Sebastian Kustra: Czułeś ciśnienie, nagrywając drugi solowy album?
Justin Timberlake: Zawsze jest ciśnienie związane z porównaniami z tym, co zrobiło się do tej pory. Kiedy proces nagrywania zaczął stawać się coraz bardziej zaawansowany, ta presja powoli odchodziła. Głównie dlatego, że zaczęło powstawać coś wyjątkowego. Kiedy płyta została nagrana, przestałem się już w ogóle obawiać. To, co powstało, jest kompletnie inne od mojego debiutanckiego albumu. Jestem bardzo zadowolony z wyniku. Tym bardziej że na początku nie było konkretnej wizji tej płyty. Po prostu zaczęliśmy ją nagrywać i teraz sam możesz ocenić efekt. Zresztą nie przejmuję się recenzjami. Choć może dlatego, że do tej pory są tylko pozytywne (śmiech). 

Wystarczy spojrzeć na tytuły piosenek z nowej płyty, żeby się przekonać, że  seksualność stała się dla ciebie tematem numer jeden. Co w niej jest takiego inspirującego? 
Nie wiem (śmiech). Nie przygotowałem żadnej mądrej odpowiedzi. Seks jest obecny w muzyce od początku rock’n’rolla, więc nie tylko mi zaprząta on głowę. Nie jestem typem, który myśli tylko o zaciągnięciu kobiety do łóżka. Nie podnieca mnie dziewczyna w dżinsach, tylko to, w jaki sposób je nosi, jak chodzi, jak mówi. Jej pewność siebie, to czy czuje się dobrze we własnej skórze. W Europie bardziej akceptuje się sprawy związane z seksualnością. W Ameryce to wciąż temat tabu. Tu łatwiej jest ludziom przyjąć do wiadomości doniesienia o tym, że ludzie się zabijają, niż że mają ochotę się kochać.  

Nowym albumem chciałeś poszerzyć granice muzyki popularnej. Z pierwszych reakcji krytyków muzycznych wynika, że ci się to udało. Kto według ciebie najlepiej robił to wcześniej?
Z pewnością Dawid Bowie, The Beatles. Teraz przyszedł czas na Timbalanda. No i z pewnością Prince i jego płyta "Lovesexy". Jestem totalnym fanem Prince’a. To geniusz i moim wielkim marzeniem jest współpracować z nim w przyszłości. Samo słuchanie jego płyt i chodzenie na koncerty jest dla mnie wielkim przeżyciem.

Dostrzegasz różnice między pracą nad albumem "FutureSex/LoveSounds" a debiutanckim "Justified"? 
Pierwszy album był bardziej blisko tego, co działo się w moim życiu prywatnym. Tym razem nie zdecydowałem się na podobny ekshibicjonizm. Ważniejsza była muzyka, jej brzmienie, rytm. A pomysły na piosenki przychodziły z różnych stron. Na przykład inspiracją do napisania "Losing My Way" był film dokumentalny o uzależnieniu od narkotyków. I bynajmniej nie jest to mój manifest. Piosenka ma cię zmusić do myślenia, ale do niczego nie przekonywać. Nie jestem politykiem, tylko artystą.
 
Jak doszło do twojej współpracy z legendarnym producentem Rickiem Rubinem?
Kiedyś zaprosiłem go na jeden z moich koncertów. Po koncercie porozmawialiśmy i okazało się, że obaj chcieliśmy coś wspólnie zrobić. A dlaczego właśnie on? Bo według mnie jest najlepszym producentem na świecie. Podczas prac w studio nie próbował niczego mi narzucać. Wybierał jedynie to, co dobrze brzmiało. Jego ucho było wyrocznią.

Twoje miejsce w biznesie muzycznym jest ugruntowane. Taka sytuacja to dla ciebie komfort czy coś, co osłabia motywację? 
To sytuacja, która na pewno nie zwalnia mnie z obowiązku ciężkiej pracy. Rozwój to konieczność i tylko to mnie interesuje. Nawet nie chciałbym czuć się bezpiecznie w tym biznesie, bo wtedy przestałbym być kreatywny. Choć na pewno miło jest mieć pierwsze miejsce na liście Billboardu. Szczególnie, że od pierwszej płyty minęły cztery lata. Wprawdzie piosenka "Rock Your Body"  z poprzedniego albumu była bardzo popularna w stacjach radiowych, to jednak "SexyBack" z nowej płyty jest moim numerem jeden.

Twoja nowa płyta ma premierę w dość niefortunnym momencie. Równolegle bowiem ukazały się nowe płyty największych kobiecych gwiazd popu: Beyonce i Christiny Aguilery. W jakich kategoriach traktujesz ich płyty: zagrożenia czy zdrowej konkurencji?
W ogóle nie nagrywam muzyki po to, by konkurować z innymi. Z Christiną i Beyonce znam się osobiście i  jestem ich wielkim fanem. Ich nowe płyty to naprawdę porcja świetnej muzyki. Możesz mi nie wierzyć, ale życzę im jak najlepiej. Tak jak sobie (śmiech).

Jak to się dzieje, że znajdujesz jeszcze czas na granie w filmach?
Sam sobie zadaję to pytanie. Miałem sporo szczęścia, że zaproponowano mi role w filmach "Edison" i "Alpha Dog". Zagranie u boku takich sław jak Morgan Freeman czy Kevin Spacey to było prawdziwe wyzwanie. Mam nadzieję, że podołałem, choć nie mam aż takich ambicji, żeby zawojować Hollywood. Aktorstwo to przygoda, którą chciałbym kontynuować. Ale chcę być aktorem per se. Jeśli nic z tego nie wyjdzie, zawsze mogę nagrywać muzykę.      
  
Porównując doświadczenia filmowe i muzyczne, co według ciebie wypada lepiej? 
Spełniam się, robiąc jedno i drugie. Pracując na planie, nie czujesz presji czasu. Tam głównie czekasz na kolejne ujęcie. Tymczasem w biznesie muzycznym nieustannie musisz się spieszyć. Obie te aktywności w pewien sposób się balansują i to mi odpowiada. 

Zdementujesz plotki o reaktywacji N’Sync? 
Tak to dziwna historia. Na pewno w najbliższym czasie nic z tego nie będzie. Każdy z nas zajęty jest teraz swoimi sprawami. Choć razem z JC (jeden z członków zespołu – przyp. red.) nagraliśmy kilka utworów na jego solową płytę. On jest fenomenalny. Miał najlepszy głos z nas wszystkich.

Jest szansa, że odwiedzisz Polskę?
Od stycznia 2007 roku ruszam w trasę koncertową. Najpierw Ameryka, potem Europa, więc zobaczymy. Po gorącym okresie promocyjnym będę musiał  mocno naładować akumulatory.

W jaki sposób?
To oczywiste – grając w golfa. Nic mnie bardziej nie odpręża niż golf. Wyłączam też telefony i wychodzę z psami. Jest tylko jeden problem. Wszędzie wszyscy chcą sobie robić ze mną zdjęcia, to jakaś paranoja. Po co komuś zdjęcie ze mną?

Justin Timberlake (ur. w 1981 roku) – w wieku 14 lat znalazł się w popularnym boysbandzie N’Sync, którego płyta "No Strings Attached" w pierwszym tygodniu rozeszła się w nakładzie 2,4 mln. Zespół wstrzymał działalność z powodu nagrania przez Justina debiutanckiego krążka "Justified" (2002). 12 września odbyła się premiera jego najnowszej płyty "FuturSex/LoveSounds".