Hanna Bauta: Współczesna literatura dla młodzieży nie chce już nikogo wychowywać. Zatraciła tę funkcję, która postrzegana jest jako anachroniczna. Jak pani ocenia swoje pisarstwo na takim właśnie tle?
Małgorzata Musierowicz: Nie porównuję się z innymi już choćby dlatego, że to mało konstruktywne zajęcie. Nie mam też na to czasu ani ochoty. Po prostu spokojnie robię swoje, nie oglądając się na to, co robią inni. Jeśli moje książki wychowują, to widocznie dlatego, że mam wieloletnią praktykę w chlubnym zawodzie mamy czworga dzieci i babci dwóch wnuków (trzeci w drodze...). Pewne rzeczy wchodzą człowiekowi do krwiobiegu i choćby nawet chciał szkodzić dziecku, to nijak nie potrafi.

Polskę opanowała literacka tandeta?
W literaturze to jest cudowne, że zapewnia swemu twórcy całkowitą wolność. Jeśli ktoś ma taki nieodparty impuls lub zimne założenie, że oto będzie antywychowawczy, destrukcyjny i zły, to oczywiście też może, naturalnie w granicach prawa. Ale ostatnie słowo należy zawsze do czytelników. Nie widzę, by jakoś wyraźnie dominowały na rynku książki głupie, złe, ponure lub nudne. Ludzie mają więcej zdrowego rozsądku, niż by można przypuszczać. Także gdy chodzi o zapewnienie lektury własnym dzieciom.

Pisze pani powieści z tezą? Chce pani przekazywać czytelnikom jakieś istotne treści?
Powieści, mam nadzieję, tłumaczą się same ze swoich intencji i nie muszę ich publicznie deklarować. Cieszę się, że mogę dostarczyć miłej i niegłupiej rozrywki rzeszom młodych ludzi. Są tacy sympatyczni i ujmujący! "Czarna polewka" to już siedemnasta książka ze słynnego cyklu "Jeżycjada". Aż sześciu mężczyzn w różnym wieku dostaje w tej powieści kosza, harbuza, rekuzę czy, jak kto woli, czarną polewkę. Więcej nie powiem. Książka jest bardzo apetyczna, gruba, ciekawa i śmieszna. Sama bym chętnie ją przeczytała, gdyby nie to, że już ją znam. Wobec tego muszę usiąść do pisania osiemnastej, pod tytułem "Sprężyna". Mam już plan akcji i część pierwszego rozdziału.

Swoje książki ilustruje pani sama. I czytelnicy chyba doszli już do wniosku, że to integralna część cyklu.
Każdy. A to często oznacza mnóstwo dodatkowej pracy. Dla potrzeb "Czarnej polewki" odbyłam trzy podróże do Śmiełowa położonego w zachodniej Wielkopolsce. Jest tam jeden z piękniejszych polskich pałaców, w którym w roku 1831 gościł Adam Mickiewicz. Teraz mieści się tam muzeum mickiewiczowskie położone w najpiękniejszej okolicy, jaką można sobie wyobrazić. Umieściłam w tym pałacu moją bohaterkę, więc też musiałam bardzo dokładnie się przyjrzeć i budynkowi, i okolicy, i nawet roślinom w parku. Lubię, kiedy realia się zgadzają, łatwiej w nich wtedy umieścić fikcyjne wydarzenia. Czytelnicy też to lubią!

Czy często zdarza się pani wplatać realne historie w fabułę książki?
Nigdy nie wplatam. Wszystko wymyślam. Strasznie to lubię. Nie lubię opisywać realnych wydarzeń, bardzo mnie to nudzi. Coś pani opowiem. Od dwóch lat piszę, tak jak sobie postanowiłam, dziennik. Codziennie wieczorem, żeby nie wiem co, notuję choć parę słów. I proszę sobie wyobrazić, odtwarzanie minionych właśnie wydarzeń wydaje mi się najgorszą z kar. Zauważyłam, że odnotowuję najczęściej, jaki był kolor nieba albo która z róż właśnie zakwitła w moim ogrodzie. Czasem rejestruję śmieszne powiedzonka i przepisuję z komórki wszystkie SMS-y, jakie przychodzą, bo bywają rozkoszne. Najwięcej zaś miejsca, jak się okazuje, poświęcam w tym dzienniku książkom, które właśnie czytam. Wygląda na to, że żyję w dwu rzeczywistościach, przy czym w jednej z nich – wbrew upodobaniu. Trudno, żebym to nagle zmieniała.

Już drugie pokolenie młodych ludzi wychowuje się na pani książkach. Jak potoczą się dalej losy rodziny Borejków?
Kiedy ja jeszcze sama tego nie wiem! Wiem tylko, że muszę napisać jeszcze przynajmniej trzy tomy "Jeżycjady", żeby było ich równo 20, dla równego rachunku i schludnej symetrii. To nie znaczy, że nie napiszę, jak będzie trzeba, kolejnych tomów, oczywiście w jakiejś symetrycznej, sympatycznej liczbie.

Czy słynna już saga Borejków nie jest tylko rodzinną utopią, swojego rodzaju fikcją literacką, w świecie gdzie coraz trudniej o dobre kontakty międzyludzkie?
Pozwolę sobie nieśmiało przypomnieć, że zdecydowana większość powieści jest fikcją literacką. Nie są nią reportaże oraz inne pozycje z literatury faktu. Jeśli autor decyduje się tworzyć w określonej konwencji, to odpowiedzialność za to bierze sam. Ja wybrałam konwencję humorystycznej powieści młodzieżowej i konsekwentnie ignoruję namowy oraz żądania krytyki literackiej, której poszczególne przedstawicielki usiłują mnie namówić do zmiany stylu i do nasycenia moich kolejnych książek zbrodnią, przemocą, seksem i goryczą oraz oczywiście problemem narkomanii. Przemyka mi lekka myśl w rodzaju: "To same se o tym piszcie!" i spokojnie robię swoje. A one, owszem, piszą i piszą. Jak mówię, każdy sam ustala swój styl i sam za niego odpowiada, podobnie jak za sukces czy klapę. Czy saga Borejków nie jest tylko rodzinną utopią, pyta pani? No, a jeśli jest, to co z tego? Czy kiedykolwiek się zobowiązywałam do pisania reportaży? Odpowiem natychmiast: nie, nigdy. Nie lubię reportaży. Natomiast pasjami lubię to, czym biedny człowiek potrafi zaczarować ponurą rzeczywistość, w co potrafi ją przemienić, czym potrafi ją sobie oswoić i przyporządkować: lubię, a wręcz uwielbiam, fikcję literacką. W niej nasza siła.

"Jeżycjada" to także świetna promocja Poznania, w którym rozgrywają się losy rodziny i ich przyjaciół. Co takiego niepowtarzalnego jest w Jeżycach, jednej z ładniejszych dzielnic stolicy Wielkopolski?
Absolutnie niepowtarzalne w niej jest to, że mieszkałam tam całe życie, wychowując czwórkę dzieci na przestrzeni wielu lat i usiłując nie poddać się monotonii codziennych obowiązków. To dlatego wymyślałam sobie różne rzeczy, spacerując z kolejnymi niemowlętami ulicą Roosevelta, w kierunku parku Sołackiego. Potem wystarczyło tylko to zapisać. Ale, rzecz ciekawa, kiedy tylko najmłodszy nasz syn się usamodzielnił, bez żalu, a nawet powiedziałabym z entuzjazmem, opuściliśmy mury przesławnej dzielnicy, by zamieszkać na wsi, wśród jezior i lasów. Już tu napisałam  trzy  tomy "Jeżycjady", z czego wniosek, że niekoniecznie mi jest potrzebne przebywanie w miejscu, które opisuję. Mogę je sobie bez trudu wyobrazić. Nawet wolę.I chyba mają rację. Widziałam już ilustracje do zagranicznych wydań moich książek i żadne nie wydały mi się "podobne" do moich bohaterów. Ostatecznie, któż lepiej ode mnie wie, jak oni wyglądają?!

Jak długo pracowała pani nad "Czarną polewką"?
Przeszło rok. W tym czasie starsza córka urodziła mi drugiego wnuka, Aleksego, młodsza też wyszła za mąż, przewaliły się również przez naszą rodzinę zwykłe fale chorób i kłopotów, wydarzeń miłych i trudnych, toteż jak zwykle nie dotrzymałam terminu ustalonego przez wydawcę. Czytelnicy z wolna przyzwyczajają się do moich spóźnień, ale na wszelki wypadek pozwolę tu sobie przypomnieć, że życie ma swoje prawa, a autor, jak każdy człowiek, podlega presji okoliczności, nie mówiąc już o tym, że też chciałby od czasu do czasu poleżeć pod gruszą i popatrzeć na obłoki. A nie ma kiedy, bo gonią go własne zobowiązania i słynna poznańska pracowitość.


Małgorzata Musierowicz – powieściopisarka, autorka i ilustratorka książek dla dzieci i młodzieży. Jej cykl "Jeżycjada" został przetłumaczony na wiele europejskich języków. Jest laureatką wielu nagród, m.in. "Kwiat kalafiora" został wpisany na Listę Honorową im. Andersena. Jej najnowsza powieść "Czarna polewka" nakładem wydawnictwa Akapit pojawi się w księgarniach już 22 września.