MARTA WĘGIEL: Przez tyle lat byłeś nierozerwalnie związany z krakowskim Starym Teatrem, od jakiegoś czasu częściej można cię spotkać w Teatrze Narodowym, Ateneum lub Teatrze STU, czy to potrzeba zmian?
JERZY TRELA: Teatr Narodowy to był wybór człowieka, nie miejsca. Jerzego Grzegorzewskiego. Wcześniej on przyjeżdżał do Krakowa, pierwsze przedstawienie zrobiliśmy 32 lata temu. A potem... W Starym Teatrze parę lat temu pojawiły się pewne zawirowania. Miałem tego dosyć. Wtedy Grzegorzewski zaproponował mi pracę. Nawet powiedział: Zagraj, co chcesz. Bardzo przeżyłem jego odejście, był moim ostatnim guru.

A Teatr STU? To dla Ciebie ważne miejsce...
Bardzo, tam zaczynałem. Pierwsze lata, ważne zetknięcie z teatrem, wcześniej byłem w Teatrze Groteska...

Robiłeś lalki...
Robiłem lalki. W Teatrze STU razem z Jasiem Łukowskim zrobiliśmy spektakl, który utwierdził mnie w przekonaniu, że teatr to moje miejsce. Potem poszedłem do szkoły teatralnej i tam spotkałem grupę ciekawych ludzi, razem współtworzyliśmy Teatr STU. Oczywiście od początku organizatorem i dyrektorem był Krzysztof Jasiński.

Do tego teatru z sukcesem wróciłeś na 40-lecie tej sceny w „Wielkim kazaniu Księdza Bernarda” według L. Kołakowskiego.
Krzysztof kilka razy mi proponował, bym coś u niego zagrał. W pewnym momencie natknąłem się na tekst Kołakowskiego, który zaczął za mną chodzić. Nawet nie myślałem o jego wystawieniu, po prostu pochłaniał mnie i wciąż do niego wracałem. Któregoś dnia podjąłem decyzję i przyniosłem tekst Krzyśkowi. A on się zapalił: że Kołakowski, że z „Rozmów z Diabłem”... Następnego dnia zrobił mi trzygodzinny wykład na temat demonologii. Nie sądziłem, że ma aż taką wiedzę. I oświadczył: Nikt tego nie będzie reżyserował. Ja to zrobię. Sami sobie zrobimy. No i tak się zaczęło.

Zawsze dużo mówiłeś o idei zespołowości, a tu nagle sam na scenie... Czy zespół w teatrze stracił już znaczenie?
Idea zespołowości musi funkcjonować zawsze, bez niej nie będzie zespołu, nie będzie teatru. Ja to zrobiłem, by spróbować czegoś, czym nawet trochę pogardzałem – monodramu. Zawsze byłem z zespołem – oczywiście z zespołem Starego Teatru – ale gdy poczułem, że on mi się jakoś wymyka, a ja jemu, spróbowałem zagrać sam.

Jest w tym spektaklu nawiązanie do twojego słynnego monologu Konrada z „Dziadów”: walka z diabłem, dobra ze złem, coś na kształt monologu romantycznego...
Romantyzm objawia się w każdym skrawku naszej literatury, ale tu nie ma aż takiego nawiązania wprost. Owszem – w pewnych momentach są jakieś znaki, które się odnoszą do „Dziadów”. Ale nie szliśmy tym tropem. Jest pewien fragment, który na chwilę jest jakby cytatem z przeszłości: scena przeistoczenia, egzorcyzmy na sobie samym. Wiele osób mówiło, że ma takie skojarzenia. Jednak staraliśmy się tego unikać. Korciło nas, by podyskutować z teatrem w ogóle – z Grotowskim, Kantorem – ale powoli eliminowaliśmy to.

A jak myślisz, dlaczego teraz w teatrach nie ma Mickiewicza?
Bo strzech już nie ma... Są takie teorie, że romantyzm się skończył, że jest nieeuropejski, że teraz powinniśmy być pozytywistyczni. A w Europie są ludzie romantyczni, choćby Bułgarzy: przed wojną właśnie „Dziady” reżyserowane przez Schillera były wystawiane w Sofii ponad sto razy. Czy u nas nie ma takiej potrzeby? Są próby młodych ludzi, tylko że raczej pobieżne, powierzchowne.

Uczysz w szkole młodych ludzi, jaki oni mają stosunek do tradycji?
Mam świadomość, że należę do odchodzącego pokolenia. Wchodzi teraz nowe, które ma inne widzenie teatru, inny stosunek do sztuki – i ma do tego prawo. My im przekazujemy naszą wiedzę, nasze doświadczenia A co oni zechcą z tego wziąć, to już ich sprawa.

A autorytety? Czy pozostały ważne?
Były, są i będą ważne, ale jeśli jest ich coraz mniej – to już jest problem.

Kto był autorytetem dla ciebie?
Swinarski. Praca z nim była dla mnie wielkim przeżyciem. Miał ogromny wpływ na ludzi, potrafił wytwarzać aurę magii, to wynikało z jego osobowości – i z siły, i ze słabości. Przyznawał się do błędów. Jeżeli czegoś nie rozumiał, przerywał próbę. „O! – mówił – nie wiem, co zrobić”. A na drugi dzień przychodził i oświadczał pół żartem, pół serio: „Śniło mi się! Już wiem!”. Jerzy Jarocki – całe życie uczył mnie fachu, zawodu, prawdziwego zawodu. Grzegorzewski – fascynował mnie jeszcze inaczej. Miał potrzebę szukania formy w teatrze. I to było mi bliskie. Mało mówił, ale ja go rozumiałem. Gdy odszedł, poczułem, że straciłem ostatniego reżysera, do którego miałem nieograniczone zaufanie. No i Kazimierz Kutz. To jest niesamowicie wrażliwa osobowość, czująca i rozumiejąca aktora. Nigdy nie zapomnę, jak pracował ze mną, gdy byłem chory. Przed nagraniem Teatru TV odnowiły mi się wrzody i byłem na bardzo silnych lekach. A terminy były sztywne, grałem główną rolę. A on mnie prowadził w tym przedstawieniu jak matka dziecko. Wiedział, że cierpię i tyle ciepła mi dawał, że łagodził ten ból bardziej niż środki przeciwbólowe. Wreszcie Gustaw Holoubek – ze swoją olbrzymią wiedzą na temat teatru, życia i wspaniałym poczuciem humoru.

Aktorstwo jest pewną misją czy po prostu zawodem?
Ja to nazywam powinnością, nie misją. Wszystkie zawody, które mają jakiś związek ze sztuką, mają podnosić świadomość, wrażliwość człowieka. To jest cel sztuki. To, co nazywamy talentem, jest jakimś darem od Boga. A te zawody wymagają wrażliwości, ona musi w człowieku być, nie da się jej zrobić, nauczyć. Trzeba to rozwijać. Ale jeśli ktoś jest słabo utalentowany, ale dużo pracuje – może osiągnąć wiele. A wyjątkowy talent, jeśli nie pracuje – często przegrywa.

Czy mamy teraz kryzys teatru? Pułapki komercji?
O kryzysie teatru to ja słyszę od pierwszego zetknięcia się z nim. Jednak młodzi ludzie próbują robić teatr wbrew wszystkiemu. Używasz słowa „komercja”. Jest dużo zasadzek we współczesnym świecie – internet, komputeryzacja. To wszystko zacznie czynić człowieka ubezwłasnowolnionym. Dlatego wierzę, że żywy teatr przetrwa, że będzie się odradzał. W pewnym momencie człowiek zacznie potrzebować drugiego człowieka, zapragnie spojrzeć mu w oczy. Coraz bardziej tracimy ze sobą kontakt. Włączamy telewizor i pstrykamy pilotem.

Zawsze wolałeś teatr od filmu?
Teatr był tym moim magicznym miejscem, o którym rozmyślałem już w liceum. Ta magia mnie pociągała. Może w teatrze zaistniałem mocniej, bo dokonałem takiego wyboru. Jeśli miałem zagrać w jakimś marnym scenariuszu, a dostawałem Dostojewskiego czy Mickiewicza i reżyserów takich, jak: Swinarski, Jarocki, Lupa, to wybierałem teatr. Na przykład zrezygnowałem z roli w „Janosiku”. Miałem podpisaną umowę na wszystkie odcinki, rozpoczęły się zdjęcia. A tu przyjeżdża na plan Wiktor Sadecki i mówi, że Swinarski proponuje mi rolę Konrada w „Dziadach”. Próbowałem przekonać reżysera filmu, by mnie zwolnił, kierownik produkcji nie chciał o tym słyszeć. Ale Wiktor, który miał wpływ na reżysera, powiedział: A ubij go! No i na drugi dzień nakręciliśmy scenę, jak to Bacusia ubijają. A ja wróciłem do Krakowa i zaczęliśmy próby „Dziadów”.

Jakie propozycje ról filmowych teraz otrzymujesz? Czy takie perełki jak w filmie „Anioł w Krakowie”?
„Anioł w Krakowie” miał swój wdzięk, urok. Teraz? Role ojców, wujów... taki wiek. W tamtym roku uciekła mi wspaniała rola, w scenariuszu napisanym przez Stasiuka i tego żałuję bardzo. Terminy się nie zgadzały. Piękna wspaniała rola i jeszcze w moich ulubionych Bieszczadach. Parę takich ról mi przepadło na rzecz teatru. Ale nie czuję się aktorem niespełnionym.

Czy w takim zawodzie mogą przetrwać prawdziwe przyjaźnie?
Prawdziwe przyjaźnie nie są uzależnione od zawodu czy miejsca pracy. One po prostu są.

Słyniesz z ogromnej dyskrecji na temat życia rodzinnego, nie chcesz chwalić się dziećmi?
Wywiad nie jest reklamą. Moje dzieci są dorosłe i mogą same mówić o sobie. Ale i tak się nimi chwalę.
One są blisko branży filmowej. Monika skończyła produkcję filmowo-telewizyjną i pracowałem z nią parę razy. Piotrek jest operatorem, kręcił „Anioły”. Cieszę się, że mogłem z nimi pracować. I muszę Ci powiedzieć, że byłem pokorny wobec tego, co robią.

Krąży o tobie po Krakowie bardzo wiele anegdot, zapytam o jedną. Kiedy obowiązywał przepis, że alkohol można kupić po godz. 13, wszedłeś rano po nocnych zdjęciach do restauracji hotelowej. Poprosiłeś o koniak, a kelnerka powiedziała, że alkohol podaje dopiero od 13. Ty na to: Ale do której? Było tak?
Było. W końcu dostałem w filiżance...

Jakiego spodziewasz się odbioru „Wielkiego kazania księdza Bernarda”? Odbyło się dopiero parę spektakli, teraz będą w stolicy i na żywo w TV Kultura.
Spektakl jest o diable i o tym, ile diabelstwa jest w człowieku... Po premierze jeden z widzów, wychodząc, powiedział do swojej żony: Kurwa, chyba się od dziś nawrócę!