Po bolesnym rozstaniu z Woodym Allenem, swoim długoletnim partnerem i ulubionym reżyserem, na wiele lat zaszyła się w wiejskiej posiadłości w Connecticut. Uznawana przez krytykę za jedną z najlepszych aktorek w historii kina, nagle przestała grać w filmach i udzielać się w życiu towarzyskim. Całkowicie skupiła się na wychowywaniu dzieci, zaangażowała się również w pracę charytatywną na rzecz Afryki. Kiedyś powiedziała, że zastanawia się, czy po tym wszystkim, co przeszła (Woody Allen odszedł z Soon Yi Previn, jedną z jej córek adoptowanych w Wietnamie ), jeszcze kiedykolwiek będzie mogła grać. A jednak wróciła.

Joanna Handke: Prawie 10 lat nie było pani w kinie. Niektórzy podejrzewali nawet, że całkowicie zrezygnowała pani z aktorstwa. A tymczasem w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy na ekrany kin wchodzą dwa filmy z pani udziałem - "Omen" Johna Moore’a oraz "Artur i Minimki" Luca Bessona.
Musiałam trochę odpocząć. Aktorstwo wymaga dyspozycyjności, czasem znika się z domu na dobrych kilka lub kilkanaście tygodni. A ja wciąż miałam w domu sześcioro dzieci, niektóre z nich z poważnymi problemami zdrowotnymi. Z pełną świadomością postanowiłam, że ten czas swojego życia powinnam poświęcić tylko im. Dziś moje dzieci w większości są już pełnoletnie, wyprowadziły się z domu i założyły własne rodziny. Dlatego dopiero teraz mogłam sobie pozwolić na to, by spędzić dwa miesiące na planie filmowym. Wcześniej nie było na to żadnych szans.

Decyzja o całkowitym wycofaniu się na tak długo była trudna?
Dla mnie nie. Bardzo wcześnie zaczynałam karierę aktorską. Udało mi się zrealizować kilka ciekawych projektów, zagrać w paru dobrych filmach, współpracować z interesującymi ludźmi. Ale moje życie to nie tylko praca. To przede wszystkim dzieci, którym zawsze chciałam poświęcać jak najwięcej czasu. Nic nie jest i nie może być ważniejsze niż wychowywanie dzieci. Dlatego tak naprawdę byłam szczęśliwa, kiedy podjęłam tę decyzję.

Czy pani dzieci myślą o aktorstwie?

Chyba nie, ale któż to może wiedzieć?

A nie chciałaby pani, żeby któreś zrobiło karierę na planie filmowym?
Dla mnie aktorstwo zawsze było czymś cudownym, ale im życzyłabym życia, nad którym można mieć większą kontrolę. Miałam dużo szczęścia, szybko udało mi się przebić, a potem mogłam sama wybierać filmy, w których chciałam grać. Nie byłoby dobrze, gdyby ich przyszłość tak bardzo zależała od czegoś tak złudnego jak łut szczęścia. Oczywiście, jeśli któreś z nich naprawdę chciałoby grać w filmach, to wszystko, co teraz mówię, nie miałoby żadnego znaczenia. Nie stawałabym na drodze ich pragnień.

Co jest najtrudniejszą rzeczą, kiedy wychowuje się czternaścioro dzieci?

Proszę nie zapominać, że moje najstarsze "dziecko" ma 37 lat, a ja jestem już babcią czworga wnucząt. Bycie babcią to czysta przyjemność... Z własnymi dziećmi jest oczywiście inaczej. Dla mnie najtrudniejsze wydaje się nauczenie ich odpowiedzialności - w rodzinie, w społeczeństwie, w zwykłych kontaktach między ludźmi. Ale również odpowiedzialności wobec planety, na której żyją.

To pewnie dobrze się pani dogadywała z Lukiem Bessonem, który jest bardzo zaangażowany w sprawy ekologii...

Kiedyś rozmawialiśmy z Freddiem (Highmore’em, odtwórcą tytułowej roli Artura w filmie Bessona), moim filmowym wnukiem, o ptakach. Okazało się, że obydwoje bardzo jej lubimy. Freddie powiedział, że bardzo chciałby mieć papugę, bo można ją nauczyć wielu śmiesznych rzeczy. Wtedy do rozmowy nieoczekiwanie wtrącił się Luc i stwierdził, że to wcale nie jest dobry pomysł. Kazał nam podnieść głowy, popatrzeć na kołującego jastrzębia, a potem dodał, że ptaki i bez naszej pomocy potrafią robić wspaniałe rzeczy. Potem jeszcze dodał żartobliwie, że osobiście bardzo lubi klatki, bo mogą być naprawdę piękne i ozdobne, ale nie wyobraża sobie, że mógłby zamknąć w niej jakieś żywe stworzenie. Luc wszystkie stworzenia traktuje niemal jak ludzi. To chyba zresztą widać w „Minimkach”. Według niego bajki oprócz uciechy i rozrywki powinny nieść ze sobą jakieś przesłanie edukacyjne.

Brała pani udział w castingu do roli babci?

Dostałam od Luca zaproszenie na lunch. Myślałam, że zjawi się tam wiele znamienitych aktorek. Postanowiłam więc nic nie zamawiać i nie jeść, tak żebym w każdej chwili mogła wstać i wyjść. Okazało się, że jestem tylko ja. Kiedy Luc opowiedział mi w skrócie historię, od razu stwierdziłam, że chętnie zaangażuję się w ten projekt.

A jakim pracodawcą jest Luc Besson? Niektórzy twierdzą, że to prawdziwy potwór i pracoholik, który zamęcza swoich współpracowników.

Naprawdę? Mam zupełnie inne doświadczenia. Luc tworzy doskonałą przestrzeń do pracy. Daje aktorom mnóstwo wolności, ale zapewnia też poczucie bezpieczeństwa. Ma jasną i klarowną wizję tego, co chce osiągnąć. Dokładnie wie, czego oczekuje. Ma też wiele własnych pomysłów, z których można, ale niekoniecznie trzeba korzystać. Nie z każdym reżyserem tak dobrze się pracuje, a ja, proszę mi wierzyć, naprawdę mogę na ten temat coś powiedzieć. Czasem człowiek czuje się na planie bardzo samotny i dostaje wskazówki, które trudno zrozumieć. Z Bessonem jest inaczej. Poza tym Luc ma świetne poczucie humoru, porównałabym je do humoru braci Marx. Kiedy zaczyna się śmiać, nie ma mowy, żeby wszyscy wokół zachowali choćby cień powagi.

Od lat jest pani Ambasadorem Dobrej Woli z ramienia UNICEF-u. Często jeździ pani do Afryki?

Ta praca od samego początku miała dla mnie ogromne znaczenie. Pewnie dlatego, że nadała mojemu życiu zupełnie nowy sens. W Darfurze w zachodniej części Sudanu jestem co kilka miesięcy.

W pomoc na rzecz Trzeciego Świata angażuje się coraz więcej aktorów i ludzi show-biznesu. Choćby George Clooney, Angelina Jolie...
Angelina zrobiła naprawdę dużo dobrej roboty, aby zwrócić oczy świata na to, co dzieje się w krajach o wiele biedniejszych niż nasze. George Clooney, podobnie jak ja, zajmuje się głównie sprawami Darfuru. Bierze udział we wszelkich manifestacjach organizowanych w Stanach. Był też na granicy Sudanu z Czadem, gdzie w potwornych warunkach koczują setki tysięcy uchodźców z Darfuru i gdzie dzieją się rzeczy, o których my, siedząc w naszych ciepłych i bezpiecznych domach, nie mamy pojęcia. Ludobójstwo w Darfurze za cichą zgodą tamtejszego rządu trwa już ponad trzy lata, a my wciąż nie potrafimy nic z tym zrobić. Giną kolejne setki niewinnych cywilów, gwałcone są kobiety i dzieci, uchodźcy umierają z głodu i pragnienia.

W swoje podróże często zabiera pani ze sobą swoje dzieci. Czy jeżdżą z panią również na misje do Afryki?
Tylko mój 18-letni syn. Ale on jest zaangażowany w sprawy UNICEF-u, od dnia, w którym skończył 11 lat. Już wtedy uczestniczył we wszystkich sympozjach, moderował młodzieżowe dyskusje na temat pomocy humanitarnej. Dla niego znaczy to tyle samo, co dla mnie. Kiedy dostałam zaproszenie wyjazdu do Darfuru, poważnie rozmawialiśmy o tym, czy powinien tam jechać. Bo jest tam naprawdę niebezpiecznie, a ja jestem w innym momencie życia niż on. On swoje dopiero zaczyna, ja powoli kończę. Zapytałam go, czy na pewno chce jechać. Poprosiłam, żeby mi od razu nie odpowiadał, bo w czasie tej podróży ryzykuje się życie. Ale on nie zastanawiał się nawet dziesięć minut. Dla niego, tak jak i dla mnie, pomaganie innym stało się sensem życia. Nie mogłabym go w takiej chwili zatrzymać.

To piękne, że taką pomocą najbardziej ochoczo zajmują się młodzi ludzie...
Tym bardziej że od trzech lat wielu poważnych ludzi w Stanach, zwłaszcza tych, którzy mają władzę, nie zrobiło zbyt wiele w kwestii Darfuru. Większość akcji wyszła z inicjatywy studentów, uczniów college’ów. Tak jak Genocide Intervention Network, które zgromadziło już na swoim koncie ponad milion dolarów.

Na co te pieniądze są przeznaczane?
Na przykład na utworzenie specjalnych kobiecych patroli, które mają pilnować bezpieczeństwa kobiet i dzieci zamieszkujących obozy dla uchodźców w rejonie Darfuru.

Czy my również możemy jakoś pomóc?
Na pewno i u was są organizacje, które zbierają pieniądze dla Darfuru czy innych miejsc na świecie, gdzie toczy się wojna i giną niewinni ludzie. A w szerszej skali? Możemy uczyć nasze dzieci znajdowania pokojowych rozwiązań w konfliktach, których przecież nie da się w życiu uniknąć.