale nie zgodzę się z określeniem szmira. To był sformatowany serial – i nie pozwalał poza ten format wychodzić – ale nie szmira. Zdarzały się słabsze odcinki, ale zdarzały się też miniprzypowieści. Ale to taki gatunek – coś, co ma 200 – 300 odcinków, to już nie serial, to klasyczny soap. Trzeba rozumieć ograniczenia tego gatunku. Świadomie wybrałem „Oficera”: zainteresował mnie nowym typem bohatera, tajemnicą i rodzajem kamuflażu, jaki trzeba zastosować, aby rozwiązać zagadkę… Sądząc po świetnych opiniach widzów, udało się. Teraz bardzo chętnie skorzystałbym z tych doświadczeń w kinie.

Jeśli ktoś widział pana dokumenty, takie jak „Kieszonkowcy” i słynny film fabularny „300 mil do nieba”, wie, jakim pan jest obserwatorem rzeczywistości. Jak pan mógł więc reżyserować serial „Magda M.” z jego sztuczną, plastikową rzeczywistością?
Konwencja „Magdy M.” to trochę konwencja komedii romantycznej, choć nie takiej jak „Cztery wesela i pogrzeb”. Trochę plastikowej, trochę sentymentalnej, śmiesznej z bohaterami marzącymi o wielkiej miłości. Takie było zapotrzebowanie i musiałem się w nie wpasować, zrobić serial zgodnie z konwencją. Zachęciła mnie obsada i humor... Przejście z „Oficera” do „Magdy M.” wymagało całkowitej zmiany podejścia. „Oficer” z racji tematu, emocji, które budzi, to materiał raczej ciężki, a praca na planie „Magdy” wymagała emanowania lekkością, by móc tę lekkość uchwycić kamerą. Po mrocznym „Oficerze” chciałem zmienić proporcje i propozycję zrobienia serialu komediowego przyjąłem z dystansem, starałem się, żeby tego nie zepsuć, żeby złapać i przekazać widzowi jasny charakter tej historii. A czy jest to właśnie to, o czym marzę, to zupełnie inna sprawa. To jest po prostu mój zawód. Gdyby mi pani zaproponowała interesujący scenariusz na film fabularny, to bym go zrobił i nie byłoby pytania o telenowele.

Więc to, że nie nakręcił pan czegoś na miarę „300 mil...”, to kwestia braku propozycji?
Z jednej strony to była sprawa braku propozycji, z drugiej to też świadomość, że utrzymuję się z tego zawodu. Mam rodzinę i muszę, banalnie rzecz ujmując, przeżyć i zapewnić przeżycie bliskim. A w Polsce nie da się go zapewnić, robiąc tylko fabuły. Można się utrzymać z filmów kinowych i reklam , a ja świadomie zrezygnowałem z rynku reklamy, choć zdarza mi się do niego sporadycznie wracać. Zresztą kręcenie „Oficera” i „Oficerów” nie pozwala na wiele innych aktywności. 200 dni zdjęciowych w ciągu dwóch lat to jak nakręcenie sześciu filmów fabularnych. Oba seriale kosztowały dużo energii, bo tego nie robi się łatwo – jeśli efekt ma być tak filmowy, czyli taki jaki udało nam się osiągnąć.

Czy można uznać, że seriale „Oficer” i „Oficerowie” są dla pana w jakimś sensie wprawką do tematu, którym chce się pan zająć w filmie kinowym? Mam na myśli projekt ogłoszony ponad rok temu, dotyczący zabójstwa generała Papały.
Wprawka to ryzykowne stwierdzenie. Nie użyłbym go. Z pewnością seriale „Oficer” i „Oficerowie” dały mi możliwość innego podejścia do materii filmowej. Kręciliśmy sceny wypadków, zabójstw, a to rozbicie budki telefonicznej przez samochód, rozbicie więźniarki przez pociąg pośpieszny, to znów wjazd autem do sklepu alkoholowego. Wszystko w jednym ujęciu, bez powtórek. To konieczność dyktowana finansami, ograniczeniami czasowymi. Ustawialiśmy wtedy z operatorem Piotrem Śliskowskim pięć, sześć kamer i kręciliśmy. Udało się w każdej z tych sytuacji. Nauczyłem się podejmowania szybkich decyzji i przewidywania, co może się zdarzyć. Wciągnąłem do pracy grupę ludzi, którym bardzo się to spodobało. Ale czy to jest rodzaj ćwiczeń? Nie, to praca.

Jakie są losy filmu o Papale? Dlaczego nic nie wiadomo na temat realizacji? Nadal chce go pan robić?
Chcę. O losy proszę zapytać producenta Jacka Gwizdałę, który jest właścicielem scenariusza i rok temu zaproponował mi ten projekt. Przez ostatnie pół roku kręciliśmy „Oficerów” i nie wracałem do tego tematu, choć bardzo chciałbym. Ale też odeszliśmy trochę od pierwotnego planu zrobienia paradokumentu o generale, filmu, który wprost odpowie na pytanie, kto jest mordercą. Miał opisywać ostatnie 24 godziny z życia generała, a raczej miała to być opowieść o tym, co działo się wokół niego i co właściwie stanowiło sedno sprawy. Wpadliśmy ze scenarzystą Tomkiem Kępskim na pewien przewrotny pomysł, którego nie chciałbym zdradzać, mając nadzieję, że jednak nakręcę ten film.

A czy chciał pan kiedyś zrobić kinową wersję „Oficera”?
Nie ma na razie takiego pomysłu i chyba trudno byłoby zrobić z tego film kinowy. Realizując „Oficerów”, myśleliśmy o serialu, inaczej budowaliśmy dramaturgię, choć staraliśmy się robić go bardzo filmowo, podobnie jak w „Oficerze”. Na razie jest propozycja, by przymierzyć się do trzeciej części. Pomyślałem sobie, że taka triada byłaby ciekawa, moglibyśmy pójść jeszcze dalej w opisywaniu rzeczywistości i jej mechanizmów. Kręcenie tego serialu było dla mnie nie tyle wprawką, co dużym doświadczeniem, które pozwoliło mi obcować z zupełnie innym światem niż na przykład w „Magdzie M.” Chciałem sprawdzić, jak sobie z czymś takim poradzę. I muszę powiedzieć, że z wielką ochotą robiłbym to dalej.

Ostatnio przeczytałam zdanie, że polski film tak wygląda, bo produkcją zajmują się wyłącznie mężczyźni, którzy robią filmy o i dla chłopców w krótkich spodenkach. Też pan myśli, że brak dobrych filmów, to wina producentów?
Z pani pytania wynika, że to wina producentów filmowych, że są mężczyznami.To by bardzo upraszczało sprawę. Myślę, że brakuje takich tandemów producenta i reżysera, którzy świetnie rozumieją się i dążą do jednego celu. I to bez względu na płeć. Poza tym większość scenarzystw wykonuje prace zlecone zamiast robić to, co by chcieli. Po prostu muszą z czegoś żyć, a bez dobrego scenariusza, przy którym pracuje się sercem, nie ma efektu… i tak koło się zamyka, bo bez dobrego scenariusza nie powstanie dobry film. Powstał system w którym jesteśmy bezradni. Produkujemy dużo a telenowel, choć większość projektów jest niedofinansowana. Może trzeba robić mniej, dłużej pracować nad filmami i doceniać ciężką pracę tych, którzy poświęcają się im bez reszty. Zawsze fascynowało mnie, obok amerykańskiego, kino rosyjskie, tam powstają bardzo głęboko osadzone w ich rzeczywistości filmy, oni się tego nie boją. „Powrót” Zwiagincewa – film nawiązujący do lat 50., do „Ostatniego dnia lata” Konwickiego, do filmów włoskich – świetnie zagrany, świetnie sfotografowany, prawdziwy. Oni mają takie filmy, i oni idą dalej, robią filmy z ciekawą drapieżną narracją. My mamy takich filmów bardzo mało. A są takie dobre tematy. Na przykład Powstanie Warszawskie.

Chciałby pan zrobić film o powstaniu?
Tak. Ale co, mam chodzić i krzyczeć, że chcę?

Tak!
Bardzo chciałbym zrobić film o Powstaniu! Nie o patosie, ale o ludziach. Myślę, że na ten temat mogłoby powstać kilka filmów, to wielki temat, wielki zastrzyk różnych emocji, zjawisk, historii. A na razie został zawarty tylko w jednym świetnym filmie – „Kanale”.

I, jak mówi twórca „Kanału”, wystarczy.
Nie słyszałem, próbuje pani niepotrzebnie coś sprowokować... Jest olbrzymie zapotrzebowanie na temat Powstania. Tylko boję się, że to może znowu wyjść jakiś wielki, patetyczny fresk, na który każe nam się składać po narodowej złotówce, by stworzyć wielki budżet. A my mamy trudności z wydaniem takiej kasy na środki filmowe, mamy inne priorytety… Moim zdaniem powinno powstać kilka projektów, nie koniecznie gigantycznych. Chciałbym zrobić jeden z takich filmów. Dla tych, którzy powstanie widzieli i jeszcz żyją, dla moich dzieci i dla cudzoziemców. Aby Warszawa nie kojarzyła im się z samotnie ukrywającym się muzykiem – choć „Pianista” to bardzo piękny film, a Polska z Kubicą i Małyszem – choć trzymam za nich kciuki.

Maciej Dejczer (rocznik 1955) – reżyser filmowy i telewizyjny. Nakręcił m.in. „300 mil do nieba” (1989), „Bandytę” (1997) oraz wiele odcinków seriali „M jak miłość”, „Na dobre i na złe” i innych. „Oficer” emitowany niedawno w TVP należał do najpopularniejszych polskich seriali. Jego kontynuację, „Oficerów”, będzie można oglądać w TVP 2 od 24 września