LESZEK GNOIŃSKI: „Other Stories” jest EP-ką. Dlaczego nie wydajecie nic dłuższego?
JOHN PORTER: Na normalną płytę nie było czasu, przecież w tym roku urodziło nam się dziecko.
ANITA LIPNICKA: Tą płytą zamykamy pewien etap w naszej wspólnej karierze artystycznej. W tym momencie zastanawiamy się nad chwilowym rozłączeniem dróg ze względu na dziecko. Przyznam szczerze, że jestem absolutnie pochłonięta obowiązkami pani domu. Natomiast John tryska pomysłami i teraz jest dobry czas, aby nagrał coś swojego. I na razie to jest naszym celem. A EP-ka? To nasz ukłon w stronę zespołu, który koncertował z nami dzielnie przez ostatnie cztery lata, ale nie brał udziału w nagraniach żadnej z płyt.

EP-ka jest niezbyt popularnym formatem płytowym w naszym kraju. Rzadko się je wydaje, a jeszcze rzadziej kupuje. Był sens?
J.P.: Robimy to, co możemy, kiedy jeszcze coś zrobić można. Ale wiem, że i tak ludzie nie kupią tej płyty. Na polskim rynku muzycznym nic już się nie sprzedaje i pewnie zaraz zniknie on z powierzchni Ziemi. Kiedy rozmawiam z menedżerami różnych zespołów, każdy narzeka, że sytuacja jest straszna. Niedługo będziemy tylko oglądać koncerty zagranicznych kapel.
A.L.: Praktycznie nie ma koncertów, a ludzi trudno namówić, żeby kupili bilet i poszli obejrzeć coś polskiego. Zachód traktuje nas jako kolejny rynek, a nie proponuje nic w zamian. Jeśli te granice nie otworzą się dla nas, to jesteśmy uwięzieni. W Polsce nie brakuje talentów i dzieje się sporo ciekawych rzeczy, ale w takich warunkach ludzie nie dają rady i uciekają.

Pierwszym owocem waszej współpracy była piosenka „For You”, nagrana na nieopublikowaną do tej pory płytę Johna „Psychodelikatesy”. Na „Other Stories” znów pojawia się ten utwór. Oznacza coś specjalnego?
J.P.: Wyznacza początek. Ciekawe, co wyznaczy koniec? (śmiech)
A.L.: Może „Death Of The Love”? (śmiech)

„Other Stories” rozpoczyna „Chelsea Hotel” z repertuaru Leonarda Cohena. To część większej akcji…
A.L.: Nagranie tej piosenki było sugestią Henry’ego McGroggana, człowieka, który na Zachodzie próbuje pomóc polskim artystom. Opowiedział nam o światowej akcji polegającej na zainteresowaniu twórczością Leonarda Cohena po to, aby w jakiś sposób pomóc człowiekowi w trudnych czasach. Oszukała go jego wieloletnia menedżerka i stracił właściwie wszystko. Artyści z całego świata wspierają go, nagrywając jego piosenki. Mają się też odbyć specjalne koncerty. Możliwe, że weźmiemy udział w jednym z nich, prawdopodobnie w Hiszpanii.
J.P.: Cohen bardzo dużo nam dał, więc jak potrzebuje, to trzeba mu pomóc.

A kim dla was jest Cohen?
J.P.: Tu może powiem coś, co wielu uzna za herezję, ale jego twórczość ma na mnie większy wpływ niż dorobek Boba Dylana. On przynosił piękną poezję i mnóstwo ludzi inspirował.
A.L.: Piosenki Cohena przewijają się w moim życiu już od momentu, kiedy zaczęłam zajmować się muzyką. Jest dla mnie taką męską wersją Joni Mitchell. Dlatego z ogromną przyjemnością nagraliśmy tę piosenkę.

John, wykonywałeś kiedyś piosenki Cohena z Maciejem Zembatym. Zetknąłeś się z nim osobiście?
J.P.: Tak. Kiedy był w Polsce i koncertował z Maćkiem Zembatym, jedliśmy razem obiad. Bardzo miły gość i bardzo konkretny. Ma staromodny sposób mówienia, to taki Nick Cave w bardziej szlachetnej wersji. Miał oko na polskie kobiety. Nie pił wódki, tylko czerwone wino, ale zaznaczał, że robi to tylko w pracy. I rzeczywiście, na koncertach miał sporo tego wina.

Niedługo ma ukazać się box z twoimi płytami. Co w nim się znajdzie?
J.P.: To taka trumna płytowa (śmiech). Będą wszystkie od „Helicopters” po „Electric”. Może też premierowo pojawią się „Psychodelikatesy”, które nagrałem w 2001 roku i wciąż leżą niewydane. To dobry moment, aby ta płyta nie poszła na straty.

Jesteście partnerami w życiu i na scenie. To bardziej przeszkadza czy pomaga?
J.P.: Różnie. Kiedy ma się dziecko, czasami przeszkadza, bo przydałoby się mieć opiekunkę.
A.L.: Do niedawna nie mieliśmy nikogo. Rodzice Johna nie żyją, mój tata też nie, a mama nie nadaje się do niańczenia. Ale pomaga nam nasz menedżer. Jak mamy jechać do telewizji czy radia, przyjeżdża do nas, bierze Polę i się nią zajmuje. Jest szczęśliwy, a Pola spokojna. A jeśli chodzi o plusy – praca we dwoje daje komfort dzielenia się stresami i odpowiedzialnością. Nie jest tak łatwo popaść w stany depresyjne i paranoje, zawsze jedno wyciągnie drugie i jakoś dajemy radę. Mamy poczucie, że jesteśmy silniejsi, samowystarczalni i wszystko zależy od nas. Zdecydowanie łatwiej jest we dwoje.