Jan Kanty Pawluśkiewicz:
To był po prostu fantastyczny gość. I choć może to z pozoru dziwnie zabrzmieć, oprócz tego, że był znakomitym, wrażliwym artystą, był bardzo rzetelnym facetem, porządnym człowiekiem. Ta rzetelność, o której mówię, objawiała się we wszystkich jego poczynaniach i we wszystkich dziedzinach życia. Także wybrawszy sobie to, patrząc z boku wydawałoby się dość powierzchowne zajęcie, jakim jest pisanie piosenek, traktował je z najwyższą powagą. Jeśli już coś demonstrował publicznie, to było to najwyższej artystycznej jakości, a przynajmniej najwyższej, jaką był w stanie wytworzyć. I z tej ulotnej formy, jaką jest piosenka, tworzył coś niesłychanie istotnego, ważnego, trwałego.

„Teatr to dziwny teatr jedyny
gdzie sens, gdzie treść
czort jeden zna
tam fortepiany i mandoliny
w szalonym tangu Anawa
Pani mi mówi - niemożliwe
pani mi mówi - mnie się zdaje
pani mi mówi – nie do wiary
pani mi mówi - że to żart
co jest możliwe to możliwe
co mnie się zdaje to się zdaje
a pani nie wie co ja czuję
gdy śpiewam tango Anawa”

– ta trochę dziwaczna, rozwichrzona piosenka na zawsze kojarzy mi się z Markiem. I wiem, że miałem fantastyczne szczęście, mogąc uczestniczyć w powstawaniu takiego utworu. To było coś niespodziewanego, twórczego, szybkiego, rozwojowego. Twórczość Marka, jego artystyczny zapał, otworzyły nowe drogi wielu młodym ludziom. Dla mnie osobiście jest wielkim szczęściem, że zaprzyjaźniliśmy się jako młode chłopaki i on przewrócił moje życie, a ja jego. Trudno mi powiedzieć, kto z nas wpadł na pomysł robienia kabaretu, to zrodziło się naturalnie. Kiedy spotkało się dwóch chłopaków, z których jeden ćwiczy na fortepianie, a drugi komponuje piosenki, to zupełnie oczywiste jest to, że będą szukać jakiejś drogi ujścia dla tej twórczej energii. I tak powstał kabaret – z szukania formy, by jakoś uzewnętrznić to, co nam się w środku kotłowało. A potem okazało się, że jeden z tych chłopaków wyrósł na fantastycznego, wielkiego artystę. Po prostu odszedł od nas geniusz, proszę państwa.

Krzysztof Jasiński
Spędziliśmy razem kawałek wspólnego życia, z Markiem zawsze kojarzyć mi się będzie nasza wspólna młodość. Jego śmierć to dla wielu jego przyjaciół ogromne zaskoczenie, był przecież jeszcze młody.
Marek był zawsze bardzo poważnym człowiekiem. Poważnym do tego stopnia, że często robiliśmy sobie z niego żarty. Oczywiście, żartowaliśmy zeń serdecznie i bez złośliwości, bo kochaliśmy go bardzo.
A był poważny, bo nie rozdzielał sztuki od życia. Żył, jak pisał, i był właśnie taki, jakim odsłaniał się w swoich piosenkach. Bardzo poważnie traktował poezję, muzykę, sztukę. Był zresztą wszechstronnym artystą, z upodobaniem malował i obdarowywał bliskich swoimi obrazami. Nawet dziś rano patrzyłem na płótno z irysami, które od niego dostałem i które wisi u mnie w domu.
Ale Marek potrafił też, jak to się dziś mówi, odlatywać. Umiał złapać do siebie dystans, nasza „Szalona lokomotywa” była takim jego pierwszym odlotem. Kiedy razem tworzyliśmy to widowisko, Marek właśnie stał się uznanym artystą, świeżo zdobył najważniejszy wówczas laur, wygrał festiwal w Opolu.
Jak bardzo potrafił odlecieć, niech świadczy to, że zderzył się kiedyś z maszyną, która maluje środkowy pas jezdni. Nikomu poza nim się to chyba nigdy nie zdarzyło. Marek jechał zresztą wtedy piosenkarskim fiatem, samochodem, który kupił od Rodowicz, a ona wcześniej od Połomskiego. Wyruszaliśmy wówczas z „... lokomotywą” na koncerty do Szwecji i pełen poświęcenia, pokiereszowany Marek o kulach śpiewał na tournée jako Belzebub. Wszyscy myśleli, że te kule to taka oryginalna koncepcja reżyserska, a to była konieczność.
Będzie nam go wszystkim strasznie brakowało. Ale miał szczęście: zostawił po sobie więcej niż wielu innych: ponadczasowe, wielkie, piękne piosenki. One z nami zostaną.

Zbigniew Wodecki
Uroczy, inteligentny, uśmiechnięty chłopak – takim go pamiętam. „Złotowłosy cherubinek”, tak się na niego wtedy mówiło. To był wszechstronnie uzdolniony człowiek, który potrafił stworzyć tyle wspaniałej muzyki, nie mając przecież żadnego wyższego wykształcenia muzycznego. Aż mnie w gardle ściska, bo właśnie wjeżdżam do Krakowa, w trasie dowiedziałem się, że Marek nie żyje. Wszyscy wiedzieliśmy, że był chory, że gnębiła go jakaś straszna choroba, ale nikt nie przypuszczał, że zdoła nam go odebrać tak wcześnie. To był rzadki kwiat.
Kiedy wychodził na scenę, robił wokół siebie taką atmosferę, tą swoją prostotą, urokiem, elegancją – w jego zachowaniu nigdy nie było żadnego nadmiaru czy przesady – że ludzie od razu wiedzieli: to jest gwiazda. Jestem szczęśliwy, że udało mi się w tym uczestniczyć, w początkach istnienia Anawy, kiedy ta gwiazda się rodziła.
Marek to jest dla mnie jedno wielkie wspomnienie: młodości, muzyki, pierwszych prób stworzenia czegoś. Z Markiem Grechutą i Jankiem Kantym Pawluśkiewiczem spędzałem najbardziej urokliwe chwile mojego życia zawodowego. Oni, kilka lat ode mnie starsi, wciągnęli mnie w życie studenckie, w kabaret. To było wesołe, świetne, twórcze. I nagle ni z tego, ni z owego zostaliśmy zaproszeni na festiwal do Opola – i tam Marek stał się Grechutą znanym w całej Polsce. Tam się to zaczęło: „Serce”, „Tango Anawa”. To był start do sławy, start w dobrym kierunku.



Jan Turnau
Właśnie kończę płytę z piosenkami Marka. Nagrywałem ją etapami, od czerwca. Nazywa się „ Historia pewnej podróży”. Wybrałem z twórczości Grechuty te piosenki, w których był motyw wędrówki, podróży, przesuwania się, ruchu. Chciałem bardzo, aby ta wędrówka była rodzajem mojego sygnału, mojej wielkiej wdzięczności za to, co kiedyś odkryłem dzięki Niemu. Że wszedłem w pewną poetykę, w pewien magiczny świat. Gdyby nie Jego recitale, na które biegałem jako młody chłopak do „Hotelu pod Różą” – pewnie nigdy aż tak nie zainteresowałbym się poezją. Zapatrzyłem się w Niego na duży kawałek życia. „Pod Różą” – „Podróże” ... Coś w tym jest... .
Ten dzień jest dla mnie bardzo osobisty. Marek Grechuta....Szalenie dowcipny, niebywale błyskotliwie dowcipny, jak to bywają nadwrażliwcy. Na scenie tłumił to poczucie humoru, miał inny pomysł, inną kreację artystyczną. Taka nieruchoma postać, magnetyczna bardzo. Miewałem wrażenie, że się unosi trochę na innej chmurze. Miał taki etap, że prawie wcale nie śpiewał, tylko gadał. I kompletnie mi to nie przeszkadzało. Bo głos posiadał magiczny i absolutny. Miał niebywałe możliwości, które rozwinął szczególnie od „Szalonej lokomotywy”, od połowy lat 70., coś absolutnie oryginalnego i niezwykłego w polskiej piosence. Nikt tak się śpiewał. Co On wyprawiał z głosem! Obniżał go nagle, potem szalał...Wiele razy podróżowałem z Nim i z Piwnicą. Miał różne stany emocjonalne, ale kiedy zaczynał być zabawny, stawał się duszą towarzystwa.
Między nami nie było takiej relacji mistrz – uczeń, On zauważał moją obecność, był bardzo życzliwy, zachowywał zdrowy dystans, i bardzo słusznie. Byłoby głupio, gdybym chodził i pytał: Co zrobić, żeby być taki jak Pan?
Niedawno, na opolskim festiwalu, po koncercie dla Marka Grechuty, pani Danusia, Jego żona, opowiedziała mi zdarzenie sprzed wielu lat. Był na Festiwalu Piosenki Studenckiej, który wygrałem, wrócił do domu i powiedział: – Mogę umierać, mam następcę.
Dowiedziałem się o tym po 22 latach. Szkoda, że nie usłyszy „Historii pewnej podróży”... A może jednak tak ?
not. Marta Węgiel