DOROTA FUSTA: „Copying Beethoven” – pod tym właśnie, oryginalnym tytułem, poznali ten film widzowie we Francji, Hiszpanii i Stanach Zjednoczonych. Niebawem i my obejrzymy „Kopię mistrza”. Kanwą pani najnowszego obrazu stało się jedno z najpełniejszych dzieł muzyki klasycznej – Dziewiąta Symfonia. Słyszymy, jak rodzi się w umyśle genialnego kompozytora (w roli Beethovena Ed Harris), widzimy, jak zostaje przelana na papier. Anna Holtz (w tej roli Diane Kruger), najzdolniejsza studentka konserwatorium, kopiuje nuty w nieładzie „rzucone” przez Beethovena na pięciolinię. Choć film oparty jest na faktach, postać Anny Holtz jest fikcyjna. Pomimo to widać jej związek z pewną francuską kompozytorką…
AGNIESZKA HOLLAND: Jest nią urodzona w 1804 roku w Paryżu Louise Dumont Farrenc. Zafascynowana Beethovenem przez całe życie kopiowała swojego mistrza. Większość jej utworów brzmi po beethovenowsku, oczywiście nigdy nie osiągając siły pierwowzoru. Mimo to była dobrą i dosyć wziętą kompozytorką, co dało nam wiarygodność tej postaci pod względem historycznym i muzycznym. Jednak Anna Holtz to kompilacja dwóch osób: Louise Dumont Farrenc i tajemniczej kobiety, prawdopodobnie śpiewaczki, która podczas premiery Dziewiątej Symfonii, gdy już wybrzmiały ostatnie takty dzieła, odwróciła Beethovena przodem do audytorium. Dzięki jej gestowi zobaczył to, czego nie mógł usłyszeć – aplauz publiczności.
Wydawało nam się, że postać kopistki jest niezbędna, by móc właśnie muzykę uczynić głównym bohaterem filmu, by stworzyć napięcie między uczniem a mistrzem, napięcie paraerotyczne, za którym Beethoven bardzo tęsknił. Dać mu fikcyjny ekwiwalent tego, czego w życiu nie udało mu się zdobyć, a także niejako zastąpić Anną Holtz jego nieudanego bratanka…

… który zresztą pojawia się w filmie. To postać złożona: z jednej strony cyniczna, z drugiej nieszczęśliwa, zmuszana przez Beethovena do studiowania muzyki…
Tak mniej więcej było. Beethoven bardzo kochał tego bratanka, ale była to miłość toksyczna. Wyrządził chłopcu więcej szkody niż pożytku, skrzywdził go, doprowadził do próby samobójczej. Zresztą nakręciliśmy taką scenę, ale później zdecydowaliśmy nie włączać jej do filmu. „Kopia mistrza” oscyluje wokół napięcia między przeciętnością czy przeciętniactwem, a geniuszem, który nie jest najłatwiejszy we współżyciu. Beethoven pokazany jest z wielu różnych stron, nie zawsze pozytywnych, ale wydaje mi się, że gdzieś na końcu okazuje się, że to, co jest jego esencją i sublimacją jest najważniejsze i piękniejsze niż wszystkie jego wady.

Kiedy przypomnimy sobie postać Beethovena, jak przedstawiano nam w szkole, stanie nam przed oczami stateczny, zrównoważony starszy pan. Z pewnością nie będzie to energiczny, złośliwy choleryk, który „rozsadza” ekran, gdy oglądamy pani film.
Beethoven miał 57 lat, kiedy umierał. Nie był więc starcem. Nawet na ówczesne czasy. Był zdziwaczały – przez całkowite skupienie się na muzyce i zaniedbany – głównie w wyniku swojej głuchoty. Jeśli zaś chodzi o jego energię, to daj Boże zdrowie… Spójrzmy, ile skomponował, w jak krótkim czasie. Jedno z pierwszych zdań, jakie powiedziałam Edowi, gdy rozmawialiśmy o jego roli, brzmiało; „Nie graj starca. Ten człowiek jest pełen energii”. Ludzie twórczy mają energię. Jeżeli popatrzy pani na Andrzeja Wajdę, który ma już przecież 80 lat i ujrzy go w akcji, zobaczy pani właśnie tę beethovenowską energię. Mnie się wydaje, że bez energii nigdy nie powstałyby dzieła na miarę Dziewiątej Symfonii.

Czy pomysł, że to właśnie Ed Harris zagra Beethovena miała pani od początku, czy może szukała pani kandydata do tej roli wśród wielu aktorów?
Eda znam bardzo dobrze. Zrobiliśmy wspólnie dwa filmy, trochę uczestniczyłam w jego „Pollocku”, udzielałam mu rad…
Jesteśmy zaprzyjaźnieni. Znam go z różnych sytuacji i od początku wiedziałam, że trudno będzie mi znaleźć aktora, który ma taką siłę, pasję, głębię, że będzie w stanie „wejść” w tego genialnego artystę i jednocześnie aktora, który ma tak poważny stosunek do roli. Muszę powiedzieć, że się nie zawiodłam. Ed przez osiem miesięcy przygotowywał się do roli. Pracował dniami i nocami, jeszcze zanim byliśmy pewni, że będą pieniądze na ten film. W końcu doszedł do takiej perfekcji w prowadzeniu muzyków, że był w stanie dyrygować orkiestrą bez partytury i bez playbacku.

Premiera Dziewiątej Symfonii to jedna z najtrudniejszych i najdłuższa scena filmu. Setki ujęć…
Nakręciliśmy do niej około 600 ujęć. Przygotowując tę scenę, pracowałyśmy z moją córką, Kasią Adamik, która też jest filmowcem. Najpierw zmontowałyśmy fragmenty Dziewiątej tak, by tworzyły pewną całość i miały dramaturgię muzyczną i emocjonalną.
Kasia zrobiła bardzo dokładny storyboard, potem „wbiła” go w komputer razem z muzyką, także zanim zabraliśmy się do kręcenia, dość dobrze wiedzieliśmy, jak to ma wyglądać i sztywno się tego trzymaliśmy. Bardzo precyzyjnie. Wszystkie założone ujęcia zostały nakręcone, a mieliśmy tylko trzy dni. Nieustannie używaliśmy trzech kamer. Nie osiągnęlibyśmy tak wspaniałego efektu, gdyby nie aktorzy, orkiestra i chór. Wszyscy byli znakomicie przygotowani, a gra aktorów przekroczyła najśmielsze oczekiwania.

Scena trwa kilkanaście minut…
Około czternastu. To bardzo długo, biorąc pod uwagę, że jest to kilkanaście minut muzyki w środku filmu. Właściwie można powiedzieć, że happy end zdarza się w połowie. To dość niekonwencjonalne dramaturgicznie rozwiązanie. Kilka osób, które czytało scenariusz, zanim przystąpiliśmy do pracy, nie miało tu pewności, czy jest to właściwy zabieg. Mnie się zdaje, że zadziałało.
Film został pokazany na kilku festiwalach: w Toronto, San Sebastián… Widzowie szalenie mocno i emocjonalnie odbierają tę sekwencję. Wielu z nich płacze. Przecież nie dlatego, że to jest smutne, tylko dlatego, że jest piękne. Nawet ludziom, którzy nie interesują się muzyką klasyczną udaje się wejść w Dziewiątą Symfonię i mają wrażenie, że słuchają jej po raz pierwszy w życiu. Myślę, że to nasz triumf.

Wspominała pani o pracy, jaką włożył w rolę Ed Harris. Nie mniej zaangażowana była Diane Kruger. Aktorka ma wykształcenie muzyczne, chodziła do szkoły baletowej...
Diane grała na klarnecie i spędziła 11 lat swego krótkiego życia w balecie klasycznym. W ten sposób wyszła z domu. Jako dwunastolatka została posłana do Royal Ballet Company do Londynu. Potem miała kontuzję nogi i okazało się, że dalej tańczyć nie może, jednak zdecydowała nie wracać do domu rodzinnego. Aktorstwo stało się jej marzeniem, ale żeby się utrzymać, ta młoda panienka z dość biednej rodziny z niewielkiego miasta w pobliżu Hanoweru zaczęła pracować jako modelka i z tego opłacała kursy sztuki dramatycznej. Później przyszły role w filmach. Diane Kruger ma wiele cech Anny Holtz. Zresztą film mówi o też tym, że nie należy spoczywać na laurach, że prawdziwy artysta, jeśli odniesie sukces, następnego dnia zabiera się do czegoś innego.

Tak jak Beethoven, który po premierze Dziewiątej Symfonii już następnego dnia ostro wziął się do pracy. A kiedy pani po raz pierwszy usłyszała muzykę Beethovena?
Muzyką klasyczną zaczęłam interesować się dość późno, miałam już jakieś 17, 19 lat.

Podobno trzeba do niej dojrzeć.
Niektórzy dojrzewają wcześnie. Ja nie byłam zbyt muzykalna. Muzykę klasyczną zaczęłam poznawać dzięki mojemu ówczesnemu mężowi, Laco Adamikowi, który ją uwielbiał. Zaczęłam słuchać Beethovena od końca, od ostatnich kwartetów, które mnie zafascynowały. Do dzisiaj najchętniej słucham kwartetów i sonat.

Jak wybrała pani orkiestrę do filmu?
Orkiestra „in vision”, czyli w obrazie, jest orkiestrą węgierską, z miasta, w którym robiliśmy zdjęcia, Kecskemét, znajdującego się niedaleko Budapesztu. To bardzo wdzięczne filmowo miejsce. Często pracował tam István Szabó. A zatem plenery w „Kopii mistrza” to Węgry.

Choć początkowe sceny filmu: ulice, katedra, do złudzenia przypominają Wiedeń.
Nie, nie. Wszystko robiliśmy na Węgrzech. W Wiedniu nasza noga nie postała. To jest dość podobna architektura. Choć muszę powiedzieć, że serce mi się rwało do Polski, gdzie byłoby chyba łatwiej komunikować z ekipą. Węgrzy przebili polskich producentów ulgami podatkowymi wprowadzonymi właśnie po to, by zachęcić zagranicznych producentów do wchodzenia w koprodukcje z węgierską kinematografią. Mam nadzieję, że kiedyś tego typu ułatwienia zaistnieją i w Polsce.

Scena premiery Dziewiątej Symfonii jest wirująca.
Tak, to było niebywałe przeżycie. Również dlatego, że było to jedno z naszych ostatnich ujęć. Pracowaliśmy pod ogromną presją producentów, którzy uważali, że przekroczyliśmy już wszystkie limity czasu.
Operator kamery stanął po środku sceny i kręcił się wokół własnej osi. Wszystko musiało być czyste: statyści w kostiumach siedzący na widowni, orkiestra… Nie było tam żadnych kabli, żadnych zbędnych świateł. Po jakichś 30 – 40 sekundach zorientowałam się, że operator ma zawrót głowy od tego kręcenia i zatrzymałam playback, powiedziałam: stop. Orkiestra tego nie usłyszała i grała dalej, już bez playbacku. To była magia. Zagrali całą sekwencję. Wbiegłyśmy z Kasią na scenę i nagle miałam wrażenie, że jestem w samym środku premiery Dziewiątej Symfonii. Wszystko było takie jak wtedy, niebywale rzeczywiste.

Od początku było wiadomo, że scena premiery Dziewiątej Symfonii będzie najtrudniejsza. Jakie inne sekwencje filmu wymagały szczególnego przygotowania ze strony aktorów?
Wiedziałam, że trudne będą trzy bardzo długie sceny, 8-, 10-minutowe, kiedy Anna Holtz i Ludwig van Beethoven są sami w mieszkaniu i prowadzą między sobą intelektualny pojedynek. Jednak poszło łatwiej, niż się spodziewałam, między innymi dlatego, że chemia między Dianą i Edem była bardzo intensywna.

Widać, że się lubią…
Tak, na pewno. Zresztą to są wspaniali aktorzy, nie mają gwiazdorskich cech, są bardzo zdyscyplinowani, lojalni, wielkoduszni.

Pracuje pani poza granicami naszego kraju jednak mamy nadzieję zobaczyć panią nie tylko podczas premiery „Kopii mistrza” w Polsce, ale i na planie filmowym.
Na premierę na pewno przyjadę. Mam też kręcić w Polsce, z Kasią i moją siostrą Magdą, współczesny serial telewizyjny. Chciałabym też robić tu filmy fabularne. Niestety, nie jest to takie łatwe.