Tak było w jego słynnych filmach sprzed lat: "Matadorze” i "Kice”. Podobnie dzieje się w "Volver”, który właśnie wchodzi na ekrany polskich kin. Ten film, wspaniały w warstwie wizualnej, to fantastyczny portret kobiet trzech generacji. W końcu o kim, jak o nie o kobietach, miałby mówić Almodóvar? Żaden reżyser nie potrafi opowiadać o nich tak prawdziwie jak twórca "Porozmawiaj z nią”. On sam powiada: „Kobiety wydają mi się bardziej interesujące, bardziej złożone, zaskakujące. Mężczyzna jest jakby z jednego kawałka”.

Kobiety Almodóvara mają olbrzymią odwagę i wielkie serca przepełnione miłością. W "Volver” cierpią bardziej niż kiedykolwiek: są gwałcone, tracą dzieci, popełniają zbrodnie. Ale zwyciężają, właśnie dlatego, że są silne i bezkompromisowe. Dokładnie tak jak w nagrodzonym Oscarem "Wszystko o mojej matce” czy we wspaniałych "Kobietach na skraju załamania nerwowego”. Tu także nie mają oparcia w mężczyznach i mogą liczyć tylko na siebie. I na bliskich, którzy przychodzą z zaświatów, by zmazać swoje winy i służyć wsparciem.

"U nas, w La Manchy - mówi reżyser - wierzono, że zmarli są z nami. Ja też, choć mam się za niewierzącego, nie mogę uwierzyć w śmierć”. To, co przeraża i kładzie się cieniem na życiu kobiet w "Volver”, reżyser pokazuje w ciepłych, pastelowych tonacjach. Zbrodnia popełniana jest po cichu i w słusznej sprawie, krew nie leje się czerwonym strumieniem, lecz bezszelestnie wsiąka w sterty papierów, gdy grana przez Penelope Cruz Raimunda uprząta ciało zamordowanego męża. Zginął z ręki jej córki, którą napastował seksualnie.

Reszta mężczyzn, równie zdeprawowanych, pojawia się tu tylko we wspomnieniach. Kobiety Almodóvara nie litują się nad sobą. Przypominają raczej bohaterki antycznych dramatów, z wyjątkiem jednej słabości: skłonności do płaczu. Jej źródło tkwi w upodobaniach reżysera, który mówi: "Nie ma bardziej imponującego widoku niż ten, jak w przeciągu jednego ujęcia para suchych, miotających gromy oczu nagle wzbiera łzami, które leją się strumieniem. To cały spektakl!”.

Jednak "Volver” to przede wszystkim świetne kino obyczajowe o hiszpańskiej prowincji, ale nie tylko. To także historia zbrodni, zdrady i skrywanej przez lata bolesnej tajemnicy, która na ćwierć wieku rozdzieliła matkę i córkę. Sam reżyser tak określa swoje dzieło: "To chyba komediodramat. Faktycznie, gdy śledzimy tragikomiczną fabułę, przypomina się... Fellini”. Starania Hiszpana doceniono już na festiwalu w Cannes (nagroda za scenariusz dla Almodóvara) i San Sebastian (nagroda Fipresci dla najlepszego filmu).

Zresztą każdy element najnowszego filmu hiszpańskiego reżysera jest doskonały. Jednak największym atutem "Volver” są aktorki, uhonorowane zresztą za swój występ zbiorową nagrodą na tegorocznym festiwalu w Cannes. Wystylizowana na Sophię Loren Penelope Cruz zagrała, być może, rolę życia. Jej Raimunda to, jak mówi Almodóvar, "żywioł, którego nic nie powstrzyma”. Jest niewinna w swej bezbronności i jednocześnie grzeszna do granic w każdym geście.

"Volver”, prócz pięciu kobiet, które szanse na ocalenie znajdują w miłości i więzach rodzinnych, ma jednak jeszcze jednego zbiorowego bohatera. Jest nim Hiszpania: jej tętniąca życiem prowincja z całą barwnością, emanująca ciepłem i jakże odmienna od mrocznej Hiszpanii, znanej z kina dawnych mistrzów.

"Volver” - będący dowodem na wielką formę Pedra Almodóvara - to bez wątpienia jedno z największych filmowych wydarzeń ostatnich miesięcy. O kobietach, lecz nie tylko dla nich. Panowie powinni go zobaczyć, choćby dlatego że znajdą w nim, parafrazując, tytuł filmu wyreżyserowanego przez Woody’ego Allena, wszystko, co chcieliby wiedzieć o kobietach, lecz boją się zapytać.