Wojciech Birek: Serial o Thorgalu ma już prawie trzydzieści lat, a przeżywa dynamiczne zmiany: nowy scenarzysta, zmiana techniki graficznej... „Ofiara” to ostatni album, do którego scenariusz napisał Jean Van Hamme. Co skłoniło go do takiej decyzji?
Grzegorz Rosiński: To narastało od pewnego czasu. Van Hamme stwierdził, że powiedział już wszystko na temat Thorgala, może zaczął mieć problemy z pomysłami. Podobno bardzo się bał tego, jak przyjmę tę decyzję. Van Hamme zawsze uważał, że „Thorgal” jest najważniejszą rzeczą, którą robi. Jean Van Hamme zrobił mi piękny prezent na koniec, wprowadzając częste zmiany scenerii, od mrocznego zamku po świetliste przestworza i przywołując raz jeszcze znane już postaci. To doskonała okazja, by pokazać całe bogactwo efektów, na jakie pozwala kolor bezpośredni. Jean wie, jak sprawić mi frajdę przy pracy. Dla niego na pewno będzie to piękne pożegnanie z serią.

Grzegorz Rosiński specjalnie dla DZIENNIKAWspółpracę zaczęliście w latach 70., gdy jeszcze mieszkałeś w Polsce. Co przekonało Van Hamme’a do współpracy z rysownikiem z Polski?

Wtedy obaj byliśmy właściwie debiutantami. Właściwie miałem chyba większe doświadczenie od niego. Miałem już za sobą wiele tytułów „Żbika”, robiłem wtedy „Relax”, rysowałem też inne historie. Ale wtedy dla Polaka każdy facet z Zachodu to był wybitny artysta. Mieliśmy wtedy taką mentalność, taką percepcję Zachodu, że wydawało nam się, że facet, będący tam scenarzystą komiksu to od razu najwybitniejszy artysta świata. A w rzeczywistości przecież różnie bywało...
Jean mi zaufał. Zdecydował się coś dla mnie napisać. Najpierw zrobiliśmy próbę: narysowałem dwie plansze do komiksu „Michel Logan”, rysowanego wcześniej przez André Beautempsa. Jean dał mi scenariusz, upewnił się, że nigdy wcześniej nie widziałem tamtego komiksu, i poprosił, żebym na próbę zrobił dwie plansze. Miałem je gotowe następnego dnia.

Potem stworzyliście całkiem nowy projekt.
Od marca 1977 „Thorgal” ukazywał się w odcinkach w tygodniku „Tintin”. Pierwszy album ukazał się dopiero trzy lata później. Wtedy już było widać, że czytelnicy chcą czytać „Thorgala”, więc wydawca uznał, że pora na albumy. Te pierwsze trzy lata to był rodzaj sprawdzianu. Ja w ogóle nie myślałem o tym, co się dzieje. Cieszyłem się, że mi dają spokój, że pozwalają mi rysować, więc sobie rysowałem. Wtedy jeszcze mogłem to robić w Polsce. Nie miałem pokus, żeby wyemigrować... Ale kiedy już wyjechałem, to wyjechałem właściwie do siebie. Byłem tam już dość mocno zadomowiony.

Kiedy zaczęliście sobie uświadamiać, że „Thorgal” to przebój?

Pierwszy raz zaczęto w ogóle mówić o „Thorgalu” przy piątym albumie („Ponad Krainą Cieni”), ale to ciągle jeszcze była bryndza finansowa. Dopiero od ósmego albumu seria zaczęła przynosić pieniądze wydawcy i autorom. Ale wciąż trudno było z tego wyżyć. Gdybym do piątego albumu nie mieszkał w Polsce, korzystając z przelicznika dewiz na złotówki, byłoby jednak strasznie ciężko.

Czy w tym pierwszym okresie to, że mieszkałeś i pracowałeś w Polsce, nie utrudniało wam współpracy?
Robiłem wtedy wszystko, żeby wydawca nie odczuwał, że ma autora tysiące kilometrów od siebie. Za wszelką cenę starałem się udowodnić mu, że to nie jest jakaś inna planeta, że Polska jest tuż obok, że można w niej doskonale pracować bez żadnych problemów technicznych.

W Polsce „Thorgal” pojawił się niedługo po belgijskiej premierze na łamach magazynu „Relax”. Jak to było możliwe w tamtych czasach?

Bardzo ważne było dla mnie, żeby „Thorgal” się w ogóle w Polsce ukazał. Wtedy byłem gotów odstąpić swoje prawa nawet za darmo. Zawierając kontrakt, wybłagałem francuskich wydawców, żeby mnie zwolnili z praw na demoludy, a szczególnie na Polskę. Przekonałem ich, że i tak tam tego nie sprzedadzą, bo nikt od nich tego nie kupi, więc niech wykonają dla mnie taki gest. Po raz pierwszy zdarzyło się, że wydawca zgodził się pozostawić autorowi te prawa. Dzięki temu mogłem publikować swoje komiksy w Polsce, a polscy wydawcy nie musieli płacić w dewizach, tylko normalnie w złotówkach.

Czy Van Hamme jako scenarzysta też dostał honorarium w złotówkach?
Naturalnie. Zarobił sześć tysięcy złotych, które leżały w banku przez parę lat, a kiedy przyjechał do Polski, żeby je wydać, paczka papierosów kosztowała dziesięć tysięcy.

W pewnym momencie przestałeś być po prostu autorem, który tylko rysuje, ale musiałeś też zacząć bywać na spotkaniach i festiwalach, udzielać wywiadów.

Tak, dzięki temu musiałem się nauczyć francuskiego. Wtedy już musiałem być inteligentny, a w dodatku jeszcze pięknie wyglądać przed kamerą. To nie było łatwe. Ale uznałem, że jeśli mnie rozumieją, to po co mam szlifować akcent. Nawet jedna panienka powiedziała mi, że mój słowiański akcent jest „seduisant” – uwodzicielski. Uznałem, że w takim razie może nie powinienem się tego słowiańskiego akcentu pozbywać. Więc go zachowałem. Czasami specjalnie niewyraźnie mówię, kiedy nie mam do powiedzenia nic istotnego, a muszę mówić, bo mam mikrofon przed nosem. Może nawet lepiej, żeby nikt tego nie zrozumiał.

Następcą Van Hamme’a w roli scenarzysty „Thorgala” będzie Yves Sente.

Miałem mnóstwo propozycji kontynuacji. Najwięksi scenarzyści proponowali mi swoje usługi, nawet jeden z Polaków. Nie podam nazwiska, ale to była chyba najlepsza propozycja, ten scenariusz najbardziej mnie przekonał. Później zmieniły się kryteria. Yves Sente dostał błogosławieństwo Van Hamme’a, to bardzo ważne. Sente to bardzo zdolny chłopak. To jemu zawdzięczam, że mogłem zmienić styl, malując „Zemstę Hrabiego Skarbka”. Nawet z zamkniętymi oczami mogłem rzucić się w przygodę z Yves’em, bo znamy się od wielu lat.

Jak bardzo jest zaawansowana praca nad trzydziestym albumem „Thorgala”, pierwszym do scenariusza Yves’a Sente’a?
Już zacząłem, namalowałem dwie plansze. Trochę odrywają mnie od pracy wyjazdy na festiwale, ale pracuję. Taka praca to przyjemność, bo wiem, jak Sente pisze, a on wie, jak pisać dla mnie.

Zmieniłeś ostatnio technikę graficzną, plansze komiksu są bardziej malarskie. Czy w komiksie tkwią jeszcze nowe możliwości rozwoju?
Komiks jest medium o cudownych możliwościach rozwijania wyobraźni, tworzenia nowych mitologii, nowych postaci, nowych światów... W komiksie można robić tysiące rzeczy... Ale robić, a nie odtwarzać, kopiować, nie robić zdjęć czy jakichś kombinacji na komputerze. Nie lubię tych wszystkich kombinacji, żeby udowodnić, że ja też potrafię tak jak aparat fotograficzny. Kiedy tworzę postacie, nie zaczynam od szukania w zdjęciach. To nieuczciwe. Przecież mam takie środki, żeby stworzyć postać od zera, z niczego, w pewnym sensie dać jej życie. I to jest chyba największa przyjemność dla autora. Mówię „autora”, bo mówiąc „artysta”, zawsze mam wątpliwości, co to takiego. Artysta to taki facet, który robi coś znakomicie. Nawet hydraulik może być artystą, bo jeśli nikt poza nim nie potrafi zreperować kranu, a on to zrobi, to znaczy, że on jest artystą. „Twórca” – z tą nazwą bym się zgodził. Twórca to jest ten, kto tworzy. Hydraulik nie tworzy, tylko reperuje. Ale zanim powiem o sobie „artysta”, to mam ten moment zawahania...


Grzegorz Rosiński (ur. 1941) – rysownik, jeden z najważniejszych współczesnych twórców komiksu. Współautor m.in. serii „Thorgal”, „Skarga Utraconych Ziem”, albumów „Szninkiel”, „Western”, „Zemsta Hrabiego Skarbka”