W rolach głównych zobaczymy Agnieszkę Grochowską i Łukasza Simlata. Reżyser postawił sobie dość trudne i ryzykowne zadanie: zamierza pokazać Polskę jako wspaniały, rozwijający się kraj europejski.

Joanna Kijowska: Kiedyś powiedział pan, że bycie operatorem jest bardzo wygodne i bezpieczne, chociażby z tego powodu, że o operatorze nie piszą bulwarowe gazety. Dlaczego wobec tego wziął się pan za reżyserię i tym samym zrezygnował z tej komfortowej sytuacji?
Janusz Kamiński: Pewne sprawy są zdecydowanie ważniejsze niż moja wygoda. Oczywiście tak jak większość filmowców i ja również nie lubię być krytykowany. Ale nie mam ochoty się na tym skupiać. Zdecydowanie wolę robić coś ciekawszego. A ten film jest właśnie taką rzeczą. Nie ukrywam, że jest on dla mnie bardzo ważny. Opowiada również w pewnym stopniu o mnie. Myślę, e stanie się też ważny dla wielu małżeństw... Scenariusz „Hani” to historia młodego polskiego nowoczesnego małżeństwa, które znalazło się w trudnym momencie, można nawet powiedzieć, że przeżywa kryzys.

Kim jest tytułowa „Hania”?
Nie powiem. To sekret. Nie chcę zdradzać, bo nie będę fair wobec widzów. A chcę, żeby widzowie poczuli się zaskoczeni.

Wiem od kilku osób, które czytały scenariusz „Hani”, że szykuje się bardzo wzruszający film, wręcz wyciskacz łez?
Przyznaję, że czytając scenariusz, kilka razy się popłakałem. Jednak mogę zagwarantować, że w tym filmie nie brakuje również humoru. Chcę, żeby ten film działał na emocje i by widzowie odnaleźli w tych bohaterach siebie. To film o odpowiedzialności, dojrzałości do tego, by założyć rodzinę, o znaczeniu małżeństwa i oczywiście o miłości.

Czy uda się panu dostatecznie skupić na pracy reżyserskiej, skoro ma pan jeszcze na głowie zdjęcia do tego filmu?
Nie jestem sam. Zaangażowałem Arkadiusza Tomiaka, doskonałego polskiego operatora, pracuję ze wspaniałymi, również polskimi oświetlaczami. Czuję, że na tym planie filmowym dzieje się coś bardzo pozytywnego, że każdemu zależy na tym, by powstało coś ciekawego. Poza tym to nie jest skomplikowany film pod względem liczby bohaterów i miejsc. Mam wrażenie, że panuję nad wszystkim i trzymam rękę na pulsie.

W głównej roli obsadził pan Agnieszkę Grochowską. Czy to dlatego, że widział pan „Warszawę” Dariusza Gajewskiego właśnie z nią w roli głównej?
Niestety nie widziałem tego filmu. Zresztą mam spore zaległości, jeśli chodzi o polskie fabuły. Jeśli zaś chodzi o Agnieszkę, zobaczyłem jeden teatr telewizji z jej udziałem i kilka krótkich fragmentów filmów. Podobnie było z Łukaszem Simlatem. Agnieszka i Łukasz wydali mi się najodpowiedniejsi do tych ról. Zresztą po kilku dniach zdjęciowych zrozumiałem, że oni weszli w swoje role, grają tak, jakby byli małżeństwem z kilkuletnim stażem.

Do kogo kieruje pan swój film?
Na pewno nie będzie on dotyczył nastolatków. Natomiast ludzie powyżej 20. roku życia, którzy zastanawiają się nad swoją przyszłością, myślą o swojej dorosłości, znajdą w nim coś dla siebie.

Zdjęcia realizowane są w Warszawie. Jaką Warszawę chce pan pokazać w swoim filmie?
Ładną, bo mnie Warszawa wydaje się ładna. Również zimą. Chcę pokazać to miasto także nocą. Mój film tak jak Warszawa ma w sobie sporo magii i czegoś niesamowitego. Uwielbiam plac Trzech Krzyży i na pewno „zagra” w moim filmie.

Słynie pan z tego, że promuje pan w Hollywood Polskę i Polaków. Czy „Hania” to film, który również będzie pozytywnie wpływał na wizerunek naszego kraju?
Jak najbardziej. Chcę pokazać Polskę jako nowoczesny, prężny, rozwijający się kraj, w którym żyją Europejczycy. Wychowałem się w tym kraju i mimo że nie mieszkam tu od 25 lat, ostatnio bywam dość regularnie i widzę zmiany, z których się bardzo cieszę.

I dlatego zdecydował się pan na pracę w Polsce?
Najbardziej inspiruje mnie życie i to, co się dzieje dookoła mnie. Wielu ludzi mnie o to pyta, dlaczego zdecydowałem się robić film w Polsce. A ja im odpowiadam: bo przeczytałem świetny scenariusz rozgrywający się w Polsce i nie wyobrażałem sobie, że mógłbym go zrealizować w jakimś innym miejscu na ziemi. Poza tym mam wrażenie, że w polskim kinie jest strasznie dużo beznadziejności, rzeczywistość pokazywana jest w niemal samych czarnych barwach.

Co się zmieniło w Polsce, że zagraniczni twórcy decydują się właśnie tutaj reżyserować swoje filmy?
Polska nie różni się niczym od europejskich krajów. Przy tym jest tu zdecydowanie taniej.

Czy reżyserii uczył się pan od Stevena Spielberga?
To nie jest takie proste i oczywiste. Samo przypatrywanie się czyjejś pracy nie gwarantuje zawodowego sukcesu. Nie sądzę, że nauczyłbym się grać na pianinie, przyglądając się jedynie, jak to robi zawodowy pianista. Od Stevena nauczyłem się przede wszystkim uprzejmości i delikatności w stosunku do aktorów. Podzielam jego zdanie, że to właśnie aktorzy są głównymi twórcami filmu. A reżyser? To bardzo samotny zawód. Do tej pory mam na koncie tylko jeden wyreżyserowany film. Realizując go, czułem się właśnie bardzo samotnie. Obawiałem się, że tak będzie i tym razem. Jednak towarzyszy mi Julek Machulski, który jest producentem mojego filmu. To komfortowa sytuacja, bo on dba o wszystko, co jest związane z techniczną stroną filmu i jednocześnie dzieli się ze mną swoim reżyserskim doświadczeniem. On jest po prostu świetnym fachowcem.

Kilka lat temu wyreżyserował pan teledysk zespołowi Myslovitz. Czy tamta praca była wprawką do tego, by zrealizować w Polsce pełnometrażowy film fabularny?
Co do Myslovitz, to lubię bardzo ich muzykę i w moim filmie będzie kilka piosenek tego zespołu. Gdy robiłem ten teledysk, już wiedziałem, że będę robić fabułę w Polsce. Nie planowałem tylko, kiedy to będzie. Już mniej więcej 6 lat temu miałem scenariusz „Hani” autorstwa Andrzeja Gołdy w rękach. Miałem bardzo dużo zobowiązań. Zresztą jako operator bardzo dużo pracuję. Dopiero w tym roku zdecydowałem się poświęcić czas na bycie artystą: niedawno, bo pod koniec września skończyłem zdjęcia do francuskiego filmu Juliana Schnabela zatytułowanego „Le Scaphandre et le papillon”, opowieści o edytorze pisma „Elle”, który został sparaliżowany i porozumiewał się z otoczeniem za pomocą mrugnięcia okiem. To będzie artystyczne kino. Niemal od razu z Francji przyjechałem do Polski i skończyłem przygotowania do „Hani”. Wcześniej już miałem wybrane miejsca akcji i mniej więcej moja praca była zaplanowana.

Z tego, co pan mówi, wynika, że pracę w Hollywood traktuje pan jako formę zarabiania pieniędzy, zaś w Europie zamienia się pan w artystę pracującego przy niskobudżetowych ambitnych produkcjach. Zgadza się?
Nie, nie. Nic takiego nie powiedziałem. Przecież „Monachium” Spielberga jest bardzo dobrym, również artystycznym kinem. Nawet w „Wojnie światów” udało się nam, twórcom, być artystami... Mam ten luksus, że mogę wybierać filmy, przy których chcę pracować i wydaje mi się, że szerokim łukiem omijam nic niewarte produkcje. Zresztą nie robiłbym filmów, gdyby zależało mi tylko na pieniądzach. To byłoby zupełnie bez sensu. Jeśli chciałbym zarobić szybkie pieniądze, częściej zatrudniałbym się przy reklamach.

Jest pan członkiem Akademii Filmowej i dwukrotnym laureatem Oscara za zdjęcia do filmów. Myśli pan o tym, by zostać właścicielem złotej statuetki za reżyserię?
To się nigdy nie stanie, bo mam zamiar reżyserować malutkie, kameralne filmy opowiadające o tym, co mnie obchodzi. Jestem operatorem filmów oglądanych na całym świecie przez miliony ludzi, i to mi w zupełności wystarcza. A reżyseria... Chcę to robić raz na kilka lat dla własnej przyjemności i satysfakcji. W tej chwili pracuję za darmo. Dostaję tylko tak zwane diety i mam opłacony hotel. Robię „Hanię” z miłości.