MARTA WĘGIEL: "Historia pewnej podróży", płyta poświęcona Markowi Grechucie, ukazała się zaledwie dwa miesiące po śmierci artysty.
GRZEGORZ TURNAU: Gdy zobaczyłem Marka Grechutę po raz pierwszy na estradzie, pojąłem, że on żyje w przestrzeni piękniejszej od wszystkiego, co mogłoby mnie spotkać w życiu. Dlatego od dawna chciałem zmierzyć się z jego piosenkami. Wciąż jednak nie wiedziałem, czy już do tego dojrzałem, czy mam wystarczającą ilość energii i śmiałości. Mijający rok był rodzajem sprawdzianu, bo najpierw z młodymi aktorami z Łodzi zrobiłem egzamin z piosenek Marka Grechuty "Śpiewające obrazy", potem był koncert w Opolu. I po tym koncercie pomyślałem, że to już chyba ten moment. Pomyślałem, że warto sprawdzić, co dzisiaj dla mnie znaczą te same słowa, te same melodie.

Ile wobec tego jest Turnaua w Grechucie, a ile Grechuty w tobie?
Grechuty we mnie zawsze będzie i zawsze było dużo. Ale pomyślałem, że robienie płyty z piosenkami ukochanego artysty poprzez ich kopiowanie nie miałoby sensu. Te piosenki złożyłem od nowa. Utwory są autorstwa Marka Grechuty i innych poetów, ale sposób ich interpretacji jest mój. Mój i mojego zespołu, bo tu chciałem podkreślić rolę, jaką przy tej płycie odegrali muzycy. To nie jest płyta aranżowana w sposób klasyczny, dużo improwizowaliśmy, naradzaliśmy się i bardzo wiele muzycy wnieśli do tego nagrania.

W ten sposób w Piwnicy pod Baranami powstawało wiele genialnych zupełnie utworów. Przyjście do Piwnicy pod Baranami było chyba decydującym momentem w twoim życiu?
Myślę, że momentem, w którym uwierzyłem w sens robienia tego, co mnie fascynuje: zamieniania wierszy w piosenkę, pisania swoich własnych tekstów i potem prezentowania tego ludziom, było spotkanie z Maciejem Słomczyńskim. On był autorem przekładu młodzieńczych wierszy Joyce’a, a ja do tego cyklu napisałem muzykę. Kaseta trafiła w jego ręce i wezwał mnie na audiencję, ale nie mówiliśmy o muzyce i wierszach. Opowiadał mi o świecie, o literaturze, o swoich doświadczeniach związanych z pracą tłumacza. Właściwie zaprosił mnie na wykład na temat tego, czym jest samotnicza praca człowieka wykonującego wolny zawód i skazanego na siebie – zarówno w przypadku sukcesu, jak i klęski. I to mnie podbudowało, wiedziałem, że to jest rodzaj wyzwania.

A czy nie masz poczucia, że tacy mentorzy jak Słomczyński lub inni doświadczeni artyści nie ograniczyli cię w jakiś sposób?
Nie. Przyszedłem już dość konkretny, przyniosłem swoje piosenki i przekonanie, że chcę tak, a nie inaczej komunikować się z widownią. I dzięki temu Piotr Skrzynecki i inni artyści zaczęli mnie traktować od razu jak partnera. Oczywiście, Piotr sugerował, że coś mu się podoba bardziej, a coś mniej, ale to zawsze miało element twórczy. Starałem się nie śpiewać w kółko tych samych piosenek, zacząłem też pisać dla innych, grać recitale poza kabaretami... Piotr je zapowiadał, coraz więcej ludzi zaczęło przychodzić. Ograniczanie byłoby wtedy, gdybym miał poczucie niemożliwości wychodzenia poza Piwnicę. Zawsze wychodziłem i zawsze wracałem. I tak jest do dzisiaj, bo choć od dziesięciu lat już nie współtworzę kabaretu, to wracam raz, dwa razy do roku, by wspomnieć Piotra, żeby się spotkać. Nigdy się z nikim nie pokłóciłem, nie trzasnąłem drzwiami. Wyszedłem jak zawsze na własną odpowiedzialność.

Po śmierci Skrzyneckiego stwierdziłeś, że Piwnica się skończyła...
Dziś bym tak nie powiedział. To było stwierdzenie radykalne, podyktowane emocjami. Bo cóż po Piotrze zostało? On wszystko uruchamiał, był spiritus movens, ale materialnej twórczości nie pozostawił. Wydawało mi się wtedy, że jego życiu trzeba pozwolić się zamknąć, wyraźnie powiedzieć, że od tego dnia Piwnica jest inna, zamykamy tamtą, otwieramy nową. Ale tu zadziałała pewna zachowawczość. Piotra zabrakło i staliśmy się sierotami. Wtedy mieliśmy różne spojrzenia na to, co powinno się stać.

Masz poczucie artystycznego spełnienia? Sukcesu?
Dla mnie sukces to poczucie spełnienia. Nie tylko moje, ale i ludzi, którzy ze mną żyją i pracują. Sukces jest, jeżeli po jakimś udanym przedsięwzięciu można zobaczyć uśmiechniętą twarz córki, żony, mamy czy najbliższego współpracownika. To nie może się dziać tylko dla mnie. Wiem, że żyć ze mną nie jest łatwo, zbyt często myślę o sobie i o tym, co mam do zrobienia, a często zbyt mało o tym, czego potrzebują najbliżsi. Ale wciąż mam przekonanie, że jeżeli uda mi się coś dobrego zrobić, to oni też będą zadowoleni. Jednak jeżeli tylko ja mam uczucie, że zrobiłem coś fantastycznego, to znaczy, że ze mną jest coś nie tak.

Sądząc po wynikach sprzedaży twoich płyt, udaje ci się zrobić coś dobrego. Czy po nagraniu "Historii pewnej podróży" zacząłeś pracę nad kolejnym albumem?
Jestem teraz w takim wieku przejściowym, nie wiem właściwie, co ze mnie wyrośnie. Już chłopcem nie jestem, jeszcze się nie czuję stary, w pełni dojrzały. Przepoczwarzam się teraz. I to nie jest okres specjalnie wesoły. Wiem, że warto go przeżywać bardzo intensywnie i dużo pracować, bo potem coś z tego zostanie na następny etap. Przez ostatnich pięć lat pracowałem bardzo intensywnie, nagrałem sześć płyt, w tym dwie poświęcone twórczości moich ukochanych artystów - Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, a teraz Marka Grechuty. To wyczerpało mój potencjał do reinterpretowania twórczości innych ludzi. Następna płyta będzie autorska. Do niej jest potrzebny dystans i spokój. Chciałbym, by zawierała to, co ze mnie zostało, i to, co jeszcze do mnie przyjdzie.