To nie jest dzień dla ludzi samotnych, chłopcze, ludzie samotni źle znoszą, że tak powiem, okoliczności świąteczne, a już zwłaszcza Wigilię, Wigilia Bożego Narodzenia to dzień, którego samotni ludzie boją się najbardziej, już u zarania grudnia człowiek samotny zaczyna wyczuwać lekki ucisk w sercu, który potem przez dwadzieścia cztery kolejne dni się nasila, bo choćby się nie wiem jak bardzo czas próbowało spowolnić, choćby się człowiek z miejsca nie ruszał, ona nadchodzi, ta wigilijna noc, ziemia drżeć zaczyna od reklam, one idą, te święta, i wiadomo, że trzeba je jakoś będzie spędzić, choć wolałoby się je przepędzić na cztery wiatry, wiadomo, że trzeba będzie je jakoś znieść, choć wolałoby się, żeby je zniesiono (ja już raz Wigilię przeżyłem w kraju, gdzie święta zniesiono, ale o tym ci jeszcze opowiem, chłopcze, ja to zawsze opowiadałem w czas wigilijny, kiedy jeszcze miałem komu). Dobrze, że ja już z domu nie mam sił wychodzić, bo przecie teraz w sklepach kolędy dekoracje choinki od listopada, dzień w dzień, jakżebym ja to wytrzymał, gdyby mi na każdym kroku przypominano, że najsmutniejszy dzień roku już się zbliża, jakżebym wytrzymał, gdyby mnie bombardowali na ulicach informacjami o smutku, w którym się niebawem pogrążę, gdyby mi rozdawali ulotki z gwiazdą dzieciątkiem mikołajem, z których odczytywałbym: „Już za momencik nadejdzie ten koszmarny wieczór, kiedy będziesz się karmił żalem, żal będziesz sączył razem z barszczem, żal ci stanie ością w gardle, żalem się będziesz dzielił ze sobą samym”. Bo jeśli nawet człowiek się pogodzi z tym, że każdego roku sam sobie kupuje prezent urodzinowy, jeśli przywyknie do tego, że sam sobie składa życzenia noworoczne, to jednak łamać się sam ze sobą opłatkiem nie potrafi, to jest ta najbardziej przykra chwila, chłopcze, bo choć tych wigilii tyle było różnych, a nie zawsze to były czasy przyjemne, to jednak żal, że wszystko już ma się za sobą, i to złe, i to dobre, że wszyscy ci, którzy nam przysparzali radości i nawet ci, którzy wyrządzali nam krzywdę, wszyscy już oni pomarli powyjeżdżali, nie ma nikogo, a powiem ci chłopcze, przeżyłem ja już niejedno; i kiedy sobie wspominam, że tak powiem, takie chwile, o których wtedy myślałem, że to jest piekło, teraz czuję, że prawdziwe piekło jest piekłem zapomnienia, kiedy człowiek jeszcze żyje, ale już niczego nie przeżywa, bo wszystko i wszystkich już przeżył, powiem ci chłopcze, że gdybym wtedy, kiedy śmierć była na wyciągnięcie ręki, wiedział, że cała ta moja wola przetrwania, ta chęć życia, że wszystko to pozwoli mi się uratować tylko po to, żebym teraz, po tylu latach siedział tu i gnił w samotności, i nikogo już nie będzie, pies z kulawą nogą nie przyjdzie... przez tyle lat… ech…

Taką na przykład wigilię pamiętam, ja to zawsze opowiadałem, kiedy przychodziły święta, to i tobie opowiem, to jest prawdopodobnie tak zwana opowieść mojego życia, starzy ludzie tak mają, że coraz mniej pamiętają, coraz częściej opowiadają te same historie, aż wreszcie zostaje im w pamięci tylko tak zwana opowieść życia, wtedy przy okazjach uroczystych nie zważają na przestrogi: „Tato, tylko niech tata nie zaczyna znowu tej historii”, „Nie przy dzieciach” (znaczy, wnukach), „Nie przy stole” (znaczy, świątecznym), ale starzy ludzie, choć bardzo chcieliby opowiedzieć coś ciekawego, choć chcieliby otoczyć się wiankiem wnucząt i siedząc w głębokim fotelu snuć inne historie, pamiętają już tylko tę jedną, ostatnią, opowieść swojego życia, i tak się chłopcze składa, że moja opowieść życia jest opowieścią wigilijną. Wiesz chłopcze, ja się tam nie nawojowałem wiele, jakoś źle mi mundur dopasowali, od razu kopniak na drogę i ostfront, to ja wolałem przy pierwszej sposobności na stronie braci Słowian naszych wschodnich tłumaczyć, żem siłą wcielony, no to wysłali nas w paczce z deszczu pod rynnę, bo takich cwaniaków było więcej, na jeszcze dalsze wschody i przesiedziałem trochę w niewoli, a to już mówiło się od początku wojny, że niewola u ruskich gorsza niż śmierć. Tam się przeróżne podłości działy, ja tego nawet nie chcę wspominać teraz, no ale pamiętam, że jak przyszła Wigilia, to każdy jakoś tak chciał odświętnie, każdy coś tam sobie przechomikował na tę okazję, razem byliśmy, było sobie czego życzyć, było się z kim dzielić, jakieś tam suchary, co kto miał, i nagle wpada do celi pan liejtnant, widać, że spirytu dobrze nie rozcieńczył, bo ledwo co stoi i macha naganem, my wszyscy na baczność w strachu, a on się przygląda, akurat mnie sobie upatrzył i pyta, i trąca mnie lufą w nos: co to za święto, czy my obchodzimy święto i jak ono się nazywa, a ja miałem taką zasadę i ona się wtedy zawsze sprawdzała, że kiedy wiesz, że każda odpowiedź jest niedobra, a milczenie jeszcze gorsze, mów prawdę, jeśli od tego ma zależeć twoje życie, nie kłam, przyłapanego na kłamstwie ubiją cię jak psa, przyłapany na prawdzie zginiesz przynajmniej z godnością, no więc ja mu mówię, że jest wigilia Bożego Narodzenia, on parska śmiechem i dopytuje, że co, że niby jutro się Bóg urodzi, i zanim ja mu zdążyłem coś odpowiedzieć, on już prycha, pluje we mnie rechotem zaślinionym, zanosi się śmiechem i ledwie mówi: jakże Bóg się może urodzić, kiedy już umarł, tak mówi i rechocze, czy my, zacofane bydło, nie wiemy, że Bóg umarł, gazet nie czytamy, informacji świeżych nie znamy, śmieje się i macha naganem, a ja tylko się boję, żeby przypadkiem nie wystrzelił, bo odbezpieczony, już raz tak było, chodziły po barakach opowieści, że przypadkiem wystrzelił komuś tam i zranił jeńca, i jak już tak zranił, zawstydził się i postanowił dokończyć dzieła, potem więc już zupełnie nieprzypadkowo dobił rannego, chociaż tamten tylko miał okaleczoną nogę, wyszedłby z tego, ale tu chodziło o pokazanie, że na ruskiej ziemi nawet w kacecie nie przypadek rządzi, lecz władza radziecka; tak że ten mój się zanosi śmiechem, zatacza i nagle poważnieje, staje przede mną i mówi: no, jak dzisiaj święto, to musi być uroczysta wieczerza, prawda? I dalej mówi, że zaprasza, serdecznie zaprasza na ucztę, i już wypycha nas z celi, pcha nas przed sobą, do tego swojego pokoju, tam już kilku innych mundurowych dogorywa przy resztce pieśni, pokotem twarzami na stole, widać, że ten liejtnant najsilniejszą głowę miał, z całego parszywego towarzystwa sam się ostał na nogach; Boże, czego oni tam na stole nie mieli, w tydzień by psiekrwie nie zeżarli, ale już żaden do jedzenia nie był zdolen, zapili w nieprzytomność, pamiętam, że jeden kątem spał na podłodze w rzygowinach, które kura dziobała, żywa kura, skąd ją tam oni mieli, po co im była, czort wie, ja tę dziwność zapamiętałem, inny tylko łeb podniósł, spojrzał na nas nieprzytomnie i opadł pyskiem na talerz, no więc ustawia nas liejtnant, pokazuje na stół, mówi: „Tu u nas dzisiaj też uroczystość, widzicie, pięćdziesiąt lat temu matka mnie powiła, ot zbieżność taka, mam z waszym Bogiem urodziny w ten sam dzień”, my niby słuchamy, ale nam żołądki myśli zagłuszają, jakeśmy nosem i oczami zaznali jedzenia w obfitości pańskiego stołu, to nam wszystkim flaki pokręciło, koncert się rozległ nagle na cztery puste brzuchy, cóż to była za muzyka, chłopcze, prawdziwy kwartet kiszkowy, człowiek był odwykł od takich bodźców na diecie głodowej, nagle te nasze żołądki, co to już same się zżerać zaczęły, poczuły żer i zaczęły nam grać fortissimo, tutti, aż major zaczął się krztusić śmiechem, odpluwał i rechotał na cale gardło, popłakał się ze śmiechu, żeśmy mu tak ładnie we czworo brzuchomówców zagrali na jubileusz, aż w końcu opadł z sił, odłożył pistolet, rozpiął pas, zdjął gacie, rozejrzał się, jakby czegoś szukał i nagle wyciągnął nocnik, pstryknął palcem, aż zadzwoniło i z dumą obwieścił, że zdobyczny, hrabiowski, jak polskich panów palili w ’39 roku, to wziął na pamiątkę, znów zarechotał i usiadł na tym nocniku, widać, że wszystek napięcie z niego uszło, i tak rozluźniony, jak wcześniej rozeźlony się zdawał, sra w najlepsze i gada do nas: „Toście mnie ubawili, gnojki, toście mnie ubawili” i potem (najważniejsze): „Brać ze stołu, ile wlezie i won do celi, póki na tronie siedzę!” (to my jak na komendę), a co się głośniej zaśmieje, to pierdnie, co go jeszcze bardziej rozśmiesza, to pierdzenie ze śmiechu w nocnik (a my wszystko zgarniamy upychamy po kieszeniach, co kto może unieść ziemniaki kurczaki śledzie), wszystko bierzemy i bieżymy co tchu do baraku. I grzesznieśmy zapomnieli o tym dniu postnym, nikt nie myślał, żeby zostawić coś na później, chłopcze, kiedy mogło nie być żadnego później; dlatego nie mogłem nigdy zrozumieć ludzi, którzy mieli w zwyczaju odkładać wszystko na jutro, pewność jutra to jest jednak wielki komfort, chłopcze, ja na ten przykład wiem, że jutro będzie Wigilia i cieszę, się, żeś ty do mnie tu przyszedł, ale ja od czasu wojny nie mam pewności, czy jutro będzie także dla mnie, czy jutro będę, od czasu wojny jutro to jest dla mnie bardzo daleki termin, i bardzo niebezpieczne słowo, mogę ci więc obiecać, że jeśli do jutra będę, to zejdę do was, chłopcze mój drogi, i zasiądę z wami do stołu, po raz pierwszy od piętnastu, czekaj… nie, pierwszy raz od siedemnastu lat zasiądę do stołu z żywymi ludźmi, ech…

A kiedy potem wracałem, jak się wojna skończyła, nie tak od razu, jeszcze się musiało skończyć, że tak powiem, powojnie, no więc po tym powojniu, ile to będzie, ze dwa tysiące kilometrów, czasem jakaś okazja się przydarzyła, ale większość pieszo, jak ten powsinoga, pół roku do domu wracałem, chłopcze, i wyobraź sobie: żeby mieć z czego żreć, żeby mieć w czym upichcić co w polu, nocnik, taki sam nocnik, jak ten liejtnantowy, znalazłem gdzieś w ruinie we wsi wypalonej, cóżby któżby nocnik we wsi, więc może ten sam, może stacjonowali tam, i zgubił w popłochu albo wyrzucił z nudów, a ja z tym nocnikiem jak z menażką u pasa, pół roku, szło się i z niego herbatę nalewało, i w nim zupy gotowało; kiedy doszedłem do domu, anim ja dzieci nie poznał, ani one mnie, do matki pobiegły, że jakiś straszny pan na podwórze przyszedł i jabłkami częstuje pewnie zatrute, a ja tyle, com zebrał w dzikim sadzie do worka, żeby z pustymi rękami nie przyjść, ech… widzisz chłopcze, taka jest moja opowieść wigilijna…

Teraz tęskni się i do takich chwil, bo to każda wilija miała jakąś historię, póki rodzina była, bez rodziny człowiek wysycha, dzień od dnia niczym się nie różni, tylko w te święta żal silniejszy, ty mnie, chłopcze o moje dzieci nie pytaj, żyją za morzem kartki przysyłają, a często tak sobie przypomną dopiero przed samym Bożym Narodzeniem (zwłaszcza syn, bo córka to nawet dzwoniła, póki telefon miałem, teraz ni mom, odłączyłem, co będę rachunek płacił, jak nie ma z kim pogadać, raz, dwa razy do roku to się, chłopcze, nie kalkuluje) i zanim taka kartka dojdzie przez te wszystkie przerwy przecież poczta nie pracuje w dni świąteczne, to nieraz i na Trzech Króli jeszcze nie dostanę, a zawsze to samo, zdrowych spokojnych wesołych życzą, daliby sobie spokój, zdrowie już było i się nie wróci, a co mi po spokoju kiedy już nic nie cieszy, spokój zawsze przychodzi poniewczasie, oni mi życzą świąt spokojnych, a ja od siedemnastu lat rok w rok siedzę w tej norze i marzę, żeby mnie ktoś zaniepokoił, żeby te święte dni czymś się wyróżniły, tak że to dla mnie jest cud prawdziwy, chłopcze, tyle, coście się wprowadzili, ja na was z okna popatrywałem, czasem w korytarzu nasłuchiwałem, że wy jakoś tak wyglądacie i mówicie do siebie życzliwie, chłopcze, to jest cud dla mnie wielki, tu nikt nigdy nie pomyślał, co ja sam stary dziad mogę robić w czas tej wieczerzy wigilijnej, oni sobie winszowali przy karpiu, na wszystkich piętrach, wolne miejsca przy stole zostawiali, a mnie nawet kolęda przez gardło przejść nie chciała, com tylko sobie z cicha zaczął, tak przy stroiku i świeczce, jak to się drzewiej śpiewało, to mnie od razu na płacz brało, to już żal nad żale samemu do siebie lulajże śpiewać, to już król wszystkich żalów przypominać sobie te głosy dawno pomarłe, z któremi się intonowało, a dziatwa podchwytywała, a były czasy, kiedy się nas i naścioro zbierało przy stole, były czasy, kiedy człowiek się człowiekiem na co dzień otaczał w liczbie mnogiej, i te wszystkie ludzkie mnogości dawno minione mnie się przypominają, rok w rok, kiedy próbuję z siebie wydusić „Lulajże…”, kiedy próbuję choć do „perełko” dośpiewać bez płaczu, ech… To nie jest dzień dla ludzi samotnych…