O książkach Henninga Mankella recenzent "Observera" pisał, że są najlepszym szwedzkim towarem eksportowym od czasu mebli z Ikea. Na całym świecie sprzedano 25 milionów jego powieści, które zostały przetłumaczone na 36 języków. W Niemczech utwory Mankella pobiły nawet "Harry’ego Pottera" J.K. Rowling, czyniąc go najczęściej czytanym autorem od czasu II wojny światowej.

O tak spektakularnym sukcesie Szweda, prócz jego literackiego talentu i klasy, zdecydowała także konstrukcja bohatera, całkowicie różnego od tych, których znamy z klasycznych powieści kryminalnych. Nie ma on erudycji Sherlocka Holmesa, elegancji i dobrych manier komisarza Maigreta z powieści Georgesa Simenona, dociekliwości Herkulesa Poirot ani cynicznego poczucia humoru Chandlerowskiego Marlowe’a. A jednak to właśnie Wallander wydaje się od nich prawdziwszy i ciekawszy, zaś jego doświadczenia łatwiej bierzemy za własne.

Bo szwedzki policjant to człowiek wzruszająco niedoskonały. Wciąż coś go pobolewa, brzuch rośnie od pochłanianej z namiętnością pizzy, wzrok już nie sokoli, zamiłowanie do alkoholu z czasem staje się niebezpieczne, a serce dość ma stresów codziennej pracy. Nie wytrzymuje ich również żona, która odchodzi. I choć na Łotwie komisarz poznaje ciepłą wdówkę po policjancie, także z nią nie wszystko układa się tak jak powinno. Wallander nie ma nic z superbohatera, lecz u Mankella słabość okazuje się siłą. Postać stróża prawa była tak wiarygodna, że na komisariat policji w Ystad do dziś przychodzą listy adresowane na jego nazwisko, zaś w 24-tysięcznym nadmorskim miasteczku biuro turystyczne sprzedaje rocznie 30 tysięcy map, dzięki którym turyści zwiedzają miasto śladami Wallandera.

Uwodzicielska siła starzejącego się policjanta jest niezaprzeczalna, a wcielenie się w jego postać to aktorskie wyzwanie. Także dobór wykonawcy nie był łatwy, a scena wyboru odtwórcy roli Wallandera stała się wręcz tematem anegdoty. Powściągliwy wobec filmowych zakusów producentów Mankell stawiał twórcom szereg wymagań, chciał m.in. wybrać odtwórcę głównej roli. Podczas wstępnych rozmów napisał nazwisko swojego faworyta na kartce, którą następnie zwinął w kulkę. Przerażeni producenci nieśmiało przedstawiali swoje typy, na czele z Rolfem Lassgardem. Kiedy rozwinęli karteczkę Mankella, stało się jasne, że właśnie ów wybitny duński aktor będzie pierwszym odtwórcą roli Wallandera.

Lassgard ośmiokrotnie wcielał się w postać komisarza z Ystad, pierwsza część filmowej serii z jego udziałem, "Morderca bez twarzy" powstała w 1994 roku, zaś ostatnia, "Brandvägg" ("Ściana ognia") miała premierę przed rokiem. I choć wczesne adaptacje prozy Mankella nadgryzł już ząb czasu, kreacja Lassgarda pozostaje wzorcowa, zaś jego aparycja, jakby stworzona do roli Wallandera.

Kiedy więc duński aktor zrezygnował z udziału w kolejnych częściach przygód policjanta, producenci mieli kłopot ze znalezieniem nowego odtwórcy jego roli. Na szczęście Henning Mankell nie dotrzymał wcześniej wygłaszanych słów, że nie ma i nie będzie innego Wallandera niż Rolf Lassgard i wraz z nim wybrał następcę - Kristera Henrikssona, którego polscy widzowie znają głównie z "Wiarołomnych" Liv Ullman i "Rekonstrukcji" Christoffera Boego.

To on zagrał policjanta w 13-odcinkowej serii filmów o Wallanderze, która przeszła już do historii jako najdroższa produkcja w historii szwedzkiej kinematografii (budżet wynosił 31 milionów dolarów). Od teraz także polscy widzowie będą mogli pozna nowe intrygujące wcielenie słynnego komisarza. Wallander Henrikssona wprawdzie biega i uprawia gimnastykę, ale zdrowie co i rusz płata mu figle. Je dużo, pije więcej niż trzeba, kobiety się go nie imają i choć czasem z zainteresowaniem spogląda na swą szefową, jakoś nie potrafi wykrzesać z siebie miłosnej iskry. Jedynymi paniami, z którymi łączy go coś więcej, są Maria Callas, której namiętnie słucha, oraz córka Linda, która niechybnie zmierza ku samodzielności, czym wzbudza jego ojcowski niepokój.

Aktorstwo jest wielką, ale nie jedyną siłą filmów mankellowskich. Powieści szwedzkiego pisarza stawiają przed twórcami nie lada wyzwania: niewiele tu klasycznych pościgów rodem z amerykańskich thrillerów, nieliczne są także spektakularne zwroty akcji, a najwięcej dzieje się w głowie bohatera i podczas "nudnych" spotkań w komisariacie. Utwory Mankella nie poddają się łatwemu tłumaczeniu na język kina, lecz twórcom serii "Wallanderów" udaje się sztuka ich dobrego opowiedzenia. Napięcie budowane jest przez muzykę i pracę kamery, a aktorskie popisy dopełniają dzieła. Najciekawszy jest jednak sposób, w jaki twórcy przedstawiają zło. Wyziera ono zza fasady dobrobytu i mieszczańskiej nudy, burzy pozorny ład nadmorskiego Ystad. Krwawe sceny morderstw są dla Mankella jedynie pretekstem do pytania o to, jak wiele zła kryje się pod powierzchnią społecznych norm.

Donna Leon, której powieści czytają bohaterowie "Wallandera", mówiła kiedyś, że "Pisarz thrillerów w Ameryce opowiada o tym, jak coś się stało, w Europie - dlaczego się tak stało". Jej słowa świetnie opisują pisarski fenomen Henninga Mankella, który sam siebie uważa za twórcę moralizującego. Pisarz, który dzieli swój czas między Szwecję i Mozambik (wraz z żoną Evą Bergman - córką Ingmara Bergmana, prowadzi teatr w Maputo), w kryminałach ukazuje postawy Europejczyków wobec "obcych": ludzi innej rasy, narodowości czy wyznania. Autor, który w Szwecji pełni rolę nieformalnego ambasadora Afryki i jako taki często gości na łamach magazynów lifestyle’owych, na grunt literatury popularnej przenosi także dyskurs postkolonialny, jakże modny we współczesnej literaturze.

"Wallander" jest świetnym zaproszeniem do dłuższej znajomości z Kurtem Wallanderem. Trzynastoczęściowa seria, w skład której wchodzi dwanaście filmów o przygodach zblazowanego policjanta oraz jedna poświęcona jego córce, wkrótce ukaże się na DVD. Miłośników książek Mankella czeka natomiast inna niespodzianka - do ich ekranizacji przymierzają się już Brytyjczycy, a wśród faworytów do głównej roli wymienia się Clive’a Owena. Tymczasem możemy cieszyć się znakomitą serią autorstwa naszych północnych sąsiadów, którzy w kryminalnej stylistyce odnajdują się jak chyba nikt inny. Bowiem w Szwecji powieść kryminalna jest częścią intelektualnego krwioobiegu, narodowym dobrem, którym, na nasze szczęście, szczodrze dzielą się z innymi.