77-letni dziś aktor jest niewątpliwie fenomenem w Hollywood - choć pojawiał się w superprodukcjach nigdy nie dostał Oscara za własną grę.

Dopiero gdy wziął sprawy we własne ręce i zabrał się do reżyserowania, Oscary posypały się jak z rękawa.

"Listy z Iwo Jimy" wyreżyserowane przez Eastwooda, poza nominacją dla reżysera, dostały szansę na Oscara w kategorii: najlepszy film i montaż dźwięku.

Eastwood opowieścią o krwawych walkach Amerykanów i Japończyków podczas II wojny światowej, ma szansę powtórzyć swój sukces sprzed lat.

W 2005 roku dostał bowiem Oscara za reżyserię filmu "Za wszelką cenę" (w roli głównej z Hilary Swank). W tej samej kategorii otrzymał złotą statuetkę w 1993 roku za obraz "Bez przebaczenia". Film ten dedykował swojemu mistrzowi Sergio Leone.

Nic dziwnego, to właśnie dzięki Leone, o nazwisku Clinta zrobiło się głośno. W połowie lat 60. Eastwood zagrał w trzech westernach Sergio Leone: "Za garść dolarów", "Za kilka dolarów więcej" i "Dobry, zły, brzydki".

Potem już było z górki: o Harry'm Callahanie, czyli Brudnym Harrym, słyszeli wszyscy. Ale tylko o jego pracy - bo życia prywatnego Eastwood chroni jak na twardziela przystało.

Wiadomo, że był dwa razy żonaty i dorobił się siedmiorga potomstwa (nie tylko z oficjalnym żonami). Zdrowo się odżywia i uprawia jogging.

Do ciężkiej pracy Eastwood jest przyzwyczajony - już jako nastolatek musiał na siebie zarabiać. Pracował jako dostawca artykułów spożywczych, kopał rowy i baseny, ciął drewno w tartaku. W wojsku był instruktorem pływania. Pasjonował się lekkoatletyką, a aktorstwo traktował jako zajęcie dodatkowe.

Na szczęście dla wszystkich wielbicieli kina Eastwood w końcu zmienił zdanie i całkowicie poświęcił się filmowi.

Czy po raz trzeci jego reżyseria zostanie doceniona Oscarem? Dowiemy się 25 lutego - wtedy na uroczystej gali w Los Angeles zostaną rozdane złote statuetki.