Tomasz Z. Zapert: Jak się żyje z wyrokiem śmierci na karku?
Wiktor Suworow: Dziękuję, całkiem znośnie. Przez 28 lat zdążyłem do tego przywyknąć. Aczkolwiek codziennie kładę się spać ze świadomością, że skazaniec przeżył kolejny dzień.

Kreml ma długie ręce, o czym przekonał się nie tylko niejeden dysydent, ale także jego bliscy.
Na szczęście ani mnie, ani mojej żonie, dzieciom czy wnukom żyjącym na emigracji nie spadł włos z głowy.

Teraz przyjechał pan do Polski, by promować kolejną książkę poświęconą marszałkowi Żukowowi.
Od kilku lat usiłuję odbrązowić tego mitycznego dowódcę Armii Czerwonej. Przeszedł do historii jako wybitny strateg, charyzmatyczny i odważny człowiek, czuły dla żołnierzy oficer, wreszcie mężczyzna, któremu nieobcy jest sentymentalizm. Tymczasem, jak wykazałem w „Cieniu zwycięstwa”, obficie czerpiąc z licznych źródeł historycznych oraz wspomnień jego licznych podkomendnych, był żądnym sławy karierowiczem, niejednokrotnie akceptującym wysyłanie piechoty do natarcia przez pole minowe, tudzież bez wsparcia czołgów albo artylerii. Sukcesy w dużej mierze zawdzięczał kolosalnej przewadze liczebnej. Nie zważał na własne straty. Najdobitniejszym tego przykładem jest zdobycie Berlina. O prawo zajęcia stolicy III Rzeszy konkurował z marszałkiem Iwanem Koniewem. Wprawdzie nie zdążył zająć miasta 1 maja, w święto klasy robotniczej, jak domagał się Stalin, lecz nazajutrz to właśnie żołnierze Żukowa zatknęli flagę na Reichstagu. Aby uprzedzić konkurenta, w ciągu dosłownie ostatniego tygodnia wojny posłał na pewną śmierć kilkadziesiąt tysięcy czerwonoarmistów. A przecież Niemcy byli już praktycznie pokonani, po samobójstwie Hitlera duch walki w ich szeregach znacznie osłabł.

„Cień zwycięstwa” został wydany także w Rosji, gdzie spotkał się z krytycznymi opiniami.
Moi adwersarze wspierali się zapiskami autobiograficznymi marszałka. Weryfikując ich argumenty, odkryłem rzecz zadziwiającą. Kilka wydań „Wspomnień i refleksji”, opublikowanego także Polsce pamiętnika Żukowa, znacznie różni się zawartością. Raz autor pisze, że Armia Czerwona dysponowała 490 tys. dział, kiedy indziej tę liczbę niemal podwaja. W wydaniu wcześniejszym za mózg wojska uważa sztab generalny, po latach zmienia zdanie, twierdząc, że rolę tego newralgicznego organu odgrywało biuro polityczne KPZR. Najbardziej jednak zdumiewa to, że autor, zmarły w roku 1974, w pośmiertnych edycjach zapisków powołuje się (sic!) na dysertacje opublikowane już po swojej śmierci. I właśnie o tych znaczących różnicach w jego memuarystyce opowiada moja najnowsza książka pt. „Cofam wypowiedziane słowa”. Uzupełniają ją publikowane po raz pierwszy dokumenty Żukowa przechowywane pieczołowicie po śmierci ojca przez jego najmłodszą córkę.

Dlaczego publikuje pan pod pseudonimem?
Gdy napisałem debiutancką książkę „Żołnierze wolności”, poświęconą inwazji Armii Czerwonej i wojsk państw Układu Warszawskiego (z wyjątkiem Rumunii) na Czechosłowację w sierpniu 1968 r. ( sam wtedy dowodziłem czołgiem, czego się wstydzę), nie chciałem ujawniać twarzy, obawiając się represji wobec pozostałych w ZSRR rodziców i przyjaciół. Brytyjski wydawca zasugerował, bym przybrał jakiś rosyjsko brzmiący pseudonim. I tak przyszedł na świat Wiktor Suworow. Nie przypuszczałem, że okaże się on tak długowieczny.

Pańskie książki wydawane są pod różnymi szerokościami geograficznymi, także w Rosji…
Cieszy mnie, że są tam popularne. Chyba każdemu pisarzowi największą satysfakcję sprawia poczytność.

I to pomimo niekiedy bardzo krytycznych recenzji…
Ich autorzy z reguły bardziej pragną dopiec autorowi niż jego dziełom. Gros opiniotwórczych środowisk w Rosji ma bowiem sowieckie korzenie, toteż niestrudzonego demaskatora brudnych plam z dziejów Kraju Rad traktuje częstokroć jak chłopca do bicia.

Co wpisuje pan dziś w rubrykę zawód?
Z zawodu jestem szpiegiem (śmiech), lecz od ćwierćwiecza zarabiam piórem.


Wiktor Suworow, (ur. 1939), właściwie Władimir Bogdanowicz Rezun, rosyjski pisarz i publicysta. Ukończył Wojskową Akademię Dyplomatyczną w Moskwie, a następnie w latach 1974 – 1978 był rezydentem radzieckiego wywiadu wojskowego GRU w Genewie. Po ucieczce do Wielkiej Brytanii został zaocznie skazany na karę śmierci. Wyroku, nawet po rozpadzie ZSRR, do dziś nie uchylono. Jest autorem kilkunastu książek, m.in.: „Lodołamacza”, „Żołnierzy wolności”, „Dnia »M«” i „Akwarium” zekranizowanego w 1993 r. przez Antoniego Krauzego