PAP: Jak powstawał scenariusz "Essential Killing"? Trudno uniknąć pytań o inspiracje. Mieszka Pan na Mazurach...

Jerzy Skolimowski: W pobliżu lotniska Szymany, gdzie prawdopodobnie - według medialnych doniesień - lądowały samoloty CIA i skąd przewożono więźniów do Kiejkut. Zaznaczę jednak: rozważania na temat, czy w Polsce istniały tajne więzienia CIA są tematem politycznym. A dla mnie tematy polityczne są odrażające. Trzymam się od polityki jak najdalej. Uważam, że jakiekolwiek próby interwencji są skazane na niepowodzenie. Polityka to gigantyczna śnieżna kula, która toczy się własnym torem. Przyklejają się do niej różne zjawiska, zdarzenia, sprawy. Ja nie chciałbym się do tego przyklejać.

Szymany dostarczyły mi jednak inspiracji. I to w zaskakujących okolicznościach. Pamiętam pewnej nocy, w zimie, jechałem samochodem z napędem na cztery koła, drogą, którą doskonale znam. Choć jechałem ostrożnie, wpadłem w poślizg. Zatrzymałem się cudem, tuż nad urwiskiem, z którego mój samochód mógł się stoczyć. Zdałem sobie sprawę, że znajduję się dwa kilometry od lotniska Szymany. I że jestem na drodze, którą konwoje przewożące więźniów musiałyby jeździć.

PAP: To zdarzenie uruchomiło Pańską wyobraźnię - reżysera i scenarzysty?

J.S.: Uznałem, że taka sytuacja mogłaby przydarzyć się jadącemu tą samą trasą konwojowi z więźniami. Gdy na przykład konwój natrafia na przebiegające stado dzików. Pierwszy samochód hamuje, drugi go potrąca i w poślizgu, spada z urwiska. To pojazd-więźniarka. Stacza się, otwierają się drzwi. Wydostają się więźniowie. Jednemu udaje się uciec.

Od tego momentu rozpocząłem mój film. Zacząłem snuć fantazje, co z tym człowiekiem mogłoby się stać. Mój bohater - boso, w kajdanach i w drelichu - znajduje się nagle wśród śniegu, który widzi po raz pierwszy w życiu, w 30-stopniowym mrozie. Wszystko, co działo się z tą postacią wcześniej, przed wypadkiem, potraktowałem jako tło. Z tego tła "wydobyłem" bohatera, aby rzucić go w sytuację, która mnie interesuje. Cała ta wojna, z którą związany jest bohater, została przeze mnie świadomie niedopowiedziana.


PAP: Nie określa Pan, nie nazywa miejsc, w których rozgrywa się akcja "Essential Killing".

J.S.: W tym filmie wojna jest anonimowa. Nie wiemy, gdzie jesteśmy. Wiemy, że jedną stroną konfliktu jest armia amerykańska. Ale czy rzecz dotyczy Afganistanu, Iraku, czy jakiegokolwiek innego kraju, czy chodzi o ściganie niedobitków Al-Kaidy, na przykład przy granicy Pakistanu? Tego nie precyzuję. W filmie nie pada ani jedna nazwa, ani jedno imię. To celowo enigmatyczna opowieść - o losie jednostki, o człowieku, który zostaje, wskutek sytuacji, w jakiej się znalazł, sprowadzony do roli zwierzęcia. Polityczny kontekst nie odgrywa dla mnie roli. I dla widza też nie powinien.

Cała ta historia dotyczy jednego człowieka. I zaznaczę: rozegrałaby się ona w taki sam sposób, gdyby człowiek ten był terrorystą, jak również gdyby był przypadkowym facetem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, o złej porze - natknął się na trzech żołnierzy, przestraszył się i, w wyniku dramatycznego splotu okoliczności, ich zabił. W "Essential Killing" nie zostaje sprecyzowane czy bohater jest człowiekiem winnym, czy niewinnym. Nie jest nawet powiedziane, że urodził się w Afganistanie. Ja nie mówię w tym filmie: oto Afgańczyk, oto talib. Mówię: oto człowiek.

PAP: Co się dzieje z bohaterem po tym, jak ucieka z konwoju?

J.S.: Stara się przeżyć w ekstremalnych warunkach. Wszystko, co staje na jego drodze, okazuje się wrogiem. Walka o przeżycie popycha go do kolejnych zabójstw. Obserwujemy człowieka w tragicznej sytuacji, sprowadzonego do roli zwierzęcia, na które się poluje. Zwierzęcia zaszczutego. Zwierzę broni się tak, jak potrafi, czyli - zabija.

PAP: Stawia Pan w tym filmie pytania o granice człowieczeństwa?

J.S.: Tak.

PAP: "Essential Killing" jest wspólną produkcją czterech krajów: Polski, Norwegii, Węgier i Irlandii. W Norwegii zrealizował Pan ponad 30 proc. zdjęć.

J.S.: Zacznę od tego, co - w zabawny sposób - łączy ten film z moim poprzednim, "Czterema nocami z Anną". Jest to moja ogromna niechęć do opuszczania własnego domu na Mazurach. Mieszkam w głębi lasu i bardzo to sobie chwalę. "Cztery noce...." udało mi się nakręcić w tym rejonie. Mieszkałem we własnym domu, nie musiałem wstawać o piątej rano, by jechać gdzieś daleko. Nie musiałem zatrzymywać się w obskurnych hotelach. Miałem komfort. Zastanawiałem się, czy będę w stanie to powtórzyć przy kolejnym filmie. Okazało się, że nie.

"Essential Killing" zaczął się rozrastać. Zaczęło się od sprawy śniegu. Zdjęć w scenerii leśnej nie kręciliśmy na Mazurach, lecz w Norwegii. Polska zima nie gwarantuje śniegu. A w tej historii śnieg jest istotny. Weszliśmy w koprodukcję z Norwegami, by mieć zapewniony śnieg.

Sceny przedstawiające miejsca, które "grają" w filmie Afganistan, realizowaliśmy na Bliskim Wschodzie. Zdjęcia do "Essential Killing" rozpoczęliśmy pod koniec grudnia 2009 r. w Izraelu, w pięknym kredowym kanionie w pobliżu Morza Martwego. Następnie przenieśliśmy się do Warszawy, by w studio, wśród dekoracji, zrealizować sceny rozgrywające się w amerykańskiej bazie, gdzie nasz więzień jest przez jakiś czas torturowany. Potem pojechaliśmy w okolice Szczawnicy, a następnie wróciliśmy do Warszawy i w Kampinosie kręciliśmy dużą sekwencję z udziałem Emmanuelle Seigner. Jeszcze później był wyjazd na Mazury. Tam zrealizowaliśmy sporo plenerowych scen, w których widać zwierzęta - m.in. jelenie i sarny - odgrywające w filmie ważną rolę. Wreszcie przenieśliśmy się do Norwegii, gdzie kręciliśmy największe, zimowe sceny.

Mieliśmy 42 dni zdjęciowe. Budżet filmu wyniósł 3 mln euro. W porównaniu z hollywoodzkimi produkcjami taka suma jest prawie niczym, jednak na warunki europejskie - to przyzwoity budżet.


PAP: "Essential Killing" jest produkcją całkowicie europejską. Pan spędził ćwierć wieku w USA. Czy doświadczenia amerykańskie przełożyły się w jakiś sposób na kształt tego filmu?

J.S.: Jest to europejski film, choć z amerykańskim aktorem w roli głównej, dotyczący spraw bardzo interesujących Amerykę. Nie jest to klasyczna europejska produkcja, na co zwracano uwagę w Wenecji. Są w "Essential Killing" dość brawurowe sceny kina akcji, bardziej przypominające Hollywood niż kino europejskie. Dynamiczne sceny, z efektami specjalnymi, znajdują się na początku filmu. Potem, gdy więzień ucieka, w filmie zaczyna dominować inny klimat - bardziej refleksyjny. Skupiamy się na jednym człowieku. Bohater przez pewien czas jest na ekranie zupełnie sam. Tylko w epizodach pojawiają się postacie, które stają mu na drodze. To dość dziwna formuła. Wiele osób w Wenecji podkreślało, że właściwie takich filmów się nie robi, że jest to próba stworzenia czegoś zupełnie oryginalnego.

PAP: Co przesądziło o powierzeniu głównej roli Vincentowi Gallo, który - zwróćmy uwagę - nie wypowiada w tym filmie ani jednego słowa?

J.S.: W zeszłym roku, gdy byłem na festiwalu w Cannes, Francis Ford Coppola prezentował tam nowy film, "Tetro", z Vincentem Gallo w roli głównej. Znam tego aktora również prywatnie, z Kalifornii. Kiedyś graliśmy nawet razem w filmie ("L.A. Without a Map", 1998, reż. Mika Kaurismaki - PAP). Zobaczyłem Gallo w Cannes i zwróciłem uwagę na jego nieco zwierzęce ruchy. To bardzo dziwny facet. Szalenie inteligentny i zdolny, a zarazem, w jakiejś mierze, psychicznie pogmatwany, co wyraża się w jego mowie ciała. O twarzy Gallo nie można powiedzieć, że to typowa twarz aktora. To nie jest przyjemniaczek. Gallo ma w sobie coś groźnego. Pomyślałem, że mógłby to być potencjalny odtwórca głównej roli w moim filmie. Zaczepiłem go więc i mówię: "Vincent, mam pewien tekst. Myślę, że warto, byś go przeczytał". Dwie godziny później Gallo zadzwonił do mnie, rozentuzjazmowany. "To wspaniały tekst. Koniecznie chcę to grać" - powiedział. Odparłem: "To jest strasznie trudna rola, zdjęcia będą kręcone w zimie, na mrozie". Nie zrażał się, zapewniał, że uwielbia zimno i bieganie boso po śniegu. Pomyślałem, że przesadza. Powiedziałem jednak: "Dobrze. W takim razie zapuszczaj brodę i włosy". Ponad pół roku trwało, nim udało mi się zorganizować całą produkcję. W międzyczasie Vincent regularnie do mnie dzwonił i upewniał się: "No i co, mam nadal zapuszczać brodę?". Potwierdzałem.

PAP: W ekipie, która pracowała nad "Essential Killing", jest grupa Polaków.

J.S.: Wymienię przede wszystkim trzy nazwiska: Adama Sikory, Pawła Mykietyna i Ewy Piaskowskiej. Z operatorem Adamem Sikorą pracowałem już na planie "Czterech nocy z Anną". Tutaj również spisał się znakomicie. Paweł Mykietyn stworzył muzykę do "Essential Killing". Jego wkład w ten film jest nie do przecenienia. Przez dłuższy czas zakładałem, że w tym filmie nie powinno być muzyki; że ten człowiek, zderzony z naturą, winien być otoczony wyłącznie dźwiękami naturalnymi. Gdy zmontowałem film, uznałem, że pewne sceny warto podbić dźwiękiem. Próbowałem podkładać pod obraz utwory różnych kompozytorów. Najlepiej wypadał Henryk Mikołaj Górecki. Jednak nie o to mi chodziło. Kompozycje Góreckiego, mimo że oszczędne, brzmią jak muzyka przez duże M. Szukałem dalej. Pomyślałem o Mykietynie: że może uda nam się znaleźć coś, co nie byłoby muzyką przez duże M, lecz dźwiękami muzycznymi zbliżonymi do naturalnych. Wyposażony w taki klucz, Mykietyn przystąpił do pracy. To był strzał w dziesiątkę. Ewa Piaskowska napisała razem ze mną scenariusz, a także odpowiadała za produkcję filmu, co było gigantyczną pracą. Wymienię jeszcze specjalistów z warszawskiego studia Platige Image, którzy opracowali, znakomite wręcz, efekty specjalne. Wielką pomoc otrzymaliśmy ponadto od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który hojnie wsparł finansowo produkcję.


PAP: Pod jakim tytułem film trafi do kin w Polsce?

J.S.: Zdecydowaliśmy z dystrybutorem, że na polskie ekrany film wejdzie jako "Essential Killing". Tytuł w języku angielskim doskonale trafia w punkt. I chyba jest nieprzetłumaczalny na język polski. W dosłownym przekładzie, byłoby to coś w rodzaju "konieczności zabijania". Brzmi to niezręcznie. Ten film stał się już na tyle znany pod oryginalnym tytułem, że nie ma sensu tworzyć na siłę innego.

PAP: Nie po raz pierwszy został Pan uhonorowany na festiwalu w Wenecji. Przypomnijmy, że w 1985 r. otrzymał Pan tam Nagrodę Specjalną Jury za film "Latarniowiec" ("The Lightship"), produkcję amerykańską z Robertem Duvallem i Klausem Marią Brandauerem w obsadzie. Jak wspomina Pan tegoroczny festiwal?

J.S.: Miałem w Wenecji znakomite przyjęcie. Jak obliczyło biuro prasowe, udzieliłem ponad 150 wywiadów w ciągu sześciu dni. Oznacza to, przeciętnie, 25 wywiadów na dzień. A werdykt jury przyjąłem z satysfakcją.

Rozmawiała: Joanna Poros (PAP)