Magdalena Miecznicka rozpoczęła na naszych łamach bardzo ciekawą dyskusję. Dyskusja stała się jeszcze ciekawsza, kiedy zabrał w niej głos Michał Paweł Markowski. Miecznicka przedstawiła dość smutny obraz współczesnej krytyki literackiej, w której argumentację, poszukiwanie estetycznych kryteriów zastąpiły strach i korupcja. Wymuszona lojalność wobec silnych środowisk lub wpływowych osób.

Michał Paweł Markowski szydzi z krytycznego zapału młodszej koleżanki po fachu. I podaje inny przykład „zależności” krytyków, jego zdaniem bardziej niebezpieczny. Przytaczając bardzo konserwatywny w treści referat Tomasza Burka na temat upadku literatury i krytyki literackiej, które porzuciły „wartości, kryteria i Boga” Markowski pisze: „Istnieją dwa rodzaje zależności. Tomasz Burek jest krytykiem niezależnym, bo nikt nie mówi mu, co ma pisać i nikt nie wpływa na jego sądy, które są jasne i łatwo rozpoznawalne. Ale jest przecież krytykiem jak najbardziej zależnym, gdy określa normy, jakie powinna spełnić krytyka, by była krytyką prawdziwą”.

Poszło o Olgę Tokarczuk

Żeby lepiej wyjaśnić sens sporu pomiędzy Miecznicką i Markowskim, a także wytłumaczyć temperaturę rozpoczynającego naszą dyskusję tekstu Magdaleny Miecznickiej, warto przypomnieć, że parę tygodni wcześniej opublikowała ona w „Dzienniku” recenzję z najnowszej książki Olgi Tokarczuk „Anna In w grobowcach świata”. Nie była to recenzja grzeczna. Miecznicka zarzucała autorce manieryczność stylu, a także skromność wiedzy na temat antycznych mitologii, owocującą przewidywalnością i prostotą jej ideologicznych tez na temat „męskiej dominacji w zaświatach”.

Recenzentka szybko doczekała się odpowiedzi – i to samej Kingi Dunin, autorki ciekawej książki o polskiej literaturze współczesnej „Czytając Polskę”. Niestety, tym razem była to odpowiedź kompletnie niemerytoryczna. Kinga Dunin wie, że nie wszyscy podzielają jej kult Olgi Tokarczuk. A jednak pisząc swój gwałtowny, polemiczny felieton do „Wysokich Obcasów”, zachowała się tak, jakby tego nie wiedziała – i jakby Magda Miecznicka popełniła obrazoburstwo, dla którego nie ma wybaczenia. Należało je ukarać, nie dbając nawet o styl.

W felietonie Dunin mamy zatem nie argumenty, ale szereg wyzwisk. Czytamy, że „Kartoflany Dziennik wystawił przeciwko Tokarczuk słuszną kobietę Magdalenę Miecznicką”. Dowiadujemy się, że „przedstawicielka Kartoflarni” Miecznicka jest „dyspozycyjną recenzentką, która nie bacząc na walory literackie, załatwia pisarza lub pisarkę z wrogiego obozu”. Itp, itd.

O tym, że „Dziennik” nie pisze o polskiej literaturze ani nawet o Oldze Tokarczuk w sposób obozowy, można się było przekonać choćby czytając zamieszczony na naszych łamach obszerny wywiad z autorką „Prawieku”, w którym pisarka swobodnie i z werwą przedstawiała swoje racje estetyczne i ideologiczne. W innym miejscu naszej gazety inny krytyk bronił jej najnowszej książki. Rozumiem jednak, że taki pluralizm nic Kindze Dunin nie mówi. W „Gazecie Wyborczej” nie zamieszcza się jednocześnie patetycznego eseju Adama Michnika i kąśliwej recenzji z niego. To byłoby niewybaczalne, a dla redaktorów z Czerskiej po prostu niezrozumiałe.
Mogę się jednak założyć, że Michał Paweł Markowski zna treść felietonu Kingi Dunin. Zatem powinien lepiej zrozumieć słowa Magdy Miecznickiej, że „w polskiej krytyce literackiej literatura nie ma już znaczenia. Prawdziwe namiętności budzą podziały środowiskowe skrywane pod maską podziałów ideologicznych. A środowiskowość i ideologizacja to część szerszego zjawiska: konformizmu”.

Ja osobiście zgadzam się z Magdą Miecznicką, kiedy zwraca uwagę na to, że w polskiej krytyce literackiej pojawił się, a nawet zdominował ją, czysty dyskurs władzy, dyskurs agresywny, nieprzebierający w epitetach. Jest to dyskurs silnie spersonalizowany, gdzie krytyka książki Olgi Tokarczuk zostaje przez jej przyjaciółkę zinterpretowana wyłącznie jako „zamówiony” atak personalny i ideologiczny po to, aby można było dosyć wulgarnie poobrażać krytyka literackiego i „Kartoflany Dziennik”, który zamieścił jego obrazoburczy tekst. Tak się zresztą składa, że ów dyskurs władzy jest jednocześnie dyskursem środowiskowego i instytucjonalnego interesu. Swój felieton Kinga Dunin publikuje przecież w „Gazecie Wyborczej”, której znienawidzony przez nią szczerze „Kartoflany Dziennik” zabiera czytelników, reklamodawców, z każdym dniem niszczy jej monopol w polskich debatach ideowych czy estetycznych. Zatem ideowy zapał Kingi Dunin doskonale daje się pogodzić z biznesowym interesem medialnej korporacji Agora. Ja to rozumiem, też pracuję dla korporacji. Jednak właśnie dlatego uważam, że właściwszą postawą jest w takiej sytuacji krytyczny cynizm i ostrożny obiektywizm, a nie rozbuchana ideowa namiętność. Kinga Dunin obiektywnie pracuje dla Agory, ale próbuje zachować dyskursywną czystość lewicowego partyzanta prawdy. Otóż takie właśnie postacie Bertold Brecht nazywał dobrymi ludźmi i bezlitośnie szydził sobie z ich hipokryzji. Czasami warto bowiem wiedzieć, komu oferujemy swoją czystość jako broń w najbardziej przyziemnych wojnach „tego świata”.

Nietzsche nie był barbarzyńcą

Ale wróćmy do Michała Pawła Markowskiego. Jak już napisałem, lektura felietonu Kingi Dunin powinna mu uprzytomnić, dlaczego Magdalena Miecznicka wolałaby w polskiej krytyce literackiej odrobinę argumentacji, a nie wyłącznie czysty dyskurs władzy – obojętnie, ideologicznej czy spersonalizowanej. Dlaczego ona sama wolałaby być „zależna od kryteriów i norm”, a nie wyłącznie od wpływowych postaci czy środowiskowych sitw.

Musimy w tym miejscu przypomnieć, że Michał Paweł Markowski zajmuje się nie tylko Derridą czy Lacanem, ale także myślicielem, od którego to wszystko się zaczęło – Fryderykiem Nietzschem. Nietzsche przedstawił genealogię naszych pojęć moralnych, norm i instytucji. Jest nią wola, czasami wola panowania demonstrowana jawnie, przez zwycięzców, a czasami resentyment, czyli wola panowania wypaczona u tych, ktrzy przegrali swoją walkę oraz swoje życie i odwołują się do transcendencji, Boga, wartości czy uniwersalnych norm tylko po to, aby swoją przegraną ukryć lub choćby jakoś usprawiedliwić.

Nietzsche jako genealog moralności i norm jest bez wątpienia geniuszem. Jego pojawienie się oznaczało w humanistyce kopernikański przełom równy temu, jaki zawdzięczamy Kartezjuszowi czy Kantowi.

Problem w tym, że Nietzsche, kiedy jeszcze nie kazał się nazywać Dionizosem czy Chrystusem i nie zaczął pisać listów otwartych do cesarzy i prezydentów swojej epoki – innymi słowy, dopóki kompletnie nie oszalał – używał stworzonej przez siebie krytyki genealogicznej nie jako wezwania, aby współcześni mu pastorzy, księża, filozofowie i filolodzy porzucili pojęcia moralne i społeczne instytucje, aby rzucili się sobie do gardła jako „wyzwolone bestie ludzkie” czy inne „silne osobowości”. Tak interpretowali Nietzschego wyłącznie naziści i część francuskiej postmoderny. Jak doskonale wiemy, oba te interpretacyjne obozy dokonywały w ten sposób sporego nadużycia. Nietzsche nie był barbarzyńcą i przejście przez ludzkość od prostego prania się po pyskach do używania zobiektywizowanych kryteriów i norm nie było dla niego wyłącznie upadkiem. On chciał ten proces cywilizacyjnej zmiany przede wszystkim krytycznie objaśnić.

W dodatku tezy Nietzschego sprowokowały w zachodniej kulturze bardzo ważne spory, które trwają do dziś. Jednym z najciekawszych polemistów Nietzschego jest René Girard (autor „Kłamstwa romantycznego i prawdy powieściowej”, a także „Kozła ofiarnego”) – nieprzypadkowo ulubiony autor Tomasza Burka. Girard oddaje Nietzschemu hołd, na jaki ten zasługuje. Sam także wyrasta z nietzscheańskiego myślenia genealogicznego, ale o wiele mocniej podkreśla wartość procesu cywilizacyjnego, wartość przejścia od czystego agonu, od czystej spersonalizowanej zasady kto kogo (czy Markowski Burka, czy Burek Markowskiego) w kierunku argumentacji, myślenia normatywnego, próby uniwersalizacji i obiektywizacji pojęć używanych przez nas w codziennych kłótniach. Girard uważa, że chrześcijaństwo było postępem w stosunku do zasady kozła ofiarnego. Także strach przed osobami dysponującymi pałką lub choćby gazetą i prostacki snobizm wydają mu się bardziej prymitywną formą zależności niż zależność od pojęć czy norm. Co więcej, Girard twierdzi, że osoba zależna od norm i kryteriów zachowuje większą wolność niż ktoś, kto musi znosić arbitralne kaprysy, ataki szału czy histerii ze strony „silnej osobowości” – także w krytyce literackiej.

Burek i de Maistre

Tomasz Burek jest wnikliwym czytelnikiem zarówno Nietzschego jak i René Girarda. Wybrał Girarda z dwóch, jak sądzę, powodów. Uważa, że naiwny nietzscheanizm polskich postmodernistów wydał gorszą jakościowo literaturę i gorszą krytykę literacką. A wychodząc poza literaturę, sądzi, że sprowadzanie kryteriów moralnych wyłącznie do prostej walki o dominację przynosi katastrofalne konsekwencje także w życiu społecznym. Oczywiście można by z Burkiem polemizować i byłoby o czym. Jaka szkoda, że Michał Paweł Markowski poprzestał na „ustawieniu sobie” starego krytyka w roli konserwatysty naiwnego i przednowoczesnego, w roli bezrefleksyjnego obrońcy świata martwych pojęć. Prawda jest zupełnie inna. Burek przeżył nowoczesność bardzo świadomie, można nawet powiedzieć, że w sposób zaangażowany. I z tej właśnie pozycji próbuje odpowiedzieć na jej patologie.

Zresztą w tym zawiązanym na łamach „Dziennika” sporze Markowskiego z Burkiem trudno mi także utożsamić się całkowicie z pozycją zajmowaną obecnie przez Tomasza Burka. Burek woli dzisiaj Dariusza Karłowicza czy Wojciecha Wencla od Johna M. Coetzeego czy Michela Houellebecqa. Moim zdaniem, wybierając martwą neokatolicką eseistykę Karłowicza czy zdumiewająco prymitywne i agresywne teksty Wencla na temat współczesnej kultury (bo nie mówię tu o jego równie martwej, ale przynajmniej formalnie wypielęgnowanej poezji), Tomasz Burek prezentuje coś, co można by nazwać demestryzmem w dziedzinie krytyki literackiej. Mało kto bowiem pamięta, że jeden z ojców założycieli najbardziej radykalnego europejskiego konserwatyzmu, Joseph de Maistre, był w młodości demokratą zainteresowanym najbardziej postępowymi językami krytycznymi. Fascynował się nawet rewolucyjną jak na ówczesne czasy propozycją trójpodziału władzy Monteskiusza. Był też masonem, saintmartinistą i uważał, że różne religijne kodyfikacje czy definicje są zaledwie przybliżeniami „ukrytego Boga”.

To doświadczenie terroru Wielkiej Rewolucji Francuskiej uczyniło z de Maistre’a twardego konserwatystę szukającego punktu oparcia. To doświadczenie przemocy będącej konsekwencją rewolucyjnego chaosu zmieniło go w mizantropa, który przestał wierzyć, że człowiek może uczynić dobry użytek z wolności. Moim zdaniem de Maistre, kiedy pisał „Wieczory Petersburskie”, nie wierzył już w Boga tak, jak wierzył w Niego, będąc młodym saintmartinistą. Myślę, że stary de Maistre nie wierzył w Boga, którego kazał czcić porewolucyjnej Europie tylko dlatego, bo uważał, że w innym razie powróci ona do stanu natury. Jako jeden z pierwszych zachodnich myślicieli zrozumiał straszliwe konsekwencje rewolucji przeciwko formie (jest to zresztą ulubiony, bardzo konserwatywny temat Witolda Gombrowicza – od „Pamiętnika z okresu dojrzewania” po „Operetkę”). I dlatego postanowił wykorzystać Boga jako policjanta formy. A doskonale wiedział, że Bóg przerażonego rewolucją Kościoła katolickiego świetnie się będzie do tej funkcji nadawał.

Podobnie Tomasz Burek porzucił swoją młodzieńczą wiarę w to, że współczesna literatura i krytyka literacka potrafią zrobić dobry użytek z wolności. Przestał wierzyć w wartość literatury opowiadającej o nowoczesności, a zatem także napiętnowanej jej wadami, z których najważniejsza to – jego zdaniem – pesymistyczny nihilizm. On sam próbuje dzisiaj wykorzystać Boga jako policjanta formy w literaturze i krytyce literackiej, zagrożonych – nie tylko jego zdaniem – przez chaos zwulgaryzowanego postmodernizmu i przez prostacki język władzy.

O ile doskonale rozumiem, co powoduje Tomaszem Burkiem, to nie jestem pewien skuteczności proponowanej przez niego kuracji. Bóg jest figurą zbyt nieprzewidywalną, zbyt kapryśną, aby można Go było bez ryzyka zatrudnić jako policjanta formy. W tradycji judeochrześcijańskiej jest bowiem zarówno konserwatywnym prawodawcą i strażnikiem formy, ale bywa też najbardziej subwersywnym rewolucjonistą przeciwko Prawu i Instytucji.

Ale mimo tych wszystkich wątpliwości, w ślad za René Girardem, najbardziej wnikliwym czytelnikiem Nietzschego i jednocześnie jego najciekawszym polemistą, uważam, że ludzkość dokonała postępu cywilizacyjnego, wychodząc ze stanu natury, czyli podlegania wyłącznie silnym osobowościom ku stanowi jako takiego pokoju i ładu społecznego. Dlatego wolę być „zależny” od norm i pojęć, niż podlegać arbitralnej władzy rozmaitych „silnych osobowości” w polonistyce i krytyce literackiej. Kiedy walczy się z zależnością od pojęć i norm, można użyć argumentacji. Kiedy człowiek buntuje się przeciwko władzy silnej osobowości – pozostaje mu wyłącznie pyskówka. W takiej sytuacji znalazła się Magda Miecznicka i dlatego rozumiem ją doskonale, kiedy wybiera „zależność od kryteriów i norm” przeciwko „zależności od wpływowych osób i środowiskowych sitw”.


Cezary Michalski, zastępca redaktora naczelnego DZIENNIKA