Pośród wszystkich francuskich gwiazd Sophie Marceau wydaje się najbardziej... nasza. Może przez popołudnia spędzone na krakowskim rynku w towarzystwie byłego partnera Andrzeja Żuławskiego i synka Vincenta. Może dlatego, że ładnie mówi po polsku. A może dlatego, że zawsze wychwala pod niebiosa polską kulturę i... nianię.

Miała 13 lat, gdy stała się idolką francuskich nastolatków. Po debiucie w "Prywatce" Claude’a Pinoteau uznano, że Sophie jest najlepszym towarem eksportowym Francji. Prezydent Mitterrand woził ją jak maskotkę na oficjalne wizyty na najwyższym szczeblu. Zdaniem jego doradców młoda aktorka uosabiała wszystkie najlepsze francuskie cechy: urodę, zaradność, doskonałe maniery, więc zjednywała mu przychylność zagranicznych polityków.

Jednak zamiast prezydentowi, Sophie Marceau miliony nastoletnich wielbicieli zjednywała samej sobie. Była, jak oni, zbuntowana. Na konferencjach prasowych pojawiała się z przyklejonym do ust papierosem i klęła jak szewc. Idąc z wizytą do cesarza Japonii, ubrała się w podarte spodnie, pomiętą koszulę i wojskowe buty... Prezydent szybko podziękował jej za współpracę.

Mieszkanie w centrum Paryża kupiła sobie, gdy miała 15 lat. Zerwała kontakty z rodzicami, rzuciła szkołę i zamieszkała z wziętym z przytułku psem. Nie zrobiła matury, nie skończyła żadnej szkoły. Ale równocześnie za rolę w "Prywatce 2" otrzymała pierwszą w bogatej kolekcji nagrodę - Cezara dla najbardziej obiecującej aktorki.

"Nie marzyłam o aktorstwie. Chciałam się szybko uniezależnić od rodziców, więc szukałam pracy i znalazłam ją w filmie, który niespodziewanie odniósł sukces" - wspomina teraz .

A na pytanie, czy nie żałuje, że szkolną edukację zakończyła na dwa lata przed maturą, odpowiada: "I tak, i nie. Należę do samouków. O życiu nauczyłam się o wiele więcej, żyjąc, niż gdybym siedziała w szkole. Choć gdybym chodziła do niej dłużej, być może umiałabym formułować myśli bardziej precyzyjnie, miałabym lepszy warsztat pisarski. I może opanowałabym obsługę komputera, bo w tej dziedzinie jestem kompletnym laikiem".

Miała tylko 16 lat, kiedy związała się z mężczyzną starszym o 26 lat, w dodatku o opinii potwora. Andrzeja Żuławskiego zobaczyła po raz pierwszy w stołówce wytwórni filmowej Boulogne-Billancourt pod Paryżem. Wręczyła mu plik zeszytów pełnych swoich zapisków. Zachwyciły go. Zamieszkali razem. Młodziutka, piękna, utalentowana dziewczyna i dojrzały mężczyzna o despotycznym charakterze. Nikt nie wierzył, że ich związek przetrwa - może poza klanem Żuławskich.

"Przyjęto mnie bezkolizyjnie, ciepło, serdecznie. Oni wszyscy są niebywale wykształceni, podczas gdy ja pochodzę z rodziny o rodowodzie proletariackim, ale z miejsca zostałam <zaadoptowana>" mówi aktorka.

Ich związek zaowocował czterema filmami i synem Vincentem. Marceau nigdy nie kryła, że nie zawsze wspólne życie było sielanką: "Każde z nas jest uparte, chce postawić na swoim i mieć rację. Nieustannie kłóciliśmy się, szarpaliśmy i raniliśmy. Najczęściej o bzdury".

On często mówił o niej "moja żona", dlatego inni myśleli, że są małżeństwem, choć ślubu nigdy nie wzięli.

"Może przez tych kilkanaście lat brakowało nam czasu, a może po prostu o tym nie myśleliśmy. Chciałam z nim być, choćby dlatego, że... z nikim innym mi się tak dobrze nie spaceruje" - twierdzi Marceau. Miała 35 lat, gdy rozstali się definitywnie.