Roman Rogowiecki: Studyjna płyta "Seal 4" jest najlepszym i najbardziej różnorodnym albumem w twojej karierze.
Seal: Mój producent, Trevor Horn zawsze powtarzał mi, że jestem przede wszystkim wokalistą, a dopiero na drugim planie kompozytorem. Mówił, że mogę piewać, co chcę. Żebym nie bał się innych gatunków i próbował swoich sił, nie zważając na to, że śpiewając piosenkę reggae albo soulową balladę, mogę być do kogoś podobny, bo mam niepowtarzalny głos i zawsze będę brzmiał jak Seal. Przez lata nie chciałem go jednak słuchać. Dopiero niedawno poczułem, że naprawdę mogę śpiewać różne rzeczy. A kiedy jesteś zadowolony ze swojego głosu, to wtedy otwierają si przed tobą wszystkie style, jakie tylko istnieją.

To była twoja trzecia płyta z Hornem. Co takiego ma w sobie ten producent, że tak dobrze ci się z nim pracuje?
Trevor z racji swoich wielorakich talentów zasługuje na miano geniusza. Ma gruntowne wykształcenie muzyczne, gra na wielu instrumentach i – co najważniejsze – potrafi tak mnie zmotywować, że tworzymy razem rzeczy, o jakich bym sam mógłbym tylko marzyć. Trevor zawsze ma na względzie dobro płyty i nie idzie na żadne kompromisy. Pracuje nad piosenką dotąd, aż będzie zadowolony z jej każdego dźwięku.

Ty też jesteś perfekcjonistą. Na twoich płytach nie tylko to słychać, ale też widać w układzie piosenek.
Każdy artysta, bez względu na to, czy jest malarzem, aktorem czy też jak ja wokalistą, jest perfekcjonistą. Artysta bowiem zajmuje się emocjami. Stara się je wyrazić i przekazać, jak najlepiej tylko potrafi. Słusznie zauważyłeś, że skłonność do perfekcji bywa moją obsesją, ale taki etos pracy zaszczepił we mnie ojciec. Wydaje mi się, że do wszystkiego, co robię, podchodzę z takim samym zaangażowaniem, obojętnie, czy chodzi o nagranie płyty czy kiepską grę w tenisa. Może właśnie to jest tajemnicą mojej idealnej współpracy z Trevorem Hornem – obaj mamy taki sam etos, takie same wymagania i standardy.

Twój charakterystyczny głos też musi być efektem ciężkiej pracy.
To dar, choć niewątpliwie jednym ze sposobów dbania o niego jest przestrzeganie diety ubogiej w przetwory mleczne i pszenne (śmiech). Tak naprawdę jednak pracowałem nad nim wiele lat. Co ciekawe, dopiero niedawno podróżując przez Meksyk samochodem, w którym znalazłem swoją debiutancką płytę, zdałem sobie sprawę, jak bardzo zmienił się mój głos. Nie chodzi mi o tonację, bo tu jest niewielka zmiana, ale o sam sposób śpiewania. Chciałbym móc powiedzieć, że przez te lata rozwinąłem się wokalnie.

Za chwilę pewnie jeszcze powiesz, że nie zabiegasz o sławę.
Sława to najdziwniejsza rzecz, z jaką się zetknąłem. Nie rozumiem, dlaczego ludzie mieliby traktować kogoś inaczej i dlaczego sławna osoba miałaby mieć prawo zachowywać się inaczej. Ale jeśli ktoś przez parę lat nie wyprodukował wielkiego przeboju, to twój telefon przestaje dzwonić i ludzie zapominają twoje nazwisko, nawet jak masz na koncie nagrody Grammy czy sprzedaż milionów płyt. Sława nie jest czymś rzeczywistym. Zawsze uważałem ją za rodzaj małego raka, który powoli drąży człowieka. Trzeba na nią uważać.

Urodziłeś się w Londynie, ale ostatnie 12 lat mieszkałeś w Los Angeles. Jaki wpływ miało na ciebie to miasto? Zapewne czułeś się tam jak ktoś zamknięty w mydlanej bańce, z dala od rzeczywistości?
Nie powiedziałbym, że Los Angeles jest z dala od rzeczywistości, według mnie to miasto żyje relatywną rzeczywistością. Tak bym to zgrabnie ujął. 80 proc. tych wszystkich wspaniałych filmów, jakimi się zachwycaliśmy w dzieciństwie, nakręcono właśnie tam. Podobnie jest z muzyką. Los Angeles to mała mekka, która dała nam wiele gwiazd ekranu i rocka. Pamiętam o tym, że nie wszyscy się tu urodzili, ale tu zyskali światową sławę, jak choćby The Rolling Stones. Ludzie z całego świata zjeżdżają się do Los Angeles i Hollywood, by urzeczywistnić swoje amerykańskie sny. Do Los Angeles przyjeżdża się raczej z chęci brania. Odwrotnie niż w Londynie czy Nowym Jorku tu nikt nie chce niczego dawać od siebie. Każdy marzy o zwycięstwie i wszystko temu podporządkowuje, bo Los Angeles daje pozwolenie na bycie największą z możliwych gwiazd. W Anglii nie ma takiego nastawienia.

Jakie jest więc twoje ulubione miasto?
Uwielbiam wspaniałą energię i atmosferę Nowego Jorku, ale zdecydowanie najbardziej lubię Londyn – to najlepsze miasto na świecie!

Jesteś więc szowinistą?
Ale tylko trochę (śmiech)… Londyn jest wspaniały ze względu na swoją liberalność. Podróżując po wielu częściach świata, dostrzegam problemy związane z kwestiami rasowymi. Szczególnie jaskrawo widać to w Ameryce. Jestem bardzo dumny, że jestem Anglikiem, bo w Anglii udało się nam pokonać te problemy.

A czy coś ci się kojarzy z Polską?
Nie uwierzysz, ale już kiedyś byłem w Polsce. W 1989 r. znalazłem się w Warszawie po rocznym tournée po Azji. Pamiętam, że wracaliśmy z Bangkoku do Londynu przez Warszawę polskimi liniami. Mieliśmy tu jednodniową przerwę, więc mogę powiedzieć, że byłem w Warszawie nawet dwa razy. Pamiętam, że wtedy wyglądałem zupełnie inaczej niż teraz, bardziej abstrakcyjnie – miałem dready i masę srebrnych paciorków we włosach. Ponadto nosiłem wtedy bardzo kolorowe, satynowe stroje. Kiedy szedłem jedną z warszawskich ulic, wszyscy na mnie patrzyli z zaciekawieniem. Wspominam więc Warszawę bardzo miło.


Wielka kariera Seala (naprawdę nazywa się Seal Henry Olusegun Olumide Adeola Samuel) rozpoczęła się od gościnnego występu na dance’owym singlu "Killers" Adamskiego. Ogromny sukces piosenki sprawił, że artysta postanowił rozpocząć solową karierę. Już pierwszy album, wydany w 1991 roku, "Seal" przyniósł jeden z największych przebojów muzyka – "Crazy". W ciągu piętnastu lat Seal wydał sześć płyt, w tym składankę największych hitów i album z koncertem z Paryża. W Polsce artysta wystąpi po raz pierwszy. W warszawskiej Sali Kongresowej zaprezentuje swoje najważniejsze i najbardziej popularne utwory.