Leszek Gnoiński: W najbliższy wtorek w „Dzienniku” zaczną ukazywać się płyty z piosenkami z „Listy Przebojów Trójki”. Jakie przeboje tam będą?
Marek Niedźwiecki: Każdy rocznik będzie miał swoją płytę zawierającą czternaście piosenek. Do każdej będzie dołączona książeczka, w której zostaną opisane wydarzenia historyczne danego roku. Trochę się bałem, że nie da się zakupić najważniejszych nagrań, ale nie ma się czego wstydzić. Udało się zdobyć takie przeboje, jak na przykład „The Final Countdown” Europe, „Souvenir of China” Jean-Michel Jarre’a czy „I’ll Find My Way Home” Jona i Vangelisa. Są to takie utwory, dzięki którym wracają najpiękniejsze wspomnienia. I po to są te składanki.

25 lat to brzmi dumnie. Czy w 1982 roku myślałeś, że zabrniesz aż tak daleko?
Właśnie w pierwszej książeczce zwierzam się, że marzyło mi się, aby dotrwać do setnego wydania listy. Wcześniej próbowałem bawić się w listę przebojów „Studia Gama” w radiowej „Jedynce”. Miała dziewiętnaście wydań, ale stan wojenny zakończył ją nagle. A tu już 25 lat się zrobiło. Nie przepadam za świętowaniem, ale to jedyny chyba raz, kiedy można zrobić takie podsumowanie. Przecież to jest święto słuchaczy, którzy są wierni audycji. Bez ich głosów ta lista by nie istniała. Myślę, że ona tak długo istnieje, bo cały czas uczciwie liczę głosy. Tak naprawdę nie jest istotne, co ja lubię. Kiedy się wyśmiewałem z George’a Micheala czy Shakin’a Stevensa, to fanki pisały, żebym się nie czepiał, bo i tak jestem brzydszy od nich.

Wciąż liczysz głosy?
Tak, oczywiście, choć teraz robi to za mnie program komputerowy.

Ile przychodzi tygodniowo?
Tego właśnie nie wiem. Muszę zrobić taką maszynkę, która je zliczy. Ale wiem, że w tej chwili potrzeba około 1500 głosów, aby być na miejscu pierwszym. Minimum 200 musi mieć piosenka, aby pojawić się w poczekalni.

A miałeś kiedyś ochotę coś zmieniać, ingerować w kolejność?
Nie, choć pamiętam pierwsze wydanie, kiedy piosenka Jona i Vangelisa, która rozpocznie tę kolekcję, była na pierwszym miejscu i miała niewiele ponad sto głosów. Na drugim był Maanam z 97. Korciło mnie, aby Maanam wygrał pierwsze notowanie, bo to byłoby takie spektakularne. Ale nic nie zmieniłem i dopiero tydzień później piosenka zespołu Kory trafiła na pierwsze miejsce.

Miałeś kiedyś ochotę zwinąć ten cały interes?
Tak. Na początku lat 90. kartek przychodziło coraz mniej i przestawało to mieć sens. Zacząłem nawet odliczać, ile tygodni zostało do zamknięcia listy. I jakoś tak ze trzy tygodnie przed końcem odliczania, ludzie znów zaczęli wysyłać głosy. Ja tak mówiłem, ale nie uzgadniałem tego wcześniej z dyrekcją, która pewnie powiedziałaby, że to nie moja prywatna audycja. Kilka razy miałem też ochotę zrezygnować z pracy w „Trójce”. Ciągle jednak myślę, że to byłaby zdrada słuchaczy, którzy są ze mną te 25 lat.

Idealistą jesteś.
Pewnie tak. A może też boję się zmian? Pójdę do innej stacji, a tam po kilku miesiącach okaże się to pomyłką? W takiej sytuacji powrotu już by pewnie nie było. Kiedyś Monika Olejnik bardzo mnie namawiała, aby razem odejść z „Trójki”, będzie łatwiej… Poleciałem na miesiąc do Australii. Wtedy ona odeszła, ja przespałem sprawę. Pomyślałem o tym 25-leciu i postanowiłem doczekać. Potem zobaczę, co będzie dalej.

Dlaczego chciałeś odejść?
Może dla świętego spokoju? Nie wiem.

Ostatnio w modzie są różnego rodzaju rozliczenia. Czy nie myślałeś nigdy, że twoja lista miała w latach 80. służyć odwróceniu uwagi młodych ludzi od działalności opozycyjnej, co zarzucono niedawno festiwalowi w Jarocinie i Boomowi Polskiego Rocka?
Wtedy nie. Robiłem swoje i nie interesowałem się tym, co się dzieje dookoła. Gdybym wtedy wiedział, że jestem wychowawcą kilku pokoleń młodzieży i to, co im zadam, będzie miało znaczenie w ich dalszym życiu czy też myślałbym o tym, że jestem kolaborantem, bo pracuję w rządowej i politycznej instytucji, jaką było Polskie Radio, to pewnie umarłbym dawno na serce. Pamiętam, jak jakiś dziennikarz napisał, że odnalazł pismo, w którym było napisane, żeby „metodami operacyjnymi spowodować, aby piosenka Lady Pank »Mniej niż zero« spadła z listy przebojów”, bo ponoć miała być o Grzegorzu Przemyku. I ten dziennikarz napisał z triumfem, że spadła. A co? Miała być do dziś?! Przecież żadna piosenka z tamtych czasów nie zachowała się na liście. Na tym polega lista przebojów, a „Mniej niż zero” spadało w sposób naturalny, jak wszystkie inne utwory.

Lustrowałeś się?
Codziennie się lustruję i widzę, że trochę gorzej wyglądam (śmiech). A poważnie. Mnie to w ogóle się nie podoba, staram się nie słuchać, nie uczestniczyć, wyłączam telewizor i radio, polityka zupełnie mnie nie interesuje. No, ale to mój kraj, tutaj żyję, dlatego zlustrowałem się. A jak wyjdzie, że byłem jakimś agentem? To będę musiał się tłumaczyć z czegoś, czego nigdy nie robiłem.

Jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych radiowców w Polsce. Co powinien mieć dziennikarz radiowy, aby stać się Niedźwieckim?
Radio to głos i on jest najważniejszy. Odpadają polipy w nosie, nie można się jąkać, chociaż właśnie z tego Jurek Owsiak zrobił swój znak rozpoznawczy. Trzeba mówić z sensem i prawidłowo po polsku, choć to też się zmieniło. Co dalej? Nie wolno być nudnym na antenie, nie wolno kreować siebie, być przemądrzałym, ale też trzeba być sobą, nie wolno nikogo udawać, bo to jest natychmiast zauważane. Poza tym trzeba mieć ogromną pokorę wobec tego, co się robi, bo naprawdę wystarczy jeden zły ruch, aby słuchacze cię skreślili i już nigdy nie wrócili. Mikrofon jest bezlitosny, pokaże wszystko, co złe, a o dobre trzeba się starać.

Ale ty też musiałeś mieć jakieś wpadki. Co było największą?
Chyba to jak kiedyś, goszcząc w radiu Edytę Geppert, przywitałem ją jako Edyt Bartosiewicz. Obie bardzo lubię i cenię! Nigdy nic gorszego się nie zdarzyło, bo nawet jeśli były wpadki, to natychmiast robiliśmy z nich greps. Kiedyś w upalne lato przyszedł do mnie gość i przyniósł wodę gazowaną. Kiedy ją odkręcił, wybuchła. Miałem słuchawki na uszach i był to tak fantastyczny dźwięk, że od razu zadałem zagadkę, co to było. Przez następne trzy godziny ludzie dzwonili, ale nikt nie zgadł. Jednak największą wpadką w radiu jest brak piosenki na liście. Teraz to nie może się zdarzyć, bo wszystkie są w komputerze, ale kiedyś były pudełka z nagraniami. Niestety czasem ginęły… Nie mogłem powiedzieć, że zginęła taśma, więc robiłem zagadkę dotyczącą tej piosenki. Coś w rodzaju: Co dziś mamy na 23 miejscu?

Co najbardziej zwariowanego zrobiłeś?
Poprowadziłem listę z wyimaginowanej kawiarni Ptyś. To był pomysł Marka Dalby, długoletniego realizatora listy. Prowadziłem ją, stojąc w studiu, miałem inaczej postawiony mikrofon, z tyłu dostałem kawiarniane tło, jakiś fortepianik i rozmowy. Wtedy pomocnikiem na liście był Paweł Stasiak, który zaczynał śpiewać w Papa Dance. Zrobiłem z nim wywiad, pojawiły się oklaski, dziewczyny piszczały. Mówiłem, że kawiarnia jest w Warszawie na Puławskiej. Słuchacze się nabrali i jej szukali. Potem zaczęliśmy jeździć po kraju. Wiele list powstało w Szklarskiej Porębie, Augustowie, Zakopanem, Sopocie, Łebie.

Z jakiego najbardziej egzotycznego miejsca prowadziłeś listę?
Ze Szklarskiej Poręby. Może to nie najbardziej egzotyczne miejsce, ale tam zwykle szykowano mi jakąś niespodziankę. Kiedyś, żeby zacząć listę, musiałem zjechać po linie. Myślałem, że się zabiję o drzewo, ale w ostatniej chwili lina wyhamowała. Skoczyłem na bungee, i to nadając na żywo! Bałem się, że w czasie lotu użyję brzydkich wyrazów, ale on trwał tak krótko, że nie zdążyłem. Znajoma potem powiedziała mi, że jakieś dziecko stojące obok, gdy zobaczyło, że wchodzę na platformę dźwigu, który miał mnie wynieść w górę, złapało swoją mamę za rękę i powiedziało, że „jak Pan Marek skacze, to już nie będzie nigdy listy przebojów”. Chyba wszyscy myśleli, że naprawdę się zabiję. Skok zakończył się szczęśliwie. Niesamowita adrenalina.

Gdybyś miał ułożyć swoją listę 25-lecia, to co znalazłoby się na czele?
„Autobiografia” Perfectu, „Brothers in Arms” Dire Straits, „These Are the Days of Our Lives” Queen i pewnie jakaś piosenka Maanamu: „Krakowski spleen” albo „Kocham cię, kochanie moje”. Wiem, że te piosenki się trochę zestarzały, ale to muzyka, która przez 25 lat towarzyszyła mi i wciąż mi się podoba. Moja prywatna lista byłaby pewnie zupełnie inna. Wiele piosenek, których słuchałem przez te wszystkie lata, nigdy nie wchodziło na Listę lub kończyło gdzieś w poczekalni, np. Kenny Loggins, Basia, The Eagles czy Mr Mister. Jednak zawsze starałem się oddzielić swój gust od Listy. Jestem tylko komentatorem tego, co się na niej dzieje.