AGNIESZKA SARACYN: Pana najnowszy spektakl „Norymberga” bardzo dobrze wpisuje się w rzeczywistość pozaliteracką – rzeczywistość, w której cały czas słyszymy o lustracji, rozliczeniu z przeszłością.
WALDEMAR KRZYSTEK: Wykorzystałem okazję, można powiedzieć wspaniały zbieg okoliczności. Po pierwsze, Wojciech Tomczyk w zeszłym roku napisał mądrą i ważną sztukę. Po drugie, w tym roku można było ją bez żadnych ograniczeń czy ingerencji zrealizować, nawet nie oglądając się na tzw. poprawność polityczną. W programie do przedstawienia napisałem, że w „Norymberdze” spotykam się ze swoim dawnym, dobrym znajomym, najstarszym z moich filmowych ubeków. W latach 50. z psychopatycznym uporem tropił on żołnierza AK w „Zawieszeniu” (1986). Potem pojawił się w „Ostatnim promie” (1989) i w „Zwolnionych z życia” (1992), gdzie ironicznie i złowieszczo śmiał się ze zwycięskiej „Solidarności”, a jego radziecki kolega z „Balu błaznów” (1995) już wtedy bardzo dobrze wiedział, jak uratować socjalistyczną ojczyznę spod ruin walącego się socjalizmu. W „Norymberdze” mój ubek jest już emerytowanym, dobrze sytuowanym panem, w świetnej formie intelektualnej, posiadającym ciągle olbrzymi wpływ na naszą rzeczywistość.

Pułkownik Kołodziej (rewelacyjna kreacja Janusza Gajosa) potrafi nie tylko zręcznie manipulować swoją nową ofiarą – młodą dziennikarką Hanką (Dominika Ostałowska), ale również załatwić jej stypendium zagraniczne, o które ubiegają się tysiące początkujących dziennikarzy...
Tak. Oni wciąż potrafią wiele, bo dużo wiedzą. O ludziach. Wiedzą o nich to, o czym my nie mamy pojęcia. I o co czasami aż strach pytać… To, że teraz żyjemy w wolnej Polsce, zawdzięczamy ludziom, którzy dla wolności i prawdy pokonali strach o życie własne i najbliższych. I trzeba o tym pamiętać, a nie ze znudzeniem machać ręką na zbrodniarzy, bo „ileż można w kółko mówić o tych esbekach i kogo to dzisiaj obchodzi…?” Obchodzi! Nie możemy odcinać się od historii, udawać, że już nie poznajemy na ulicy bohaterów, że nie odróżniamy ich od kanalii. Nie możemy dzisiaj grać komedii pomyłek, że zapomnieliśmy, że nie wiedzieliśmy, że sprawy się przedawniły, nie możemy – ponieważ cały czas jest obecna w naszym świecie tamta przeszłość, cały czas są wśród nas Kołodzieje.

Porozmawiajmy o głównym bohaterze. Jest to postać nad wyraz intrygująca. Uznany przez społeczeństwo za patriotę, wyznaje młodej dziennikarce popełnione przez siebie PRL-owskie zbrodnie. Namawia ją do złożenia donosu i wręcz nie może doczekać się kary, jaka ma na niego spaść. Jednak czy ta jego wielka chęć przyznania się do winy nie jest tylko jedną z wielu masek, które Kołodziej zakłada?
Już tworząc ten spektakl, podejrzewaliśmy, że dla niektórych „spowiedź” pułkownika będzie stanowiła wyłącznie wyraz szczerego przyznania się do win. Ale nie możemy zapominać, że Kołodziej – komunistyczny agent, donosiciel i kanalia – jest świetnym manipulatorem i inteligentnym, gotowym na wszystko człowiekiem. W związku z tym ta chęć ekspiacji może być pozą i, jak pani powiedziała, maską, bo tak naprawdę to on się obawia, że za moment będzie miał procesy. Dlatego tę sprawę zamyka za pomocą domniemanej śmierci, bo jego zabójstwo również może być pozorowane. Nie mamy pewności, czy bohater nie wyjechał do Australii, do syna. Bardzo bym się cieszył, gdyby widzowie również w ten sposób interpretowali mój spektakl.

Dla mnie relacja żony pułkownika, która mówi o śmierci Kołodzieja na polowaniu, nie była wiarygodna. Patrząc na jego przeszłość,można dojść do wniosku, że przeżył swoją drugą śmierć (pierwsza nastąpiła w PRL-u, kiedy torturowany w więzieniu młody Kołodziej zgodził się na współpracę z wrogiem) i na wzór Mickiewiczowskiego „Umarł Gustaw, narodził się Konrad” – narodził się Kołodziej 3...
Otóż to. Dawni anonimowi oprawcy znikają, wyparowują z ludzkiej pamięci, gdzieś się rozpłynęli, nie wiadomo, czy żyją. A potem pojawiają się w zupełnie nowym miejscu jako uroczy sąsiedzi, żyją wygodnie, mają wysokie emerytury, w obliczu prawa są nienaruszalni. Natomiast ich ofiary leżą w grobie lub schorowane wegetują w nędzy. I gdzie tu sprawiedliwość? Każda zbrodnia musi zostać ukarana. Ale już tak jest, że najbardziej odrażające są dla nas morderstwa popełnione na ludziach wspaniałych, bohaterskich, szlachetnych. Są to sprawy tak straszne, okrutne, cierpienia ludzi tak przejmujące zgrozą, że siedząc w fotelu w ciepłych kapciach, wielu ludzi odwraca się, nie chce wiedzieć, nie chce pamiętać. Jeśli nakryjemy głowę kocem i żeby sobie nie mącić zabawy, puścimy płazem te wszystkie zbrodnie, to łeb hydry odrośnie szybciej, niż nam się wydaje.

Ale czy to nie zbyt duży patos, że pułkownik żąda dla siebie wielkiego procesu norymberskiego?

Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że nie wiemy, czy Kołodziej mówi prawdę, to musimy jego prośbę potraktować z przymrużeniem oka. Taka Norymberga powinna się odbyć dla każdego, kto pozwalał na mniejsze lub większe zbrodnie. Oczywiście nie żądam zemsty, mówię tylko: „Zróbmy proces!”. Zdaję sobie sprawę z tego, że ten spektakl może być dla wielu wstrząsem. „Norymberga” kwestionuje schematy i banały, odkrywa karty z naszej przeszłości i wystawia jej momentami okrutną ocenę. Ale opłaca się, bo odrzucenie i lekceważenie nauk historii pozwala co prawda przez chwilę czuć się beztrosko i bezpiecznie, ale tylko przez chwilę. Ignorancja, również ta historyczna, często uszczęśliwia, ale jednocześnie czyni z nas bezbronnych głupków.