JUSTYNA KOBUS: Na zakończonym właśnie 22 Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym przewodniczył pan jury konkursu „Nowe filmy, nowi reżyserzy”. Jak ocenia pan tegoroczną imprezę?
PETR ZELENKA: To niezwykły festiwal. Szalenie różnorodny. Zważywszy na fakt, że przygotowuje go kilkuosobowy zespół, tym bardziej jestem pełen uznania. Organizatorzy w ramach wstępnych selekcji oglądają tak ogromną ilość filmów, że słabo mi się robi na samą myśl. Ale dzięki temu znajdują perełki. Największym atutem festiwalu jest to, że trafiają tu tytuły, które z uwagi na skromny budżet czy mało znane nazwiska twórców nie zostałaby w ogóle zauważone. Jeśli spodobają się tutejszym widzom, mają szanse trafić do szerszej dystrybucji. Podobną rolę pełni u nas festiwal w Karlowych Warach, na który trafia zresztą sporo filmów z Polski. Na obu wygrywają tytuły naprawdę najciekawsze, nie ma bowiem – w przeciwieństwie do imprezy w rodzaju Cannes – nacisków politycznych ani personalnych. Opowiadał mi kiedyś dziennikarz z „Variety”, że w latach 70. można tam było za milion dolarów… kupić sobie Złotą Palmę! Tutaj gra się fair play. Ale w głównej sekcji konkursowej nie mieliśmy łatwego zadania. W jury spotkali się ludzie o różnych gustach i priorytetach artystycznych. Jedni lubią kino mocno eksperymentalne, inni znów tradycyjne. Dyskusje były więc burzliwe. Posłużyliśmy się sprawdzoną metodą – filmów, które podobały się tylko pojedynczym członkom jury w ogóle nie braliśmy pod uwagę, wybierając ten numer jeden. I tak drogą eliminacji doszliśmy do tytułu, który miał najwięcej zwolenników.

Wygrał rosyjski film „Euforia” Iwana Wyrypajewa – opowieś o miłości, która dopada bohaterów znienacka i zmienia ich życie. Obraz chwilami niemal naturalistyczny, oryginalny w formie.
Przede wszystkie niebywale wizualny, zmysłowy. Dla mnie to zdecydowanie najlepszy film tego konkursu. Bardzo cenię twórczość dramaturgiczną tego autora – w Polsce na pewno publiczność zna jego sztukę „Tlen”, popularną już na całym świecie. Cieszę się, że teraz okazał się także zdolnym reżyserem. Wyrypajew wystawiał swoje sztuki z wielkim powodzeniem w słynnym Royal Court Theatre w Londynie, wierzę, że z sukcesem zaistnieje też jako twórca filmowy. Ta nagroda ma mu w tym pomóc.

Na festiwalu pokazano wiele rosyjskich filmów, m.in. najgłośniejszy – „9 kompanię” Fiodora Bondarczuka. Odbył się panel poświęcony rosyjskiemu kinu, z którego wynikało, że jest ono w rewelacyjnej kondycji.
Tak mówiono, i Rosjanie w to wierzą, ale moim zdaniem to tylko połowiczne sukcesy. Box office nie wyznacza artystycznych walorów kina, a ledwie kilka udanych filmów na 130 zrealizowanych to za mało, by święcić sukcesy. Proszę przypomnieć sobie takie rosyjskie tytuły z lat 90., jak choćby „Mała Wiera”. Kiedyś filmów tego formatu powstawało w Rosji mnóstwo, dziś ich nie ma. Produkuje się dużo, ale większość to kompletne śmiecie, których nikt nie chce oglądać. Imitują nieudolnie amerykańskie kino, imitują jeszcze gorzej amerykański sposób dystrybucji. Nie zgadzam się, że to dobry moment dla rosyjskiego kina, uważam, że jest akurat odwrotnie i należałoby mówić o kryzysie.

Jeśli powie pan, że kino czeskie też jest w kryzysie, nie uwierzę. Przecież Czeci zgarniają regularne nominacje do Oscara i produkują tytuły trafiające do światowej dystrybucji.
Powiem szczerze: zawsze miałem poczucie, że Polacy przeceniają czeskie kino. Oceniacie je znacznie lepiej niż my sami. A wie pani dlaczego? Bo bawi was nasz język i chyba lubicie nasze poczucie humoru. Na szczęście my sami jesteśmy wobec siebie krytyczni i wiemy, że z naszym kiniem bywało już znacznie lepiej. Co do oscarowych nominacji – moim zdaniem są bez znaczenia. Amerykanów w ogóle nie obchodzi kategoria „film obcojęzyczny”. Dla czeskich filmowców nagrodzonych Oscarami okazywały się one wręcz katastrofą. Z wielu powodów. Przede wszystkim nie moblizowały ich do dalszej pracy. Jirí Menzel w 1967 roku dostał Oscara za „Pociągi pod specjalnym nadzorem” i przez długie lata nie zrobił żadnego filmu godnego uwagi. Jana Sveraka uhonorowano Oscarem za „Kolę” i proszę mi wskazać jego drugi film tej klasy.

Miloš Forman po Oscarze nakręcił jeszcze „Hair” i „Amadeusza”… Ale on od 40 lat żyje w Ameryce.
No właśnie, a to przecież coś zupełnie innego.

A polskie kino? Co powie pan o jego kondycji? Podoba się panu nasz kandydat do Oscara?
Nagroda Specjalna, jaką przyznaliŚmy Sławomirowi Fabickiemu, świadczy o tym, że doceniamy walory jego filmu. Choć muszę przyznać, że nie jest specjalnie oryginalny, bo ten rodzaj kina już dość mocno zdążył zaistnieć. Ale jest dobrze opowiedziany i ma wyraźne, mocne przesłanie. Lubię takie filmy. Za mało jednak polskich filmów oglądam, by je oceniać. Ostatnie tytuły jakie podobały mi się to „Zmruż oczy” Jakimowicza i naprawdę wspaniały „Mój Nikifor”. Podziwiałem wszystko w tym filmie.

Należy pan do najpopularniejszych w Polsce czeskich filmowców, w czym WMFF ma swój udział. „Samotni” i „Guzikowcy” zachwycili publiczność. Pana sztuki również święciły sukcesy w polskich teatrach.
Chyba miałem trochę szczęścia. Rzeczywiście, i „Guzikowców”, i wcześniej „Samotnych” świetnie przyjęto w Polsce. Warszawski festiwal filmowy, na który w tym roku przyjechałem zresztą po raz pierwszy, bardzo mi pomógł tu zaistnieć. Potem dopiero dostrzeżono mnie jako dramatopisarza. To wszystko ośmieliło mnie na tyle, że odważyłem się złożyć w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej projekt polsko-czeskiej filmowej adaptacji „Braci Karamazow”. Proszę trzymać kciuki, bo właśnie ważą się jego losy.

Powiedzmy o nim coś więcej. Opowieść o ojcobójstwie trudno zamienić w komedię...
To nie będzie dosłowne przeniesienie na ekran powieści Fiodora Dostojewskiego, raczej osadzone we wspólczesności wariacje na jej temat. Mam nadzieję, że zgodnie z zamierzeniami, oryginalne. To będzie bardzo specyficzna „adaptacja adaptacji”, ponieważ posłużę się napisaną w latach 70. naprawdę znakomitą adaptacją nieżyjącego już czeskiego autora, przerabiając ją po swojemu. Coś w rodzaju sztuki teatralnej wystawianej w czeskim teatrze, ale cała historia znajdzie swoje odniesienie też w rzeczywistości. Chcę ja potraktować bardzo serio, a jednocześnie zależy mi na tym, by publiczność odnalazła ukryte pod tą poważną powłoką elementy komizmu.



*Petr Zelenka - (rocznik 1967), czeski reżyser, scenarzysta i aktor. Wyreżyserował m.in. „Guzikowców” (1997), „Samotnych” (2000), „Rok Diabła” (2002) i „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” (2005). PISF zdecydował o przyznaniu 1 mln zł dotacji na najnowszy projekt Zelenki – „Braci Karamazow”. Zdjęcia w całości kręcone będą w Polsce, także z polskimi aktorami, a rozpoczną się prawdopodobnie w lutym 2007 r.