Robert Mazurek: Jest pan winiarzem.
Marek Kondrat: Przygodę z winami zaczynałem od trunków, których największą zaletą była objętość - im większa butelka, tym lepsza - i cena - im taniej, tym fajniej.

A teraz jest pan snobem?
A w życiu! Nie znam się na winach, tylko, podobnie jak pan, je bardzo lubię. Zająłem się tym zawodowo, więc swoją osobą gwarantuję, że w swoim sklepie sprzedaję tylko to, co mi smakuje i co nie wyrywa człowiekowi kieszeni. Przychodzą do mnie klienci i chcą butelkę na prezent. Polecam im coś za kilkadziesiąt, sto złotych, a oni są rozczarowani, że to nie kosztuje 500 złotych. Mnie nie o taki sposób sprzedawania win chodzi.

Nie mam pan ochoty coś zagrać?
Najmniejszej. Kiedy siedzę w kinie lub w teatrze na widowni, to czuję, że jestem na swoim miejscu.

Aktorstwo zostało hobby?

Bywa pasją. Teraz mogę stawiać zupełnie inne wymagania propozycjom, które dostaję. Warunkiem uczestnictwa w tym zawodzie jest dla mnie dzisiaj możliwość prawdziwego przeżycia.

Pieniądze dają ten komfort?
One pomagają w wolności, choć proszę pamiętać, że nikt mi ich nie zrzucił z nieba. Czasem słyszę zarzut: "Pana na to stać". No tak, tylko że ja wybrałem taką drogę, by mnie było stać.

Kiedy ostatni raz pan coś zagrał, prócz roli w reklamie banku?
Którą gram od dziewięciu lat - dodajmy. Na scenie Teatru Powszechnego zagrałem w "Kto się boi Virginii Woolf" z Krysią Jandą trzy lata temu i we "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" jakieś dwa lata temu. Mówiłem o pieniądzach - stać mnie też na to, by wiele rzeczy robić lepiej. Kiedy dostałem tekst Koterskiego, to nie robiłem kompletnie nic innego. Przez pół roku mogłem skoncentrować się na roli, myśleć o niej, pracować twórczo, co mi się w sumie bardzo rzadko w życiu zdarzało. Krzysztof Zanussi mówił, że to arystokratyczne podejście do zawodu. Ale tylko wtedy ma on jeszcze jakiś sens.

Pańska nieobecność jest demonstracją?
Nie, skądże. To samo mówię od dziesięciu lat: jak znajdzie się coś ciekawego, to w to wejdę z uszami, nie dzieląc się między radio, telewizję a film, jak to było kiedyś.

Nie uwierzę, że Marek Kondrat nie dostaje propozycji.
Interesowałoby mnie, jakie propozycje dostaje Janusz Gajos. Jaka jest różnica między nami w wybiórczości? Myślę, że duża. Janusz jest fantastycznym, czynnym aktorem, który poszukuje dla siebie w tym zawodzie interesującego zajęcia. Inaczej niż ja, bo ja mam w tej profesji słaby charakter. Uprawiałem ją głównie towarzysko, zawsze pod czyjąś kuratelą, która uwalniała od konieczności dokonywania wyborów. Dobrze się składało, bo ludzie, którym ufałem, gwarantowali mi odpowiednią jakość. Tak było choćby w Teatrze Dramatycznym za Holoubka, choć akurat w jego teatrze niewiele znaczyłem, bo wszystko tam było szalenie zhierarchizowane, ale ja bardzo lubię hierarchię w życiu.

Na Zachodzie aktorzy 50-letni rozkwitają, kiedy już nie muszą być amantami. Bill Murray, John Malkovich…
Jestem zaszczycony tymi porównaniami, tylko porównanie miejsca i bazy jest nieadekwatne. I nie chodzi tylko o rozmiary produkcji filmowej tam i w Polsce. Ja mam poczucie, że od jakiegoś czasu nie żyję. Moja ojczyzna jest krajem ludzi młodych lub emerytów domagających się poprawy swej marnej sytuacji. W moim zawodzie nie ma zapotrzebowania na opowieść człowieka, który coś przeżył i patrzy na rzeczywistość z dystansu.

Tylko Koterski zgłasza takie zapotrzebowanie?
To szczególna sytuacja, bo on zajmuje się sobą, uważając taką opowieść za najczystszą, najszczerszą, a dokonuje tego przy użyciu środków artystycznych dających mu cudzysłów, oddalających od taniego realizmu. Dlatego właśnie "Dzień świra" był napisany trzynastozgłoskowcem, łącznie z didaskaliami. Z drugiej strony ciągle mi ten Koterski przeszkadza, bo to jest jednak opowieść o człowieku w tym miejscu, w Polsce, a ja mam tęsknotę za mówieniem o ludziach nienaznaczonych przynależnością narodową. Tak traktowałem swoje zadanie aktorskie: mówić o kondycji człowieka w ogóle, a nie człowieka szczególnego, czyli Polaka.

Polskich reżyserów nie interesuje, co myśli pańskie pokolenie? Przecież sami mają tyle lat, bo młodzików wśród nich nie ma.
Nie czuję takiego zainteresowania.

To o czym są polskie filmy, polskie scenariusze?
To są jakieś udawanki, opowieści z nie swojego życia, o tym, że gość ciągle opowiada, jak ktoś inny bierze w żyłę. On sam nie bierze, ale opowiada, jak inny bierze. Z niewiedzy o jednostce wychodzą filmy o niczym i o nikim. Znam scenariusz, który zaczyna się tak: trzech meneli na kupie złomu pije tanie wino. Zagaja jeden: "Chujowo". Drugi na to: "Chujowo", trzeci - "Chujowo".

To blues jest!

Tak (śmiech). I kolega oddaje ten scenariusz, mówiąc autorowi, że tu chyba jest błąd, bo niechby i oni siedzieli na tej kupie złomu, ale powinno się zaczynać: "Pięknie", "Pięknie", "Najpiękniej". A autor na to, że "pan źle przeczytał scenariusz".

Mamy niezdolnych scenarzystów?
To poważniejsza sprawa. Nad nimi ciąży jakieś fatum polskiego romantyzmu, bo tu wszyscy wypowiadają się w imieniu jakiejś strasznie dużej grupy ludzi, a nie konkretnego, pojedynczego człowieka. Nie ma dobrze skrojonych bohaterów. Dobrze napisane postaci to były w "Psach". Za to wszędzie jest coś o Ojczyźnie.

Nieprawda! Gdzie pan widzi te filmy o Polakach, "Solidarności", przeżywaniu pontyfikatu papieża?
Chciałby pan je oglądać? Naprawdę interesowałby pana film o "Solidarności"? Bo mnie nie. Nie dostaję scenariuszy, które byłyby wyzwaniem. Biorę do ręki tekst o Karolu, który pozostał Karolem, to co ja mam powiedzieć? A czy jest dobra współczesna literatura?

Pewnie nie ma, ale czemu o nas nie powstają takie proste historie jak z "Między słowami"?
Też się nad tym zastanawiam i sam bym w takim filmie zagrał! Tam jest wiedza o dojrzałym człowieku, a nakręciła to trzydziestoletnia Sofia Coppola! Bill Murray gra faceta, który, tak jak ja zresztą, jedzie gdzieś tam, by zagrać w reklamie, i dzieją się wokół niego dziwne rzeczy.

Skoro przy Murrayu jesteśmy - lubi pan "Broken Flowers"?
Fantastyczny film. Kiedy on leży na kanapie, to widzę tam siebie.

Na takie filmy nie trzeba pieniędzy.
Potrzeba. Jakoś musiałby pan przy "Między słowami" zaznaczyć, że znalazł się pan w miejscu dla siebie obcym. Producent w życiu nie zaakceptowałby wyjazdu do Tokio i przekonywałby pana, że pod Gorzowem też jest fajnie.

Byłem w Gorzowie. Proszę mi wierzyć, to inna cywilizacja.
Jakoś panu nie wierzę (śmiech). Premier był stamtąd, tyle wiem.

To miły człowiek.

Rozkoszna jest ta pańska wiara w ludzi (śmiech).

"Broken Flowers" nie wymaga podróży dalszej niż Gorzów, a sprzedają tam niezłe "Nero d’Avola" za 20 złotych!
Myli się pan, mówiąc, że dałoby się to łatwo przenieść. Murray, podróżując, spotyka przeróżne typy ludzi. My nie mamy w sobie takiego bogactwa kulturowego, bogactwa typów, osobowości.

Uproszczony pomysł w minutę na polskie "Broken Flowers": w 1981 roku młody aktor Kondrat spotyka reżimową dziennikarkę, punkówę, aktywistkę "Solidarności" i studentkę z duszpasterstwa. Któraś z nich rodzi mu dziecko. Ma pan różne typy? Ma.
A niech mi pan coś takiego zaproponuje! Nie dostaję takich ofert. Mam za to propozycje, by zagrać szefa mafii z Pruszkowa czy kogoś takiego, ale nie chcę się powtarzać, szkoda mi na to czasu. Ma pan rację, że podstawową przeszkodą w powstaniu dobrych filmów jest brak talentu.

Przyjaźni się pan z aktorami?
Nie sądzę, by takie przyjaźnie były możliwe w tym świecie. To zawód samotniczy. Aktor sam dla siebie jest centrum świata. Czyta gazetę - wypadek pod Częstochową, a on już jest konduktorem niosącym pomoc innym (śmiech). Tu forma odgrywa znacznie większą rolę niż treść. Zresztą tak jest na całym świecie i jak czytam, że Hugh Grant nie ma zbyt wiele do powiedzenia, to wcale mnie to nie dziwi. Aktor jest od tego, by mówić cudzym tekstem, choć czasami myli mu się on z rzeczywistością. Kiedy w 1980 roku grałem Wysockiego i krzyczałem "Polacy do broni, do broni!", to wydawało mi się, że zaraz to wszystko ruszy, a ja sprowokuję powstanie. Nic dziwnego, aktorom miesza się pod sufitem.

U nas się przyjęło, że aktor, który zagrał w "Zbrodni i karze"…
… musi ją czuć jak Dostojewski.

A pan mówi, że pański zawód to udawanie kogoś innego.
Bo to prawda (śmiech). Ja udaję. My dwaj mówimy teraz o aktorach, patrząc na nich z zewnątrz, i wiemy, że oni się tak noszą, puszą się, nadymają. Nigdy nie uwierzę, że aktor nie ma świadomości, że jest oglądany.

Pan ma tę świadomość nadal?
Mam, aczkolwiek nie noszę się. Jestem skrępowany. Mam minę człowieka pozytywnie nastawionego do świata, bo ludzie zwykle mówią mi miłe rzeczy. Ale do Sopotu latem nie mogę jechać, bo robię na plaży za misia. Nie obrażam się jednak, bo popularność jest w tym zawodzie walorem. To o nią się staramy. Nie ma nic gorszego, niż być nieznanym aktorem. "Dzień dobry, jestem aktorem." "Naprawdę?" - taka reakcja jest najbardziej deprymująca z możliwych.

Dlatego niektórzy zabiegają o popularność, podlizując się pismom kolorowym, na które potem psioczą. O panu chyba nie piszą.
Jak byłem ze święconką, to napisali, że się przeprosiłem z Panem Bogiem.

A byliście pokłóceni?
Ja się z nim bez przerwy kłócę. Jeżeli Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, to nie mam do niego zaufania (śmiech).

Sława pomaga?
Inteligencja bardziej. Słyszałem, jak chłopak flirtował z dziewczyną i spytał, czy oddałaby się nieznajomemu z pociągu. Ona odpowiada, że nie. "A gdyby czytał Kunderę?". "Aaaa…". Janda powiedziała, że ona najchętniej oddałaby się profesorowi Kołakowskiemu. Więc widzi pan, że lepiej być mądrym niż ładnym.

To mam przerąbane. Wróćmy do aktorów.
Ja się wychowałem w rodzinie aktorskiej i napatrzyłem się na różne rzeczy w dzieciństwie. Stryj i ojciec to byli aktorzy przedwojenni, pełni jeszcze takiej małopolskiej emfazy. Jak stryj wchodził do nas na klatkę schodową i zaczynał śpiewać, to się sąsiadki schodziły, a ja cierpiałem. Całe życie się go wstydziłem! Obciach! Chciałem być normalnym chłopakiem z Muranowa, a byłem blond cherubinem ubranym inaczej niż inni. Pierwsza komunia, a ja jeden w białym garniturze - nieszczęście z powodu takiego domu!

Opowiada pan o tym jak o traumie.
Bo to była trauma, choć ja ją demonizuję, bo byłem jednak dzieckiem kochanym i pieszczonym. Staram się więc nie przesadzać z obnoszeniem się z traumą, bo co mieliby powiedzieć ci, którzy przeżyli doświadczenie wojny?

I pan po tych wszystkim doświadczeniach z aktorami sam zostaje aktorem?
Jak się ma 18 lat, to się jest kretynem i się idzie do szkoły teatralnej, bo się na apelach mówiło wierszyki. A wierszyki mówiłem, bo miałem lepszą dykcję, bo byłem z takiego domu. Nie miałem wyboru. Co innego mogłem robić? Miałem surową matematyczkę, która, gdy zobaczyła mnie wychodzącego z egzaminu jako drugiego czy trzeciego, powiedziała: "Kondrat, ja ci chyba jaja urwę! Żebyś ty chociaż poczekał, chamie jeden, i wyszedł dwudziesty, a nie mówił, że było łatwo". Bo oczywiście egzamin zerżnąłem w całości.

Wypowiada się pan o aktorstwie z dezynwolturą, ale został w panu szacunek do teatru.
Kiedy sobie pomyślę, że ludzie rozpoznawalni publicznie nie mają w sobie piętna teatru, to myślę, że to nie są cali aktorzy - jakby mieli sam korpus albo nogi. To brak ogłady aktorskiej. Chodzi o kontakt z literaturą, który się dokonuje w teatrze. Żeby coś zagrać, trzeba to zrozumieć, jakoś przetransponować, przeczytać po prostu! Wtedy wszystko się układa w jakiś ciąg, daje człowiekowi horyzont. Moja szkoła teatralna prócz tego wszystkiego i całego bagażu przeżyć dała mi też inne doświadczenia. To były te spotkania ze znajomymi mojego ojca, którzy postanowili mi udowodnić, że nie będę miał tam łatwiej ze względu na nazwisko i na dzień dobry mnie gnębili.

Dziś ma pan z tym wszystkim spokój. Z aktorstwem również.
Bo mnie to męczyło. Dowiaduję się, że w filmie mam grać w jednym sweterku, bo nie ma na kostiumy, a później okazuje się, że producent kupił nowy samochód.

Nie wiedział pan, jak w Polsce zarabia się na kinie?
Wiedziałem. Nieważna jest publiczność, to czy ktoś przyjdzie do kina, czy nie. Mało tego, nawet sprzedaż filmu za granicę nie daje dochodu.

Żeby zarobić, trzeba coś skręcić, muszą spłonąć dekoracje…
I tu jesteśmy w domu! Więc niech mnie pan nie pyta, czemu przestałem grać.

Wcześniej było inaczej?
Nie, ale w minionym ustroju był przynajmniej czas na wszystko. "Zaklęte rewiry" robiłem cztery miesiące. Tam był czas na dopracowanie każdego szczegółu, każdego epizodu tego opowiadania.

Nic dziwnego, że wszyscy zagrali tam świetnie.
Wszyscy, z Czechami i jednym Węgrem włącznie. Jak patrzyłem na grającego tam epizod Zdziśka Maklakiewicza, to mi się otwierał kawałek jego charakteru. Pamiętam, jak wyszedł po mnie i Romana Wilhelmiego na dworzec w Pradze. Wylosowali, że będą mieszkać razem z Wilhelmim w hotelu. Maklakiewicz uprzedził go, że w wannie moczą się jego gatki i skarpetki. Jak się po nie schylił, to mu dysk wyskoczył. Musiałem odwieźć go pociągiem do Warszawy do lekarza, a on - zgięty jak scyzoryk - nie mógł się położyć. Usiadł więc w przedziale na krzesełku i otworzył drzwi. W środku nocy jakiś pacjent w piżamce usiłuje się przecisnąć do toalety, a Maklakiewicz do niego: "Przepraszam, a kim pan jest z zawodu?" "Inżynierem. A dlaczego pan pyta?" "Bo ja o panu film napisałem". "O mnie? To niemożliwe." I zaczyna przestępującemu z nogi na nogę facetowi opowiadać pierwszą scenę: baraki, drut kolczasty, reflektor omiata co pięć sekund. Widać dwie skulone sylwetki, które, jak tylko światło reflektora się zbliża, przypadają do ziemi. Facet już przerażony, a Zdzisiek kontynuuje. Najazd kamery. Na dachu jednego z baraków napis: "Obóz dla niepłacących alimentów". I pierwsze słowa filmu: "Tędy, panie inżynierze, tędy."
Wysiadamy o szóstej rano w Warszawie, stoimy w kolejce po taksówkę, łapiemy ją i pytam: "Zdzisiu, na Kopernika, do mamy?" A on na to: "Daj spokój, jedziemy do »Lina«, do Serocka".

Nie on jeden tak żył.
Tak bradziażył również mój ojciec, który po wypadku, po którym zawsze już utykał, zaczął żyć życiem spatifowskim. Oni, spatifowcy, mieli swój styl gry, czytelny dla tego towarzystwa.

Pana to nie pociągało?
Nie. Może to jeszcze z dziecięcego odruchu, ale nie lubiłem tych birbantek, wolałem bawić się w domu. Mieliśmy stały skład: Marek Bargiełowski, Piotr Fronczewski i ja, po spektaklach wracaliśmy do mojego mieszkania na Stegnach, gdzie żona musiała się cieszyć, że nadciągamy. I dawaliśmy w palnik do czwartej rano.

Przebalował pan całą komunę?
Komunę wspominam jako wyjątkowo nieestetyczną. Głupota towarzyszy człowiekowi w każdym ustroju, ale komuna była koszmarnie brzydka, byle jaka, chamska: śledź na gazecie jako obowiązujące danie. Ale myśmy byli młodzi, chcieliśmy się bawić, żyć, to były lata 70., które pamiętam jako czas bez obecności pieniądza. Były sztywne, urzędowe stawki, pensje, więc wszyscy chałturzyli gdzie się da. Rozproszył nas stan wojenny, nie można się było przemieszczać, porozwalały się teatry, więc życie towarzyskie kwitło w ograniczonej formie. Na to nałożył się bojkot telewizji, któremu się podporządkowałem, bo lepiej być po stronie lepszych niż gorszych, ale źle odczuwałem presję środowiska. Skończyło się to tak, że zagrałem potem lewiznę u jakiegoś podejrzanego reżysera, ale od tamtego czasu zerwałem z grupowym podejmowaniem decyzji.

Prawie w każdym wywiadzie mówi pan o rodzinie. Mam wrażenie, że to dla pana szalenie istotne.
Bo jest. Jednak większe znaczenie niż oczywiste i powierzchowne więzy krwi liczyły się dla mnie więzy intelektualne. Nie ma we mnie chęci narzucania synom jakiejś swojej drogi. Mają swoje sprawy, swoje życie, choć akurat starszy pracuje ze mną i sprzedaje wino.

Od lat wspiera pan w wyborach Unię Wolności, a ostatnio Partię Demokratyczną. Widziałem nawet beznadziejny filmik reklamowy, w którym pił pan wino i zachwalał Henrykę Bochniarz.
(śmiech) Ja go na szczęście nie widziałem. Zawsze optowałem za tym środowiskiem, głosowałem na ludzi, których program znałem i dorobek szanowałem: Balcerowicza, Mazowieckiego. Kiedy poproszono mnie o wsparcie, to go udzieliłem. Ale dziś na pewno nie wypowiem się publicznie na tematy polityczne i nie będę namawiać do głosowania na kogokolwiek, bo straciłem całą nadzieję. A kiedy słyszę premiera, to jakbym słyszał Gomułkę.

A ja jakbym słyszał Niesiołowskiego. Co za banał.
(śmiech) Zysk z ostatnich wyborów jest dla mnie taki, że przynajmniej pozbyłem się emocji politycznych, nie wierzę w żadne idee, ludzi, którzy je głoszą, lepsze czy gorsze ustroje.

Nie widzi pan różnicy między tym, co jest, a komuną?! Wolnością a niewolą?
W moim zawodzie absolutna wolność jest gorsza od niewoli.

W zawodzie winiarza?
Aktora.

Którym pan już nie jest.
No, to prawda (śmiech). Więc uciekłem z zawodu z nadmiaru wolności. Ale mówiąc zupełnie serio, to jasne, że lepiej jest żyć w wolnym kraju niż w komunizmie. Skorzystałem z wolności wyboru i wziąłem udział w kampanii wyborczej. Pana zdaniem mam głupie poglądy? (śmiech)

Polityczne? Hm, nie podzielam. Ale nie ma to dla mnie znaczenia, bo cenię pana za aktorstwo, nie za poglądy.
(śmiech) I to wystarczy, bardzo dziękuję.