Na planie filmowym aż kipi od testosteronu: w ponad czterdziestoosobowej ekipie jest tylko kilka kobiet, a siedem głównych ról gra siedmiu znanych aktorów, między innymi Piotr Adamczyk, Borys Szyc i Maciej Stuhr. Konecki i Saramonowicz kończą pracę nad filmem, który - jak zapowiadają - ma być absolutnym hitem. W dodatku bardzo, bardzo śmiesznym.

Wojciech Cieślak: „Testosteron” był hitem teatralnym. Postanowili panowie pójść za ciosem i zrealizować film, który też będzie hitem?
Andrzej Saramonowicz: To nie tak. Pierwotnie pomysł na opowieść o mężczyznach, którzy się spotykają w jednym miejscu i rozmawiają o swoich dobrych i niedobrych relacjach z kobietami, przeznaczony był do filmu, a nie do teatru. Uznałem jednak, że prościej i szybciej będzie napisać sztukę teatralną. Moi przyjaciele, aktorzy z Teatru Montownia, potrzebowali nowej premiery, a ja chciałem, by w miarę szybko od momentu napisania moja sztuka została wystawiona. W ten sposób po czterech miesiącach od powstania, w czerwcu 2002 roku, powstała sceniczna wersja „Testosteronu”. A ponieważ odniosła wielki sukces, postanowiłem poczekać z filmem. Teraz jest idealny czas, by wrócić do pierwotnego pomysłu i zrealizować film.
Tomasz Konecki: Robienie kolejnych filmów to dla nas spełnianie marzeń. Zaczęliśmy od partyzanckiego „Pół serio”, później było „Ciało”. A teraz jest „Testosteron”.

W Warszawie spektakl obejrzało ponad 100 tysięcy ludzi. To tyle, ile całkiem dobry film...
A.S.: W Warszawie zostały zagrane 303 spektakle, w Jeleniej Górze blisko 200, w Krakowie i Łodzi też bardzo dużo. Wszędzie, gdzie sztuka jest grana, staje się frekwencyjnym hitem i ludzie ją bardzo lubią. To szalenie satysfakcjonujące.

Dlaczego do filmu nie zaangażowali panowie aktorów z Teatru Montownia? To też dla ich talentu publiczność chodziła na „Testosteron”.
A.S.: Mimo że napisałem „Testosteron” dla konkretnych aktorów, to jest w nim pewien uniwersalizm i dobrze się sprawdza w innych obsadach. Niezwykle cenię teatralne umiejętności aktorów z Montowni, ale film to zupełnie inne medium, w jakim stosuje się inne środki wyrazu. Wszyscy aktorzy, których zaangażowaliśmy do kinowej wersji „Testosteronu”, mają wielkie doświadczenie filmowe. Z Tomkiem zawsze staramy się dobierać obsadę optymalną do naszych wyobrażeń. Uznaliśmy w pewnym momencie, że optymalny będzie skład aktorski, jaki właśnie z nami współpracuje, czyli Borys Szyc, Piotr Adamczyk, Maciek Stuhr, Krzysiek Stelmaszyk, Tomek Karolak, Tomek Kot i Czarek Kosiński. To przecież polscy „galacticos”! Nie mogliśmy przegapić takiej szansy.

Łatwo ich okiełznać, wyreżyserować siedem głównych ról?
A.S.: Tak, bo to są świetni aktorzy. Doskonale wyczuwają niuanse, świetnie reagują na reżyserskie uwagi. Są przy tym pełni inwencji i własnych pomysłów. A my czuwamy, by razem z aktorami stworzyć jak najciekawszy świat.
T.K.:Zaangażowaliśmy siedmiu wybitnych aktorów. Nie wiedzieliśmy, czy uda nam się okiełznać siedem silnych osobowości. Już w czasie prób i ujęć widać, jak wiele zaskakujących propozycji są w stanie przedstawić. Naszym głównym zadaniem jest pokierować ich kreatywnością w stronę, która jest naszą wizją tego filmu.

A jak te wasze reżyserskie testosterony się ścierają? Czy to wygodna sytuacja, kiedy jeden film reżyseruje dwóch facetów?
A.S.: W przypadku trudnych projektów, a ten jest trudny, wygodna. Znamy się z Tomkiem od lat, bawią nas podobne rzeczy, także na poziomie niuansów. Zanim przystąpimy do pracy, wiele kwestii mamy już zdefiniowanych. Tak więc wobec ekipy i aktorów zachowujemy się jak jeden reżyser. Dwugłowy…
Poza tym mamy ogromne wsparcie w osobie operatora Tomka Madejskiego, którego wiedza, doświadczenie i smak plastyczny są nie do przecenienia. Działamy więc niejako w trójkę, co jest świetnym rozwiązaniem, bo się wspieramy, rozkładając niejako stres na trzy części.
Nie mam przy tym poczucia, że moje ego na tym traci, bo generalnie wychodzę z założenia, że lepiej zjeść ciastko we trzech niż g... samemu. Jeżeli – w co głęboko wierzę – film, który teraz robimy, spodoba się widzom, to żaden z nas nie będzie miał poczucia straty, że dzieli się splendorem z pozostałymi dwoma przyjaciółmi.

Czy tym filmem uda się trochę „odpapieżyć” Piotra Adamczyka?
T.K.: Wierzymy w talent komediowy Piotra Adamczyka. Mieliśmy już próbkę przy okazji pracy nad poprzednim filmem. Świetnie zagrał epizod w „Ciele”. Potrafi bardzo realistycznie grać w scenach o charakterze komediowym. To jest to, na czym nam najbardziej zależy. Według nas w komedii trzeba grać bardzo realistycznie. Śmieszność jest budowana przez sytuację, w której znaleźli się nasi bohaterowie.
A.S.: Postać przez niego grana – Kornel, biolog – wie doskonale, jakie siły napędzają wzajemne działania samców i samic. Jako mężczyzna musi zrozumieć, że i on, i pozostali uczestnicy wesela po ślubie, który się nie odbył, podlegają tym samym mechanizmom. I doznaje szoku, jak każdy, kto uświadamia sobie, że jest jednocześnie twórcą i tworzywem.

„Testosteron” będzie komedią, tragikomedią czy może jeszcze jakimś innym gatunkiem?
A.S.: To będzie komedia. Wierzę, że bardzo śmieszna, a przy okazji niegłupia. Napisałem „Testosteron” także po to, by pomóc zrozumieć ludziom płci obojga, jakie mechanizmy biologiczne napędzają ich działanie.
T.K.: Dzięki tej komedii można powiedzieć wiele ważnych rzeczy o relacjach między kobietami a mężczyznami. Zarówno One, jak i Oni zmieniają się pod wpływem swoich partnerów. Śledząc historię życia jednego mężczyzny, można obserwować, jak zmienia się poprzez swoje związki z różnymi kobietami. W „Testosteronie” Andrzej Saramonowicz stara się opisać te relacje przez pryzmat historii siedmiu różniących się od siebie charakterologicznie bohaterów. Już na poziomie realizacji filmu widać, że jest to bardzo obiektywna forma opisu świata mężczyzn i kobiet. To świat, w którym skomplikowaną grę prowadzą obie strony. Tym, co mnie zaskoczyło po lekturze sztuki i scenariusza jest to, że nasze męskie zachowania w tej grze są zaskakująco przewidywalne.

Feministki się nie obrażą?
T.K.: Wręcz przeciwnie. Gdybym był feministką, to bym bardzo lubił ten film.