Ewelina Kustra: Powiedział pan kiedyś, że lubi być na planie nieprzygotowany, bo wtedy jest pan na krawędzi i czuje adrenalinę. Podobnie było przy pracy nad "Eragonem"?

Jeremy Irons: Tym razem miałem ułatwione zadanie, bo z Bromem, mentorem Eragona, którego gram, mamy w gruncie rzeczy wiele wspólnego. Nie żebym ujeżdżał smoki. Ale podobnie jak on nie lubię narzucania mi reguł, żyję po swojemu. Też jestem samotnikiem, najbardziej lubię własne towarzystwo, mało mówię. W książce Brom jest bajarzem, w filmie nie ma miejsca na tyle opowieści, więc Brom upodobnił się do mnie, kompletnego mruka.

Nigdy pan nie przesadził z tym nieprzygotowaniem?

Niestety, raz faktycznie przesadziłem. Było mi wstyd, że kompletnie nie przemyślałem swojej kwestii i potem wygłaszałem dyrdymały jak jakiś prostak. Ale nie zmusi mnie pani, abym się przyznał, w którym filmie.

"Eragon" to debiut reżyserski Stefena Fangmeiera. Nie bał się pan?

Już raz byłem w takim układzie. Courtney Solomon, reżyser "Lochów i smoków", też był debiutantem. No i nie oszukujmy się, w tym filmie zaprezentowałem się gorzej niż średnio. Więc to zrozumiałe, że i teraz się bałem. Potem okazało się, że niepotrzebnie, bo Stefen świetnie nami pokierował. Zdecydowałem się wystąpić w "Eragonie", bo byłem zafascynowany ideą robienia filmu na podstawie książki napisanej przez niespełna 15-latka. Trochę naiwnej, z całą pewnością sentymentalnej, jakby uproszczonej wersji widzenia świata.

Pełen wywiad z brytyjskim aktorem znajdziecie w najnowszej "Kulturze TV", bezpłatnym dodatku do DZIENNIKA.