Siedzę na kanapie w mieszkaniu aktorki w Atlancie. Jane każe na siebie czekać 45 minut, wreszcie dosiada się w czarnych welurowych spodniach dresowych, w czarnym pulowerze i perfekcyjnym makijażu (w końcu reklamuje ostatnio kosmetyki).

"Cześć, jestem Jane. Chodź, pokażę ci macicę" - woła radośnie i bierze mnie za rękę. Nie do końca wierzę w to, co się dzieje, ale posłusznie poddaję się jej woli.

"Zaprojektowałam przedpokój w kształcie macicy i kazałam pomalować na go na różowo" - objaśnia ochoczo. "A korytarz, którym weszłaś do salonu, to kanał rodny".

Ewelina Kustra: Czy sześć pani portretów, które wiszą w salonie, powstały na wzór tych Marilyn Monroe autorstwa Andy’ego Warhola?

Jane Fonda: Nie, przyjaźniliśmy się z Andym i to on wyszedł z inicjatywą zrobienia tych portretów.

EK: Aktorki mają wille w Malibu i apartamenty w Nowym Jorku. Dlaczego pani mieszka w konserwatywnej i dość prowincjonalnej Atlancie?

JF: Mieszkałam wiele lat w Kalifornii, Nowym Jorku, Paryżu. Do Atlanty sprowadziła mnie miłość do Teda Turnera, mojego trzeciego męża. Teraz żyją tu moje dzieci i wnuki. Z Tedem nie jesteśmy już razem, ale pozostaliśmy przyjaciółmi, zapraszamy się na święta. Dlaczego miałabym się stąd wynosić? Poza tym życie poza centrum, na uboczu, też ma plusy. Kiedyś Dolly Parton zorganizowała mi pobyt w górach u zaprzyjaźnionej rodziny. Przez kilka tygodni żyłam z nieznanymi mi ludźmi w zupełnej głuszy gdzieś w Arkansas, bez prądu ani ciepłej wody. Wcześniej wydawało mi się, że Stany to Nowy Jork i Kalifornia. A tu poznałam wycinek prawdziwego amerykańskiego życia. Otrzeźwiło mnie to i przywróciło do normalności. Zapyta pani, czego można się nauczyć w dziurze zabitej dechami? Na przykład, przy jakiej pogodzie najlepiej rosną grzyby albo czym przyprawić ziemniaki na obiad.

EW: Również w Atlancie, mimo poprzednio deklarowanego ateizmu, została pani chrześcijanką.

JF: Zawsze miałam słabość do rytuałów, wszelkiej celebry. Wcześniej życiową pustkę wypełniałam jedzeniem, kompulsywnymi seansami aerobiku, alkoholem. Dopiero, gdy mam 70 na karku, dotarło do mnie, że przez całe życie próbowałam coś sobie rekompensować. Stąd zwrot ku religii. Chodzę do szkoły teologicznej, studiuję feministyczne interpretacje Biblii.

EK: Po długiej przerwie w ubiegłym roku zdecydowała się pani na aktorski powrót filmem "Sposób na teściową". A mówiła pani, że definitywnie kończy z tym zawodem.

JF: Rozstałam się z dużym ekranem, bo czułam się nieszczęśliwa. Rozwiodłam się z drugim mężem, Tomem Haydenem, miałam depresję i nie chciałam pokazywać się ludziom. Doszłam do siebie, kiedy poznałam Teda, przy nim z kolei pracować nie musiałam. Po rozstaniu zaczęłam pisać autobiografię. Gdy skończyłam książkę, byłam w wyjątkowo dobrym humorze i zastanawiałam się, czy aktorstwo kiedykolwiek jeszcze przyniesie mi radość. Choć krytyka zmiażdżyła "Sposób na teściową", ja kocham ten film. Dzięki niemu odkryłam, że potrafię być dowcipna.

EK: Duże poczucie humoru ujawnia też pani w książce. Nie da się jednak ukryć, że sporo w niej gorzkich wspomnień.

JF: Opisuję na przykład, jak godziłam się, by mój pierwszy mąż, Roger Vadim, sprowadzał do domu dziwki, bo panicznie bałam się, że w razie protestu mnie zostawi. I że przez prawie 25 lat cierpiałam na bulimię, na zmianę głodziłam się i obżerałam w obsesyjnej pogoni za idealną figurą. I że nie byłam dobrą matką. Dostałam już tysiące listów od zdziwionych czytelników, że ktoś tak znany jak Jane Fonda, z dwoma Oscarami i kupą forsy, ma podobne problemy co większość z nich.

EK: Z książki wynika, że to ojciec, wybitny aktor Henry Fonda, wpędzał panią w kompleksy.

JF: Gdy byłam nastolatką, ciągle mnie krytykował: że jestem za gruba, że noszę beznadziejne ciuchy. Ale ojcu też wiele zawdzięczam, choć był typowym facetem swoich czasów: oschłym, kategorycznym, zimnym. Nigdy mi nie powiedział, w imię czego powinnam walczyć. Ale wystarczy spojrzeć na bohaterów, których stworzył w swoich filmach, w "Młodości Lincolna" czy "Dwunastu gniewnych ludziach", i wszystko staje się jasne. Mimochodem obudził we mnie żyłkę aktywistki.

EK: Napisanie autobiografii było więc dla pani rodzajem terapii?

JF: Kiedy podnosisz ciężary, w nadwyrężonych mięśniach powstają mikroskopijne uszkodzenia, które potrzebują przynajmniej doby, żeby się zagoić. Dopiero po takim czasie zaleca się wznowienie treningu. Ze mną było podobnie. Zapisując myśli, uwalniałam pokłady emocji czasem tak silne, że nie dotykałam komputera przez kilka dni.