Fani lamentują (i pewnie mają słuszność), że lista, którą teraz poprowadzi Piotr Baron, będzie czymś zupełnie innym. Abstrahując od tych emocjonalnych proroctw, warto zastanowić się, jaką rolę naprawdę odegrała sztandarowa audycja radiowa lat 80. Była inspirowanym przez władze eksperymentem mającym skanalizować młodzieżowy bunt czy autentycznym głosem pokolenia stanu wojennego?

Lista wystartowała 24 kwietnia 1982 roku. To była najbardziej ponura wiosna całej dekady. Trwał stan wojenny, wojsko patrolowało ulice, ZOMO brutalnie pacyfikowało demonstracje, a na sklepowych półkach królował osławiony ocet spirytusowy, jedyny artykuł, z którego produkcją peerelowski przemysł nigdy nie miał kłopotów.

Niespodziewanie w pejzażu polskich miast i wsi zaczęły się pojawiać detale jak z obrazów surrealistów. Na dachach, balkonach i parapetach wyrastały dziwaczne konstrukcje złożone ze zwojów drutu, metalowych prętów i starych kół od roweru. Instalacje pełniły rolę anten służących do łapania fal ultrakrótkich, bo właśnie na tej częstotliwości emitowano "Listę Przebojów Trójki". Dziś brzmi to absurdalnie, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że większość używanych wówczas odbiorników radiowych (których kupno i tak graniczyło z cudem) nie była przystosowana do jej odbioru, to pomysłowość rodaków nie wydaje się śmieszna.

Wentyl bezpieczeństwa?
Lista pojawiła się na antenie trzy tygodnie po reaktywacji III Programu Polskiego Radia, zawieszonego wraz z prowadzeniem stanu wojennego. Oponenci twierdzą, że nowe kierownictwo "Trójki" przyjechało na czołgach, a program miał być sprokurowanym przez władze wentylem bezpieczeństwa. Partia postanowiła uspokoić nastroje, serwując społeczeństwu erzac zachodniej popkultury wcześniej tępionej lub ściśle reglamentowanej.

Zamiast bić się z ZOMO, kolportować bibułę i malować na murach antykomunistyczne hasła, młodzież miała siedzieć w domach, czytać redagowany przez liberalnych towarzyszy spod znaku Aleksandra Kwaśniewskiego tygodnik "Razem" oraz słuchać listy "Trójki". "To był wentyl. Lista niczym się nie różniła od audycji muzycznych w innych programach. Ot, poczciwa, koncesjonowana ramotka, która nie otwierała żadnych nowych horyzontów, lecz co parę tygodni dostarczała garść nowych piosenek. Mnie nie przenosiła w inny wymiar. Na pierwszym roku studiów występowałem w zespole teatralnym, który salę prób dzielił z grupą Miki Mausoleum. Prawdziwy underground miałem więc na wyciągnięcie ręki" - mówi pisarz Piotr Siemion, autor głośnej powieści o pokoleniu stanu wojennego "Niskie łąki".

"Prawda leży pośrodku. Może niektórzy chcieli tak ustawić tę stację - zrobić z niej wentyl. Dla mnie istotniejsze było, że w "Trójce" nie znajdowałem muzyki, która by mnie zaciekawiła. Słuchałem punk rocka, a tego w "Trójce" nie było. Była prawie tylko komercja" - dodaje Robert Matera, wokalista grupy Dezerter.

Grzegorz Wasowski, dziennikarz "Trójki" od 1971 roku: "<Trójka" wiosną 1982 roku była zupełnie innym radiem niż wcześniej. Przed stanem wojennym pracownicy stanowili jedną wielką rodzinę, do pracy szło się jak na najlepszą zabawę. Ponoć pozwolono <Trójce> wrócić na antenę tylko pod warunkiem, że będzie programem młodzieżowym. Nie wiem, czy to prawda".

Partyjny profesjonalizm
Z reaktywacją "Trójki" wiąże się osoba Andrzeja Turskiego, który dyrektorował stacji w latach 1982 - 1983, a potem m.in. prowadził "Panoramę" w telewizyjnej "Dwójce". To jemu powierzono misję stworzenia radia, które przyciągnie młodzież, a jednocześnie będzie oferowało inteligentną rozrywkę, z której "Tójka" słynęła przed stanem wojennym.

Rozmawiałem z kilkoma byłymi i obecnymi pracownikami rozgłośni. Chwalą Turskiego za profesjonalizm i przyznają, że za swojej kadencji wielu podwładnych wybronił przed zwolnieniem. Tylko jeden z dziennikarzy (nie chce występować pod nazwiskiem) ma do swojego eksszefa zastrzeżenia. "Turski był z nadania partyjnego, miał duże uprawnienia i mógł zrobić znacznie więcej. Poza tym nie czarujmy się, media były oczkiem władzy. Gdyby dostrzegli, że coś idzie nie po linii, to by na nowo rozparcelowali nie tylko listę Niedźwieckiego, ale i całą stację. Nowa Trójka była dokładnie taka, jak sobie życzyli towarzysze z wydziały propagandy KC".

"Bzdura!" - ripostuje krytyk muzyczny Grzegorz Brzozowicz. "Turski należał do partii, ale był człowiekiem rozsądnym. Wiedział, jak sprzedać program z założenia kierowany do młodych ludzi. To on ściągnął Marka Niedźwieckiego i zbudował zespół młodych dziennikarzy na czele z Moniką Olejnik. Nie robił wentyla, tylko atrakcyjny kanał, daleki od obrzydliwej propagandy, którą serwował I Program PR, na przykład w audycji "<Tu Jedynka>".

Podobnie myśli Paweł Kukiz: "Nie dajmy się wpędzić w obłęd. Zaraz usłyszymy, że <Solidarność> też była wentylem bezpieczeństwa. <Trójka>, <Lista Przebojów>, Jarocin dawały nadzieję na to, że coś się może zmienić. Oczywiście, wiadomo było już wtedy, że te środowiska są inwigilowane. Niemniej <Trójka> była jedynym miejscem, gdzie taka lista przebojów wtedy mogła się pojawić. To na antenie <Trójki> po raz pierwszy usłyszałem <Smoke on The Water> Deep Purple, a potem utwory Budgie, Black Sabbath i dowiedziałem się, że istnieje inna muzyka niż twórczość Jerzego Połomskiego, z całym dla niego szacunkiem. Na początku lat 80. to była jedyna progresywna rozgłośnia w Polsce" - przekonuje Kukiz.

Peerelowski show-biznes
Zdaniem Grzegorza Brzozowicza "Lista Przebojów Trójki" była elementem nieczystej gry, ale bez podtekstu propagandowego. "Start listy zbiegł się z boomem polskiego rocka. Marek puszczał nagrania młodych zespołów, które się wtedy pojawiły na rynku. To wykorzystały Zjednoczenia Przemysłu Rozrywkowego, czyli regionalne instytucje, które organizowały koncerty. Dyrektorom zależało, żeby media lansowały wykonawców, z którymi oni mieli podpisane kontakty. Marek robił to, co kochał, a konfitury zbierali cwaniacy, którzy kierowali ZPR i mieli w stajniach zespoły brylujące na liście. Gwiazda listy, której słuchał wtedy cały kraj, potrafiła ściągnąć na koncert nawet 15-tys. widownię. Jak miałeś w <Trójce> numer jeden, to mogłeś grać nawet 50 koncertów miesięcznie. To była kasa. Ale to nie Marek zarabiał na biletach, lecz kacykowie z ZPR. Kwestię postawiłbym więc inaczej. Czy lista nie była bardziej wynikiem gry interesów paru panów z ZPR niż akcją polityczną? Teoria wentyla to idiotyzm. Ci sami młodzi ludzie chodzili na trzeciomajowe demonstracje i bili się z ZOMO, a potem skakali na koncertach. Myślę, że generał Jaruzelski miał na głowie znacznie poważniejsze sprawy niż uspokajanie młodzieży za pomocą muzycznej audycji radiowej" - mówi Brzozowicz. Ale zaraz przyznaje, że ludzie ze środowiska nowofalowo-punkowego mieli do działalności Niedźwieckiego zastrzeżenia. Chodzi o muzyczne preferencje najpopularniejszego polskiego didżeja, który lansował muzykę pop lub polskiego rocka (na przykład Perfect), którą oni uważali za obciach.

"Ciekawe jednak, że na liście pojawił się Klaus Mitffoch. Sądzę, że gdyby Marek miał nagrania innych undergroundowców, to też by je puszczał. W <Trójce> nie było świadomej polityki zwalczania nieprawomyślnych wykonawców" - podsumowuje. Robert Matera uważa, że obecność na liście zespołów kontestujących kanonem ówczesnej estradowej kultury była formą walki o wolność słowa. "Odbierałem to jako symptom zmian. Skoro toleruje się <Trójkę> i Klausa Mitffocha, to znaczy, że w społeczeństwie i kręgach władzy rodzi się pozytywny ferment" - dodaje.

Limitowana opozycyjność
"<Trójka> to był jedyny kanał, który ryzykował, momentami wręcz balansował na krawędzi opozycyjności. Był czas, że tylko u nich można było usłyszeć moją grupę AYA RL. Kiedy <Skóra> znalazła się na pierwszym miejscu w zestawieniu, miałem pewność, że ludzie mnie akceptują, chcą słuchać moich piosenek. I, co najistotniejsze, wiedziałem, że to nie jest sztuczne. Lista Marka Niedźwieckiego utorowała drogę Rozgłośni Harcerskiej, która była kolejnym wyłomem w oficjalnej kulturze" - mówi Paweł Kukiz.

Andrzej Turski spokojnie reaguje na zarzut kanalizowania buntu. Jak mówi, kiedy zaczynał szefować "Trójce", cała załoga była zgodna, że program powinien mieć własną listę przebojów. Przyznaje, że rzeczywiście miał spore możliwości, dzięki czemu startującemu w zawodzie Niedźwieckiemu mógł od razu zaproponować pół etatu. "Dziś dyrektorzy anten mogą tylko marzyć o takich możliwościach" - śmieje się Turski.

Teorię wentyla bezpieczeństwa nazywa bzdurą. Uważa, że na fenomen listy złożyły się talent i pasja Niedźwieckiego, realia stanu wojennego i boom rodzimego rocka. "Trójka była diamentem we wszechobecnej szarości. Pamiętajmy, że <Jedynka> nadawała piosenki z Kołobrzegu. Wielokrotnie musiałem przyjmować wizyty partyjnych komisarzy, którzy protestowali przeciwko graniu anglosaskiej muzyki. Batalię trzeba było stoczyć o <Mniej niż zero> Lady Pank.

"<Włączam rano radio i słyszę, że jestem mniej niż zero. Co to ma znaczyć? Towarzysze, przecież to piosenka dla abnegatów, propagowanie nihilizmu!> - alarmował jeden z nich i domagał się usunięcia utworu z anteny. Trójka korzystała z fali polskiego rocka, ale też ją współtworzyła, wspierając i nagrywając młode zespoły" - mówi.

O "Liście Przebojów Trójki" napisano więcej niż o jakiejkolwiek innej audycji w dziejach polskiego radia. Warto zwrócić uwagę na wątek, który umknął uwadze jej kronikarzy i publicystów. Kto wie, czy audycji Marka Niedźwieckiego nie zawdzięczamy w dużej mierze ostatniego wyżu demograficznego w historii Polski? W końcu nic lepiej nie sprzyja prokreacji, niż melodyjne, liryczne piosenki, zapowiadane kojącym głosem radiowego didżeja. Zwłaszcza jeśli w telewizji pokazują umundurowanych prezenterów Dziennika TV, a z domu wyjść nie można, bo obowiązuje godzina milicyjna.