Krytyka na niby

Uczestników życia literackiego w Polsce literatura już nie obchodzi. Nikt nie pyta o wartość samych książek, lecz używa ich w sporach ideologicznych. Ideologie maskują rzeczywiste podziały o charakterze środowiskowym. Nieważne, co się mówi, ważne, komu to służy i w czyim jest interesie. Nie ma znaczenia, kto mówi, ma znaczenie, kto za nim stoi, i gdzie stoją obaj -- ten który mówi, i ten, który mówi, co mówić. Nieważne też, o czym się mówi, ważne, żeby dokonać podziału na pisarzy "naszych" i "waszych", czyli - w domyśle - dobrych i złych. Rządzi wszechobecny konformizm, ale osobliwy: nie wobec większości, ale wobec grupy, do której się należy. Wysoka samoświadomość uczestników krytycznoliterackich batalii też uległa korupcji: nie podpowiada, jak być niezależnym, lecz służy jako uzasadnienie tchórzostwa, lęku i braku własnych kryteriów, wedle których czyta się i ocenia literaturę. Oto nasz księżycowy krajobraz: wszystkim rządzi "układ", także literaturą. Kaczyńscy są szczęśliwi. Marks radośnie poruszył się w grobie.

Nie wiem, czy dość wiernie streszczam poglądy Miecznickiej. Wynika to stąd, że nie jestem pewien, w jakiej mierze ma rację. Bo zważmy: zaraz po roku 1989 rozmawialiśmy o ideologizacji krytyki. Ideologiczna miała być krytyka uprawiana w PRL-u - i to zarówno ta w pierwszym, jak i drugim obiegu. I jedna, i druga - mimo wszystkich różnic - mówiły ponoć nie o samej literaturze, ale o jej zadaniach ideologicznych i obowiązkach społecznych. Nowa krytyka będzie lepsza, będzie głosem wolnym i wolność ubezpieczającym. Rzecz jasna, nie była to ocena sprawiedliwa, a nadzieje wiązane z nową krytyką szybko upadły. Już w połowie lat 90. okazało się, że coś jest nie tak. Zamiast głosu wolnego, krytyk wydał głos w wielkich mediach. Wszystko stało się towarem: pisarz, książka i krytyk razem wzięci, o ile ktoś chciał wziąć tego ostatniego. Ci, którzy stali się elementem transakcji, zaczęli żywą dyskusję na temat ucisku mediów, oczywiście - na łamach wysokonakładowych pism.

Rozpoczął się dyskurs wallenrodyczny: jak być w wielkich mediach, nie będąc w nich? Jak mówić w mediach, ale nie wedle ich reguł? Za ich pomocą, ale przeciw ich władzy? Słowem - jak przechytrzyć największego spryciarza? Oczywiście, dyskusja zakończyła się bez pointy, ale przyniosła tę przynajmniej korzyść, że wyostrzyła świadomość niebezpieczeństw czyhających na krytykę. I oto trzeci akt dramatu, rozgrywający się na naszych oczach: nie ideologia, nie media, ale koterie decydują o stanie krytyki. Ideologie i media to tylko instrumenty koterii. Kiedyś chodziło o ideologię, potem o rozgłos i sławę, teraz już tylko o konformizm. Najpierw o to, żeby coś powiedzieć i do czegoś przekonać; potem, żeby tylko mówić, choćby pod dyktando mediów; dziś chodzi już tylko o środowiskowe rozgrywki. "Prawie nie sposób funkcjonować dzisiaj poza tą czy inną koterią" -- stwierdza Magdalena Miecznicka.

Tego "prawie" chwytam się jak koła ratunkowego. Co bowiem można powiedzieć w sprawie koterii? Zdemaskować ją - ale co ponadto? Z kim warto dyskutować, jeśli założymy, że ktokolwiek mówi, nie mówi tego, co mówi, lecz wyraża interesy koterii? O niczym. Co pozostaje z siły argumentów, gdy o wszystkim rozstrzygają koterie? Bardzo niewiele. Tak oto wraz ze stwierdzeniem, że dyskursy krytyczne stają się instrumentami koterii, życie krytycznoliterackie stopniowo popada w paraliż. W rezultacie krytyka staje się albo mową ezopową (mówi się wprawdzie o walkach koterii, ale nigdy nie mówi, kto z kim i o co walczy), albo zbliża się do progu personalnych połajanek, albo krytyk naraża się na podejrzenie, że czyni to samo, co inni, gdy opisuje - wszechobejmujący przecież, jak się upiera - mechanizm. Magdalena Miecznicka szczęśliwie uniknęła wszystkich tych niebezpieczeństw. Ale nie jestem pewien, czy tego samego będą chcieli inni.

Tymczasem problem leży gdzie indziej. Warto zapytać, dlaczego Miecznicka tak bardzo idealizuje kategorię niezależności krytyka? Czy nie jest tak, że w ten sposób podejrzanie łatwo znajduje receptę na opisywaną przez siebie chorobę? Ma rację, gdy zauważa, że samoświadomość nie tyle emancypuje dziś od zależności, ile uzasadnia zgodę na zależności. Ale czy ma rację, gdy broni swego archaicznego wyobrażenia na temat niezależności? Sam zresztą nie wiem, co jest ważniejsze: archaiczność czy naiwność tego wyobrażenia? Być niezależnym to tyle, co "szukać własnego rozumienia świata i literatury" - powiada Miecznicka. Ale jako czytelniczka Gombrowicza nie powinna mieć żadnych złudzeń, że istnieje jakieś proste kryterium odróżniające to, co własne, od tego, co obce.

Proces wymiany między nami a naszym otoczeniem jest tak skomplikowany, że żadna wiara w kryteria, które byłyby po prostu "własne", a nie "obce", wypracowane, a nie narzucone, indywidualne, a nie grupowe - nie daje się utrzymać. Powiedziawszy tyle, nie uzasadniam tym samym konformizmu, lecz jedynie próbuję umieścić niezależność i konformizm na jednej skali, zrozumieć je jako dwie siły nie tyle wykluczające się - jak zdaje się sugerować Miecznicka - lecz ze sobą konkurujące. Innymi słowy, gdy mówimy o niezależności, nie przeciwstawiajmy jej po prostu konformizmowi, lecz pytajmy o zakres niezależności i to, kto wobec czego jest zależny lub niezależny. Niezależność, o której pisze Miecznicka, to mityczny zwierz, a co gorsze -- kategoria podejrzanie łatwo dająca się wykorzystać perswazyjnie. Giedroyć mówił o polskiej literaturze (ale zapewne można by to odnieść do każdej literatury), że gdyby przyłożyć do niej kryteria moralistyczne, przestałaby istnieć. Nie trzeba dodawać, że nie zalecał tym samym, aby wszelkie oceny moralistyczne wyrugować poza obręb krytyki. Przestrzegał tylko przed łatwymi kontrastami.

Na zakończenie powiem tyle: Magdalena Miecznicka poruszyła kwestię drażliwą i trudną. Drażliwą, bo czymś wstydliwym bywa rozmowa o środowiskowych aspektach naszych krytycznych ocen. Trudną, bo dyskusję o konformizmie i koteriach trudno utrzymać w ryzach intelektualnej argumentacji, zbyt wiele tu miejsca na podejrzenia i nieufność. Niemniej trzeba o tym rozmawiać, bo inaczej krytyka literacka będzie krytyką na niby. Mówiąc tak, nie mogę się jednak pozbyć pewnego odczucia: że krytyka owej krytyki na niby nie jest sprawą ani tak ważną, ani dramatyczną, jak wynikałoby z mojej dyskusji z Magdą Miecznicką. Prawdziwe życie krytyki jest gdzie indziej. Nie w felietonach Kingi Dunin i Michała Pawła Markowskiego (te nazwiska wymienia Miecznicka).

Nie na łamach dzienników i tygodników. Nie w tej sferze życia literackiego, które upodobniło się do życia politycznego - bo przecież diagnoza Miecznickiej pokazuje, że właśnie do takiego upodobnienia doszło. To, czym jest dziś polska polityka, nie jest przecież prawdziwą polityką - nie stanie się nią nawet, jeśli prawdziwej już nie ma i nigdy nie będzie. To samo dotyczy krytyki. Prawdziwa odbywa się "gdzie indziej" - na łamach niskonakładowych i nieregularnie wychodzących pism literackich. Tych, których nakład nie przekracza 1000 egzemplarzy (a jak wiemy, 1000 to dużo) i w których honorarium za recenzję wynosi 60-100 złotych (jeśli w ogóle jest). Tam mniejszym zmartwieniem jest "niezależność", większym -- pytanie od kogo by się tu stać "zależnym", kto zechce dofinansować wydanie kolejnego numeru pisma i kolejnej książki.

Zapewne istnieją koterie - ale równie wielkim problemem jest stan, w jakim pozostają rozsiane po Polsce środowiska literackie (co się stało z "pospolitym ruszeniem" po roku 1989 na rynku czasopism kulturalnych?). Problemem jest oczywiście środowiskowy konformizm - ale równie wielkim wydaje się obojętność, z jaką spotyka się dziś wszelka sztuka. Życie literackie związawszy się z życiem polskiej demokracji, zapadło na tę samą chorobę, co ona.

Może zatem zamiast kruszyć kopie o mityczną niezależność krytyka, pytać o charakter jego związków ze społeczeństwem? Może problemem nie jest konformizm, lecz centralizacja życia literackiego przy jednoczesnym rozbiciu go na słabe i zamknięte środowiska? Nie to, że - jak pisze Miecznicka - polscy humaniści nie dorośli do swojej epoki, lecz to, że "określona" epoka się skończyła, a inna nie chce zacząć?