Rafał Blechacz: Mistrz improwizacji

Adrianna Ginał: Fryderyk Chopin ograniczył swoją twórczość do fortepianu, ale tak naprawdę jego kompozycje daleko poza ten instrument wykroczyły. Wpłynęły i wciąż wpływają na wielu muzyków. Dlaczego?
Rafał Blechacz: Chopin był prekursorem tego, co się później działo w muzyce, chociażby impresjonizmu. Na wielu muzyków oddziałuje kolorystyka brzmienia jego utworów. Ogromna wrażliwość Chopina na barwy to zapowiedź kompozycji na przykład Claude’a Debussy’ego. Dlatego granie Debussy’ego korzystnie wpływa na interpretację utworów Chopina, zwłaszcza późniejszych opusów - nokturnów, niektórych mazurków, w których barwa dźwięku jest niezwykle ważna. Także harmonia u Chopina jest szalenie nowatorska, zapowiada późniejsze przełamanie systemu tonalnego, czyli to, co się działo w dziełach nie tylko już Debussy’ego, ale i Ravela czy Szymanowskiego.

Chyba właśnie te nowatorskie pomysły wciąż przyciągają muzyków do Chopina. Niektórych skłaniają nawet do gry jego muzyki trochę inaczej. Jak zapatrujesz się na rozmaite przeróbki czy muzyczne "zabawy z Chopinem"?
Jeżeli ktoś odczuwa radość z takich interpretacji... Niekiedy nawet może to być inspirujące dla innych muzyków. Ja większość pomysłów intepretacyjnych czerpię raczej z własnej intuicji. Nie zastanawiam się tak dogłębnie, jak należy dany utwór zagrać, ufam jedynie prawdziwości swoich emocji.

Na wszystkich konkursch chopinowskich na piedestale stawia się ideał chopinowskiej gry, ale tak naprawdę nikt nie potrafi dokładnie wyjaśnić, co ten ideał oznacza.
Bo dla każdego artysty ten ideał jest inny - stąd tak wiele różnych interpretacji. I to jest właśnie tak ciekawe i piękne w muzyce Chopina.

Artyści styl wirtuozowski, tzw. brillant, w kompozycjach Chopina często wykorzystują do własnych improwizacji.
Kunsztowna wirtouzeria pojawia się na pierwszym planie tylko wczesnych utworów Chopina, dlatego najczęściej przerabiane są jego mazurki, nokturny czy preludia. W późniejszych kompozycjach fajerwerki techniczne już nie są tak ważne, jak na przykład w utworach Liszta. Celem już nie jest zabłyśnięcie nadzwyczajnymi umiejętnościami. Wirtuzeria podporządkowana jest treści utworu i emocjom.



Leszek Możdżer: Grał jak rasowy jazzman


Hubert Musiał: Słynie pan z bardzo eklektycznego repertuaru. Po co panu ten Chopin?
Leszek Możdżer: Nie będę owijał w bawełnę. Szczerze mówiąc, nigdy bym się do Chopina nie zabrał, gdyby nie pan Stanisław Cebula, szef firmy płytowej Polonia Records . W wieku 22 lat dostałem od firmy Polonia Records nagranie płyty solowej. Nagrałem mój debiutancki album "Chopin. Impresje" i do dziś spotykam się z naciskami producentów, żeby grywać Chopina. I nie ma w tym nic dziwnego, bo plakat z napisem "Chopin" wygląda o wiele lepiej niż plakat z napisem "Możdżer" - to po pierwsze. Po drugie, Chopin napisał świetne utwory na fortepian. Był doskonałym pianistą, z doskonałym warsztatem i wyczuciem klawiatury. Dlatego nie narzekam - granie Chopina jest dużą przyjemnością dla pianisty, choć, moim zdaniem, Chopin broni się sam i nie potrzebuje przeróbek. Jego kompozycje to dzieła doskonałe i skończone.

A jednak na początku lat 90. wśród polskich jazzmanów zapanowała moda na granie Chopina, a pan był jej okrętem flagowym.
To przesada. Po prostu byłem pierwszym muzykiem, który nie odrzucił propozycji wytwórni Polonia Records, która tę - jak pan to nazwał - modę wywołała. Wszyscy, w tym również ja, odrzucali ofertę Stanisława Cebuli. Po roku jednak zdecydowałem się podjąć to wyzwanie.

Dlaczego dopiero po roku? Przeszkadzała panu legendarna polskość jego kompozycji?
Co to to nie, zawsze chciałem być pianistą polskim. To nie była prosta decyzja. Po pierwsze bałem się. Byłem wówczas nieopierzonym studentem, który był przekonany,że aby nagrać płytę solową, trzeba mieć do tego powód. A w dodatku płytę z Chopinem. W trakcie prac okazało się, że pod pretekstem grania Chopina można zagrać sporo fajnego jazzu.


Adam Makowicz: To są melodie z duszą

Hubert Musiał: Z reguły grywa pan amerykańskich klasyków: Irvinga Berlinga czy Duke’a Ellingtona. Co skłoniło pana do sięgnięcia po Chopina?
Adam Makowicz: Chopina grywam od dawna. Jestem Polakiem, a on wywarł największy wpływ na polską kulturę. Kiedy więc jazzowe interpretacje Chopina przestały być traktowane jak profanacja, sięgnąłem do muzyki, na której wyrosłem. Chopin jest we mnie zakodowany, podobnie jak muzyka góralska. Każdy muzyk ma te nuty podświadomie zakodowane. Te kody dochodzą potem do głosu podczas improwizacji. W moich partiach solowych często wplatam chopinowskie melodie albo chociaż ich wspomnienia. Dlatego też nawet grając amerykańskich klasyków, stałem się bardziej interesującym pianistą dla amerykańskiej publiczności.

Zwykło się twierdzić, że mazurek jest kwintesencją polskości Chopina i zarazem kluczem do jego twórczości. Czy polskość Chopina nie jest według pana kulą u jego nogi?
Przeciwnie. Europejski muzyk będzie miał duże trudności z zagraniem kompozycji Leonarda Bernsteina. Podobnie jest z Chopinem i argentyńską muzyką klasyczną opartą na tangu i flamenco. Tu nie wystarczą tylko umiejętności techniczne. Aby dobrze grać te kompozycje, trzeba się urodzić z tymi rytmami. W przeciwnym wypadku muzyka nie będzie miała duszy. Stąd masowe najazdy na Polskę japońskich pianistów, którzy dzięki pobytowi w naszym kraju chcieli zrozumieć Chopina i usłyszeć klucz do jego kompozycji. Ostatnio to ma jednak coraz mniej sensu. Dziś wpółczesny świat bowiem został zdominowany przez kulturę pop, która jest taka sama w Polsce, jak i w Japonii. Dużo koncertuję w kraju i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że dziś w Polsce, bez różnicy: w Gorzowie czy Rzeszowie, łatwiej usłyszeć rap niż muzykę, która zainspirowała Chopina.

Co pan przejął od Chopina?
Ciężko mówić o jakichś zapożyczeniach technicznych. Chopin natomiast swoimi wyrazistymi melodiami, które de facto były zapisem improwizacji, ukształtował moje pojmowanie melodyki.