W 2002 roku, kiedy powstała idea Wielkiego Kalibru i „Trupa w szafie”, wydano dwie polskie powieści sensacyjne. W roku następnym było ich już osiem. W 2004 – piętnaście. Rok później niemal trzydzieści. Rok obecny zakończy się pewnie liczbą około pięćdziesięciu. Autor kryminałów, laureat I Nagrody Wielkiego Kalibru, Marek Krajewski, otrzymuje Paszport Polityki i staje się, jako pierwszy po Joannie Chmielewskiej, szeroko rozpoznawalnym polskim „kryminalistą”. A to motywuje wydawców i autorów, robi kryminałowi dobrze. Kryminalne serie wydawnicze Prószyńskiego, Supernowej, WAB-u, EMG, Świata Książki mają już stałych czytelników. Tylko w tym roku w nowej roli, jako promotorzy polskich kryminałów, wystąpili Santorski i Czarne. W nadmiarze tekstów nadchodzących do wydawnictw daje się wyłuskać rzeczy naprawdę dobre, nie ustępujące zachodnim produkcjom. Pisarze chcą się mierzyć z niełatwym gatunkiem, coraz częściej diagnozując za jego pomocą polską obyczajowość i trafnie opisując współczesność, a czytelnicy chcą poznawać Polaków, bo zrozumieli już, że policjant nie musi mieć na imię John. Nakłady rosną, nawet dziennikarze czasem coś napiszą o tej literaturze, do niedawna jeszcze uważanej za niewartą refleksji. Dlaczego się więc nie raduję, skoro o to szło?

Ano dlatego, że, pomijając Instytut Książki i fundatora Wielkiego Kalibru magazyn Detektyw, odnoszę nieodparte wrażenie, że pozostaliśmy w walce o dobrą polską literaturę gatunkową osamotnieni. Wydawcy traktują promocję swoich autorów kryminalnych jak piąte koło u wozu. Wystarczy powiedzieć, że spośród siedmiu nominowanych do Nagrody literatów, tylko jeden dowiedział się o tym od swojego działu promocji, a nie ode mnie. A przecież, bądź co bądź, mowa jest o 10 tysiącach złotych, co w rankingu polskich nagród literackich plasuje nas całkiem wysoko. Dziennikarze, nawet tych kilku, dobrze z rzeczą obznajomionych, kręcą nosem na wybory Kapituły i ideę Festiwalu, nie dlatego jednak, że mają inne upodobania czytelnicze, ale dlatego, że mają inne upodobania koleżeńskie. Nie wspomnę już o rzeczowej krytyce gatunku; ta po prostu nie istnieje.
Być może zatem wychodzimy przed szereg? Może jest jeszcze za wcześnie? Mimo że polski kryminał już nie jest ciekawostką, o której można napisać dwa słowa w lecie. On się już domaga analizy. I nie tylko jako zjawisko. Są już teksty, o których wypadałoby mówić. No ale trzeba je najpierw przeczytać. A na to zdaje się nikt nie ma czasu. I nie mam tego za złe. Tylko po co się wówczas w ogóle odzywać?

Mówią, że musi minąć 25 lat, aby w kraju, który odzyskał wolność, mogła powstać prawdziwa, pisana nie na zamówienie polityczne, literatura kryminalna. No to wypada poczekać, robić przecież nic nie warto. Łatwiej wszak wypomnieć nam niską frekwencję na niektórych spotkaniach autorskich czy nieciekawe panele. Z zawiści? Z powodu własnych interesów wydawniczych czy dziennikarskich? Nie, najczęściej z niekompetencji i niechlujstwa. Przecież ci sami ludzie nie zrobili nic, żeby imprezę zapowiedzieć. Być może powinniśmy zrezygnować w gronie Stowarzyszenia z rozwijania idei Festiwalu. Słyszę głosy kolegów: powróćmy do pierwotnego założenia niszowej elitarnej Nagrody.

I przychylam się do tej opinii. Bo radziliśmy sobie całkiem nieźle bez pomocy, a walczyć z tymi, którzy nam przeszkadzają, nie musimy.