Sprawdziła się zarówno publiczność, jak i wykonawcy, którzy przez całe trzy dni występowali na trzech festiwalowych scenach. Do pełni szczęścia zabrakło tylko pogody. Już w piątek deszcz przemienił lotnisko Babie Doły w grzęzawisko rodem z Glastonbury. Było zimno i mokro, a impreza stała się świętem nie tylko dla fanów, ale również dla producentów peleryn i kaloszy. Ale świetny dobór wykonawców i doskonała organizacja nie pozwoliły na popsucie atmosfery.

W ciągu dwóch dni zobaczyliśmy m.in. Sonic Youth, The Roots, Beastie Boys, Muse, Bloc Party. I nikt, z wyjątkiem otwierającego imprezę warszawskiego zespołu The Car Is On Fire, nie dał plamy. Nawet Björk, która swoim niedzielnym występem udowodniła, że wielki artysta - nawet jeśli jest w słabszej formie - zawsze potrafi porwać za sobą tłumy. Niestety, warszawiakom, którzy zaledwie w ciągu roku awansowali z namiotu (gdzie grali podczas Open’era 2006) na główną scenę, zabrakło wiatru w żaglach. Ich koncert był pozbawiony dramaturgii, a piosenki - w porównaniu z wersjami albumowymi - brzmiały płasko.

Publiczności nie zachwyciło nawet singlowe "Can’t Cook (Who Cares?)". Na szczęście wszystkie grzechy Carsów jeszcze w piątek z nawiązką wynagrodziły amerykańskie legendy: Sonic Youth i The Roots. O tym, że nazwa pierwszej z nich (youth to po angielsku młodzież) jest już nieco zdezaktualizowana, można mwić tylko w kontekście metrykalnym. Sonic Youth rewelacyjnie wykonali wciąż doskonale brzmiące utwory ze swojej najsłynniejszej płyty (wznowionej niedawno "Daydream Nation"), a podczas bisów zaśpiewali hymn pokolenia "Teen Age Riot".

Z kolei drugi zespół dowiódł, że składa się z lokalnych patriotów (czy ktoś policzył, ile razy ze sceny padło słowo "Fi-la-del-fia"?). Amerykański kolektyw hip-hopowo-jazzowo-soulowy ostatecznie potwierdził, że hip-hop to coś więcej niż tylko ławka, jointy, tani alkohol/drogie samochody i pojękujące dziewczyny (w zależności od wyboru wariantu polskiego lub amerykańskiego niepotrzebne skreślić). Bardzo ciepło przyjęty przez rozentuzjazmowaną publiczność koncert był świeżą, tworzoną na żywo mieszanką własnych utworów i coverów (znakomita wersja Dylanowskiego "Masters Of War"). The Roots zaprezentowali też pełne pop-rockowe instrumentarium (pojawiła się nawet sekcja dęta!).

Szczęśliwie nie sprawdziły się wcześniejsze obawy i dzięki późnemu przybyciu Dizzee’go Rascala, koncert angielskiego rapera odbył się po zakończeniu występu Questlove’a i jego muzycznej kompanii.Sobotnia ulewa nie zniechęciła publiczności. Główną scenę otworzył O.S.T.R. - jeden z najlepszych polskich hiphopowców. Potem, skąpany w deszczu, energetyzujący set zespołu Groove Armada przemienił się w wielką imprezę karaoke z wychrypianą przez przeszło 40-tysięczną publiczność frazą "I see you baby, shakin’ that ass!".

Show idealne tegorocznego Open’era trwało niewiele ponad godzinę. W tym czasie Matthew Bellamy i jego koledzy z zespołu Muse zmierzyli się z legendą Queen. Począwszy od świetnych wizualizacji (geometryczne kompozycje, egzotyczne parady, apokaliptyczne wizje - wszystko pulsujące w rytm muzyki), przez brzmienie wokalu Matthew Bellamy’ego, na rewelacyjnym wykonaniu kończąc - wszystko było w pełni profesjonalne. Można czepiać się ich studyjnego spadku formy, jednak na scenie Muse królują.

W swojej klasie - romantycznym, patetycznym, monumentalnym rocku - ciężko jest znaleźć dla nich jakąkolwiek konkurencję. Wystarczyło zresztą posłuchać „rozgwieżdżonego” (pięknie oświetlona scena) coveru klasycznego "Feeling Good" czy zagranej na bis "Plug-In Baby", aby dołączyć do grona oczarowanych. Ok. 23 na głównej scenie pojawili się (po raz pierwszy) Beastie Boys. Gorąco przywitani zaprezentowali dość solidny zestaw hitów i kompozycji mniej znanych, ale dopiero w niedzielę zespół miał pokazać swą wielkość podczas instrumentalnego show pod namiotem. Na występie amerykańskiej formacji publiczność niewątpliwie bawiła się najlepiej.

Wykończeni zmaganiami z pogodą widzowie dopisali także podczas trzeciego dnia festiwalu. Na głównej scenie zaprezentowali się Indios Bravos, po czym bardzo dobry koncert zagrali muzycy Bloc Party (z którymi wystąpił gościnnie O.S.T.R., dobry znajomy perkusisty zespołu). Kiedy widziałem ich supportujących Interpol w Berlinie, w grudniu 2004 r. byli jeszcze przestraszonymi debiutantami. Na Open’erze z dużą pewnością i niesamowitą energią wykonali utwory z płyt "Silent Alarm" oraz "A Weekend In The City", rozgrzewając festiwalową publiczność przed główną gwiazdą wieczoru - a dla wielu osób całej imprezy - czyli Björk. Kiedyś islandzka wokalistka powiedziała: "Chciałabym, żeby muzyka była autentyczna". I to jest chyba właśnie tajemnica jej sukcesu. W całym wielkim show to właśnie ten najprostszy uczuciowy przekaz zdecydowanie wybijał się na pierwszy plan.

W ciągu pięciu lat gdyński Open’er pokonał długą drogę od niszowego festiwalu do masowej imprezy na europejską skalę. Reklamowany jako najważniejsze wydarzenie muzyczne w Polsce okazał się jednym z najciekawszych wydarzeń muzycznego lata w Europie Środkowej. Z coraz większą siłą wyrabia sobie markę, a poziom i liczba prezentujących się w Gdyni artystów rośnie z roku na rok.

Czego chcieć więcej? Może sceny młodych z prawdziwego zdarzenia, na której prezentowałyby się autentyczne talenty, a nie wykonawcy "juwenalianego" ska (nie wiedzieć czemu nie wystąpił tam najlepszy polski zespół bez kontraktu - Muchy), a w dalszej perspektywie areny do prezentacji ambitnych artystów z Europy Środkowej. Wtedy zamiast sprawnego festiwalu z gwiazdorską obsadą mielibyśmy w Gdyni prawdziwe centrum kulturalne.