Katarzyna Nowakowska: Jak sfilmować zapach?
Tom Tykwer: To był jeden z centralnych problemów tej ekranizacji. Mam nadzieję, że udało nam się to zrobić w sposób przekonujący i filmowa iluzja zapachu trafi do widzów. Ale olbrzymie trudności sprawiało też przełożenie narracji powieści Süskinda na formę dialogową. Wraz z Berndtem Eichingerem i Andrew Birkinem spędziliśmy naprawdę wiele czasu nad scenariuszem - w sumie ponad dwa lata. Oprócz tego prowadziliśmy badania - zbieraliśmy dokumentację, przeprowadzaliśmy własne doświadczenia w dziedzinie tworzenia zapachów. Spędziliśmy tez trochę czasu w Grasse, które do dziś jest stolicą perfumeryjnego rzemiosła i gdzie mieszka większość sławnych "nosów". Wielu z nich ma coś, co określiłbym jako "węch absolutny". W filmie wykorzystaliśmy sporo informacji pochodzących od tych ekspertów.

Dlaczego zrezygnowałeś z ironii, tak obecnej w powieści Süskinda?
Süskind posługuje się bardzo cynicznym i sarkastycznym językiem, który jest wyłącznie zasłoną dla przedstawianej czytelnikom tragedii. I jeśli dbamy o losy bohatera do samego końca powieści, do momentu, w którym popełnia tak bardzo rytualne samobójstwo, to właśnie dlatego, że czujemy w nim głęboki smutek i melancholię. Grenouille to bardzo smutny człowiek, który pod pozorami obrzydzenia, jakie budzą w nim ludzie, ukrywa swoje prawdziwe tęsknoty. Ta jego mizantropia to tylko przykrywka.

Przykrywka?
Oczywiście! Nie ma czegoś takiego jak "nienawiść", to tylko próba uchronienia siebie samego przed uświadomieniem sobie rozmiaru własnego nieszczęścia.

Czy jesteś przekonany, że widzowie, którzy nie czytali powieści, będą w stanie zrozumieć tę dziwną historię?
Wydaje mi się, że narracja filmu jest na tyle przejrzysta, że nie powinno być z tym kłopotu.

Zmieniasz pewne rzeczy, niektóre wątki skracasz, z innych zupełnie rezygnujesz. Jeśli ktoś czytał książkę, potrafi te brakujące fragmenty przywołać z pamięci, ale jeśli nie, to może nie będzie miał pełnego obrazu Grenouille’a - jego pragnień, motywacji?
Nigdy nie stawiałem sobie takiego zadania, by uczynić mój film równym książce. Moja praca polegała na tym, by przetłumaczyć ją na język kina w sposób przystępny dla widza. To wymaga pewnych zmian. Z wielu rzeczy trzeba zrezygnować właśnie po to, by opowieść była klarowna i zrozumiała.

Mam jednak wrażenie, że motywacje, które kierują twoim bohaterem, są inne niż w książce. Sugerujesz na przykład, że zrobił te wszystkie straszne rzeczy, bo brakowało mu w życiu miłości. Süskind nie jest tak sentymentalny...

To nie jest w żaden sposób sentymentalne. Grenouille pragnie miłości, choć sobie tego nie uświadamia. Wydaje mu się, że chce być wielbiony, chce panować nad masami, triumfować. Ale w tej całej adoracji chodzi o to, żeby dostać widomy znak, że komuś na nim zależy. Oczywiście wszystko można strywializować, uprościć, powiedzieć: "W końcu zawsze chodzi o miłość". Moim zdaniem to bardziej skomplikowane. Jesteśmy istotami społecznymi, swoją tożsamość określamy na podstawie tego, jak widzą nas inni. Mało tego, fakt, że ktoś na nas patrzy, jest dla nas dowodem na nasze własne istnienie. Dlatego Grenouille jest postacią tak tragiczną, bo jest niewidzialny dla innych.

Porównując filmowego Grenouille’a do powieściowego pierwowzoru, łatwo zauważyć, że w twoim filmie jest on znacznie bardziej ludzki. Dlaczego?
Nie wiem, czy u mnie jest bardziej ludzki. Może to kolejne subiektywne odczucie wynikające z różnic między językiem literatury a językiem filmu.

Można to zauważyć właśnie w tej scenie, kiedy Grenouille używa swoich perfum i wszyscy padają przed nim na kolana jak przed bogiem. W powieści czytamy, że on tych wszystkich ludzi nienawidzi i bezgranicznie nimi pogardza, natomiast w filmie zaczyna wspominać pierwszą dziewczynę, którą zabił i sprawia wrażenie, że żałuje...

Ale on nie żałuje tego, że ją zabił, z całą pewnością zabijanie ludzi nie budzi w nim żadnych oporów! Jeśli coś budzi w nim żal, to uświadomienie sobie, że ludzie są mu tak całkowicie obcy, że nie umie wejść z nimi w żadne relacje, być blisko. I to budzi w nim smutek - nie to, że ją zabił, ale to, że nie umiał się z nią w żaden sposób połączyć. W tym momencie dociera do niego, że ludzie są ze sobą połączeni i wciąż tworzą nowe relacje, więzi, a on tego nie potrafi. Jest odrzucony. Może manipulować tymi ludźmi wedle swojej woli, może wywoływać dowolne emocje, ale nie może sprawić, żeby były prawdziwe. Aby go naprawdę dotyczyły. Takiego, jakim jest. Stoi za tym faktycznie bardzo ludzkie pragnienie, aby inni prawdziwie nas kochali.

Finałowa scena na placu w Grasse, kiedy tłum ogarnięty uniesieniem wywołanym przez perfumy Grenouille’a przystępuje do orgii, sprawia wrażenie niesamowitego tańca. Czy realizując ją, jako człowiek z Wuppertalu, inspirowałeś się dokonaniami Piny Bausch?
Pina Bausch to ikona i ja dosłownie wychowałem się na jej przedstawieniach. Widziałem każdą sztukę, którą zrobiła. Kiedy było się młodym chłopakiem w Wuppertalu, nie miało się innego wyjścia - co roku oglądało się nowy spektakl teatru tańca, to było jak rytuał. Od dzieciństwa nasiąkałem jej stylem, jej wrażliwością i dopiero wiele lat później zdałem sobie sprawę, jak bardzo wyjątkową postacią w świecie tańca jest Pina Bausch. Dla mnie była zawsze esencją tańca i na pewno jakoś na mnie wpłynęła, ukształtowała mój sposób postrzegania ruchu. Przy każdej scenie zbiorowej myślałem intensywnie o choreografii. Jednak finałowa scena zbiorowa faktycznie była ogromnym wyzwaniem. Dzięki niej chciałem przekazać kilka różnych, wyrazistych emocji - zarówno za pomocą ruchu, jak i ekspresji mimicznej. Pracowaliśmy nad nią bardzo długo, także dlatego, że większość osób biorących w niej udział nie była profesjonalnymi aktorami. Do stworzenia choreografii i nadania rytmu tej scenie zaprosiłem legendarny zespół teatru tańca z Hiszpanii La Fura dels Baus. Pomogli mi przygotować ludzi, otworzyć ich - w końcu muszą się rozebrać przed kamerami, co z pewnością nie jest łatwe - nauczyć pracy nad ciałem. To wymagało długich przygotowań, ale dało niesamowity efekt. Ci statyści naprawdę nauczyli się zachowywać jak aktorzy i jak tancerze.

Jak udało ci się namówić La Fura dels Baus do współpracy?
Po prostu do nich zadzwoniłem (śmiech). Większość zdjęć do filmu powstała w Hiszpanii, gdzie znaleźliśmy wiele wspaniałej XVIII-wiecznej architektury. Na przykład ten rynek ze sceny niedoszłej egzekucji, sceny triumfu Grenouille’a to zabytkowy plac znajdujący się na obrzeżach Barcelony. Więc od początku chciałem zaangażować do współpracy kogoś stamtąd i nieśmiało marzyłem o La Fura dels Baus, ale nie przypuszczałem, że znajdą czas i chęć, by wziąć udział w powstawaniu filmowej wersji "Pachnidła". Kiedy do nich zadzwoniłem, będąc już w Barcelonie, usłyszałem: "OK, spotkajmy się za 20 minut". Gdy przedstawiłem im moją propozycję, byli zachwyceni, bo okazało się, że uwielbiają tę powieść i od razu zgodzili się wziąć do roboty.