MACIEJ KARŁOWSKI: Przyjechałeś do Polski udzielać wywiadów, podpisywać płyty, porozmawiać. To ciężka, niemuzyczna praca. Dziś pięć godzin w Polsce, a jutro gdzie?
PAT METHENY: Rano do Włoch, po południu do Niemiec. Wczoraj byłem w Japonii. Jest to dla mnie nowe zjawisko: przemieszczam się z miasta do miasta nie po to, by grać, ale by porozmawiać. Do tej pory miałem takie trasy przy wydaniu kilku albumów. To niewątpliwie pomaga w promocji, czasem jest też jedynym sposobem zaprezentowania płyty: po prostu opowiedzieć o niej. Ta płyta jest dla mnie czymś, z czego jestem dumny, i wydaje mi się warta takiej trasy promocyjnej. Jeżeli zaś chodzi o Polskę, to dla mnie bardzo ważny kraj. Miałem okazję być tu już wielokrotnie, wygląda na to, że moje płyty są tu szczególnie dobrze odbierane.

Promujesz płytę nagraną wspólnie z Bradem Mehldauem. Dlaczego właśnie on?
Brad jest muzykiem, którego podziwiałem od wielu lat. Pierwszy raz usłyszałem o nim od Joshuy Redmana, z którym grywałem na początku lat 90. Wpadł pewnego dnia i powiedział, że zatrudnił pianistę, którego na pewno polubię. Pod wieloma względami Brad jest młodym muzykiem, na jakiego czekałem od dawna. Jego sposób improwizacji jest mi bliski. Dodatkowo, kiedy zacząłem przeglądać materiały prasowe na jego temat, zrobiło mi się miło, że moja muzyka od dawna była mu bliska. Wielokrotnie spotykaliśmy się przypadkiem na trasie, np. na lotnisku. Wiele razy mówiliśmy o tym, że musimy razem zagrać, ale wciąż do tego nie dochodziło. W końcu w zeszłym roku ustaliliśmy, że trzeba po prostu wybrać jakiś termin na spotkanie i mimo że byliśmy obaj bardzo zajęci, ustaliliśmy sesję na grudzień. Obydwaj zaczęliśmy ciężko pracować nad materiałem do nagrania, tydzień sesji był ekscytujący i bardzo produktywny.

Co takiego jest w sposobie improwizacji Brada, co wyróżnia go spośród innych młodych pianistów?
Można powiedzieć, że nie tylko pianistów, ale muzyków. On bardzo ceni rozwój, jest ogromnie zaangażowany. Wielu młodych pianistów sięga po różne sposoby gry, idee, ale ich nie rozwijają, po prostu przeskakują to tu, to tam i już. Brad adaptuje idee, chwyta je, ale też nadaje im trwanie. One rzeczywiście żyją. Wkłada wiele pracy w to, by je rozszerzyć: to jest coś, czemu i ja również poświęcam sporo pracy. Inną rzeczą, dzięki której uważam go za wyjątkowego, jest jego ogólna wrażliwość na melodię. Najtrudniejsze w grze z drugim muzykiem jest uchwycenie melodii. Można rozmawiać o akordach, tempie, rytmie, harmoniach, wszystko można przedyskutować, ale nie wytłumaczy się melodii. Albo ktoś to czuje, albo nie. Brad to ma i melodie, które gra, rzeczywiście przemawiają do wyobraźni i sądzę, że ludzie na nie odpowiadają. To właśnie cenię w jego improwizacji: nieustający szacunek dla melodii.

Jest coś zaskakującego, co odkryłeś w Bradzie podczas sesji? A jeśli tak, to może już macie jakieś dalsze wspólne plany?
To była bardzo intensywna sesja. Przynieśliśmy na nią 24 utwory: ja 18, Brad 6. Zgodziliśmy się wcześniej, że spróbujemy gry zarówno w duecie, jak i w kwartecie, bo nie mogliśmy się zdecydować, co wybrać. Właściwie to z tej sesji będzie jeszcze jedna płyta: właśnie kwartetowa, która ukaże się najpewniej w lutym przyszłego roku. Tak więc na początku sesji mieliśmy ogromną ilość materiału do opracowania i było dla mnie zaskoczeniem, że zdołaliśmy osiągnąć wszystko, co zamierzyliśmy.

Powiedziałeś, że Brad umie adaptować idee, że je rozwija i pozwala im trwać, a także żywi szacunek dla tradycji. Powiedz zatem, jak widzisz wasz duet gitarowo-fortepianowy na tle historii jazzu?
Duet gitara – fortepian jest rzadko spotykany w jazzie, gdyż te instrumenty razem wydają się trudne w orkiestracji. Zachodzi olbrzymie prawdopodobieństwo zgrzytów i konfliktów brzmieniowych. Przed sesją byliśmy świadomi, że mogą wystąpić tego rodzaju kłopoty. Interesujące jest jednak to, że udało nam się ich uniknąć. Wszystko wyszło bardzo naturalnie. Po prostu, gdy Brad grał B, ja wiedziałem, że muszę zagrać inny dźwięk. Grało mi się z nim tak dobrze, że momentami w ogóle nie czułem, że gram z pianistą. Po prostu grałem i miałem świetne, naturalne wsparcie. Myślę, że on czuł to samo. I summa summarum nawet ta orkiestracja okazała się łatwa. Całkiem intuicyjnie ułożyła się w naszych głowach. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że żaden z nas nie myślał o grze ani o spotkaniu gitary z fortepianem, ale o tworzeniu muzyki dla niej samej. Myślę, że jednym z najważniejszych powodów powodzenia tej sesji było nasze wspólne przeświadczenie, że najistotniejsze w grze jest właśnie pozbyć się myślenia o instrumencie.

To, o czym mówisz, słychać na płycie. Mam jednak wrażenie, że oprócz tego powstało między wami nieczęsto spotykane porozumienie myśli. Nie mylę się?
To prawda. Wystąpił między nami ten wyjątkowy rodzaj porozumienia, komunikacji, która obejmuje wszystkie najdrobniejsze muzyczne szczegóły; ale nawet więcej: i dla mnie, i dla Brada ważne jest to, jak muzyka przenika nasze życie. W dzisiejszych czasach zbyt często jest ona traktowana przedmiotowo, komercyjnie. Jest jednak pewien wyższy poziom muzyki, który istniał od zawsze. Muzyka jest pewną platformą do dyskusji nad ludzką stroną rzeczy. Jest odbiciem świata. Szukanie w niej ludzkiego ducha jest czymś, czemu jestem bardzo oddany. Brad pewnie też.

Czyli chcesz grać z nim dalej?
Drugą płytę wydamy w lutym 2007 r., potem planujemy też trasę koncertową. W tym momencie trudno powiedzieć, co będzie dalej. Potrzeba nam trochę czasu, zanim zapadną decyzje. Prawda jest jednak taka, że choć nagrywałem już duety z Charliem Hadenem i z Jimem Hallem nigdy wcześniej nie nagrałem płyty o takim charakterze. Brad jest specyficznym muzykiem, nie można porównać go do kogokolwiek innego. Jest wyjątkowy. Spotkanie z nim ujawniło też inne aspekty mojej gry. To, co stało się na naszej płycie, dobrze oddaje słowo „intymne”. Rzecz jasna każdy duet musi zawierać ten rodzaj komunikacji. Tu rzeczy działy się na poziomie instynktownym. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem.

Czy pracujesz jeszcze nad czymś z innymi muzykami? Co z Pat Metheny Group?
W październiku wychodzi koncert na DVD z trasy "The Way Up”. To na razie jedyne plany grupy. PMG była bardzo aktywna w ostatnich latach. Współpracujemy ze sobą już tak długo, że musimy mieć długie przerwy pomiędzy poszczególnymi projektami. Ja sam mam wiele innych zajęć, koledzy również. Spodziewam się jednak, że w ciągu kilku lat znów się spotkamy i znów będziemy razem grać.

A inne projekty? Zawsze pracowałeś dużo i interesowały cię różne terytoria jazzu.
To prawda. Jest jeden projekt, nad którym pracę zacząłem dwa lata temu. Trio z wspaniałym kontrabasistą Christianem McBridem oraz równie wyśmienitym perkusistą, Antonio Sanchezem. Nagraliśmy materiał, który wydamy być może w przyszłym roku. Nic razem jeszcze nie wydaliśmy, będzie więc to coś nowego.

Zanim to jednak nastąpi, mam nadzieję, że przyjedziecie z Bradem także do Polski?
Przyznam się, że jeszcze nie znam dokładnego planu trasy. Na pewno mamy zamiar przyjechać do Europy, w tym zapewne też do Polski.