O „Don't Look Back” krytycy mówią kino kobiece. Reżyser jest kobietą i bohaterki są kobietami. Uważa pani, że takie podziały mają sens?

Sophie Marceau: Nie wiem, co to znaczy „kino kobiece”. Żeby wyreżyserować film, trzeba być równocześnie jak mężczyzna i jak kobieta, umieć oglądać świat oczami obu płci. A do tego mieć jasne poglądy, wyrazisty punkt widzenia, który nie jest związany z żadną płcią, tylko z osobowością. 

Kilka lat temu stanęła pani po drugiej stronie kamery, reżyserując „Kobietę z Deauville”. To dreszczowiec psychologiczny, podobnie jak „Don’t Look Back”. Lubi pani szczególnie ten gatunek?

Lubię, kiedy w kinie rzeczywistość jest nieokreślona. Kino powinno dawać doświadczenia niedostępne w życiu. Chodzi o to, by dać się oczarować, ponieść wielkości wizji. W „Don’t Look Back” opowiedziana została podobna historia do „Kobiety z Deauville”. Bohaterka ma problemy z tożsamością. Właściwie mogłaby leżeć na kanapie i opowiadać do kamery o swoich kłopotach. Ale przecież dużo lepiej wprowadzić w to obłęd, pokazać na ekranie to, co kotłuje się w jej głowie. 

W „Don't Look Back” gra pani z Monicą Bellucci tę samą postać. Jesteście zupełnie innymi aktorkami, w pani grze jest więcej szaleństwa. Bardzo musiała pani ograniczać ekspresję, żeby wypadło to dobrze?

Monica zagrała pierwsza, ja kręciłam swoją część po niej. Rzeczywiście, czytałam gdzieś, że podobno kazano mi się powściągać. Grając, czułam się zachęcana przez reżyserkę do uwypuklania kontrastu między moim sposobem bycia i grania a tym, jak robi to Monica.

Reżyserka „Don’t Look Back” Marina de Van, powiedziała, że wybrała panią i Bellucci, bo „wszyscy was kochają”. To chyba dość kłopotliwe określenie aktorki.

Ale miała rację! Żeby uzyskać od publiczności to, co ona chciała uzyskać – próbę zrozumienia, współczucie dla bohaterki – musiała zatrudnić kogoś, kto budzi przede wszystkim pozytywne uczucia, jest kochany przez publiczność. Dzięki temu można dać publiczności coś więcej niż obserwację – empatię albo nawet uczestnictwo. 

Musi pani odnieść się do osobistego doświadczenia, żeby trudną rolę zbudować przekonująco?

Ja potrafię się wczuć nawet w krzesło, więc osobiste doświadczenia nie są konieczne. Z zagraniem krzesła nie mam najmniejszych problemów.

A nie męczy panią bycie jedną z aktorek, które „wszyscy kochają”?

Kiedy ludzie rozpoznają cię na ulicy, czujesz niesamowitą energię. Można ją chłonąć i pozostawać sobą, ale tak naprawdę kiedy jest się popularnym, zmienia się cały świat, który cię otacza. Kiedy zaczynasz wierzyć w tę wykreowaną rzeczywistość, jest źle. Nie chodzi o to, że to sztuczna rzeczywistość, tylko po prostu nie jest zwyczajna. Trzeba się pilnować, bo inaczej będziesz grać całą dobę. Nie tylko dla publiczności, ale też dla bliskich i dla siebie. Wszystko będzie mechaniczne. Wtedy nawet twoja gra stanie się nawykowa. Wcześniej czy później publiczność też to pozna. Sam aktor zacznie być sobą śmiertelnie znudzony. Jeśli więc nie dla innych, to z czystego egoizmu trzeba się przed tym bronić.

Pani życie zmieniło się na samym początku kariery. Jako nastolatka zagrała pani w filmie „Prywatka”, który przyniósł pani ogromną popularność.

Wróciłam do szkoły i dzieci pokazywały mnie palcem. Patrz, Sophie Marceau! Nie były dla mnie miłe. Czasem reagowałam agresją, gdy ktoś odreagowywał na mnie swoje kompleksy.

Spogląda pani czasem wstecz na swoją karierę albo swoje życie?

Nie, i nie chcę tego robić teraz. Lubię spoglądać wewnątrz siebie. Nigdy wstecz. Nie chciałabym czuć się uwięziona w swojej przeszłości. Wolę żyć przytomnie teraz niż w zmorach przeszłości. To wcale nie znaczy, że zapomniałam, skąd się wzięłam, co mnie ukształtowało.

Żałuje pani czegoś?

Owszem, paru rzeczy. Ale dopóki potrafisz zaakceptować, że nie możesz już tego zmienić, to pożyteczny żal. Kiedy będę stara, chcę się uśmiechać i mówić: przeżyłam życie najlepiej, jak umiałam. 

Wyobraża sobie pani, że wtedy, jako uśmiechnięta staruszka, napisze pani wspomnienia?

O nie! Całe życie przy pomocy was, dziennikarzy, piszę wspomnienia. Wystarczy. Te wywiady są jak darmowa terapia: wałkujemy moje dzieciństwo, młodość, karierę.

Mogłaby pani żyć poza Francją?

Tak, w Nowym Jorku. Ale moje życie to również moje dzieci, które muszą mieć normalny rytm dnia, przyjaciół, powtarzalne czynności, a to wyklucza mieszkanie jedną nogą we Francji, drugą w Stanach. Poza tym wydaje mi się, że nie pasuję do amerykańskiego systemu, nawet jeśli jest skuteczniejszy od europejskiego.

Dlaczego sądzi pani, że nie pasuje do tego systemu?

Jestem dobrym żołnierzem, robię na planie co do mnie należy. Ale obawiam się, że amerykański przemysł przytłacza indywidualności. Nie chciałabym generalizować, ale uważam, że role kobiece w Europie są znacznie mniej stereotypowe niż w Ameryce. Jeśli zachwycam się filmem amerykańskim, zazwyczaj opowiada on o mężczyznach. Może jestem zbyt skomplikowana na hollywoodzkie kino?

Rozmawiała Magdalena Michalska