Pomnik ustawiony jest co prawda na terenie ambasady Niemiec, ale umieszczono go tuż przy ogrodzeniu, tak, że przechodzący ulicą Jazdów mogą go bez trudu zobaczyć. Głównym jego elementem jest pomalowana na biało metalowa furtka - fragment bramy z ogrodzenia dawnego budynku Ambasady Niemiec na Saskiej Kępie. Z obu stron furtki umieszczono kontury ludzkich postaci wykonane z szklanych rurek wypełnionych gazem. Postaci świecą na zmianę; postać od ulicy świeci na czerwono, od strony budynku ambasady na zielono. Autorami pomnika są polscy artyści: Wojciech Zasadni i Michał Kałużny.

Odsłonięcia pomnika dokonał ambasador Niemiec w Polsce Ruediger Freiherr von Fritsch i dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej Albrecht Lempp wspólnie ze świadkami tamtych wydarzeń. Gośćmi specjalnymi uroczystości byli były premier Tadeusz Mazowiecki i prymas senior, kardynał Józef Glemp.

Odnosząc się do wydarzeń 1989 r. Mazowiecki powiedział: "Postąpiliśmy wtedy po prostu zgodnie z naszym sumieniem. Są sytuacje historyczne i polityczne, w których postąpienie zgodnie z sumieniem jest czynem politycznej odwagi i dalekowzroczności. Tak było wtedy".

Za pomoc dziękowała jedna z uciekinierek z NRD Cornelia Eggert. "Już sam przyjazd do Polski był dla nas oddechem wolności, a znalezienie się na terenie ambasady było krokiem ku wolności" - powiedziała.

"Ambasada została zalana w krótkim czasie setkami ludzi, którym nie byliśmy w stanie sami pomóc. Dlatego zwróciliśmy się o pomoc do polskich władz, Kościoła, do Polskiego Czerwonego Krzyża. Spotkaliśmy się z natychmiastowym odzewem" - przypomniał ówczesny ambasador RFN w Polsce Jochanes Bauch.

"Gdy zobaczyliśmy puste porzucone trabanty wokół ambasady, gdy zobaczyliśmy tych ludzi, kobiety, dzieci, mężczyzn, to nie zastanawialiśmy się czy to jest dobre, czy złe, czy politycznie słuszne, tylko przystąpiliśmy do pracy" - wspominała Izabela Gutfeter, która pomagała uchodźcom z ramienia Polskiego Czerwonego Krzyża. PCK pomogło wtedy ponad 2,5 tys. uciekinierów ze Wschodnich Niemiec.

Późnym latem i jesienią 1989 r. pod wpływem sytuacji politycznej i gospodarczej kilkadziesiąt tysięcy obywateli NRD próbowało uciec do RFN. Ponieważ legalne przekroczenie granicy obu państw było dla nich niemożliwe, a nielegalne próby pokonania jej groziły śmiercią, uciekinierzy z Wschodnich Niemiec drogi na Zachód szukali przez Węgry, Czechosłowację i Polskę.

Przez Warszawę do RFN uciekało około 6 tys. obywateli NRD. Uchodźcy gromadzili się na Saskiej Kępie, gdzie przy ulicy Katowickiej mieściła się Ambasada Republiki Federalnej Niemiec. W dotarciu do ambasady uciekinierom pomagali Polacy, choć obowiązujące wtedy umowy międzynarodowe nakazywały odesłanie zbiegów do NRD.

Przedostawszy się na teren ambasady RFN i znalazłszy tam schronienie, uchodźcy oczekiwali na moment, gdy możliwy stanie się ich wjazd do Niemiec Zachodnich. W pomoc nim aktywnie włączyli się mieszkańcy Saskiej Kępy. Częstowali ich herbatą, kanapkami, obiadem, pozwalali skorzystać z łazienki, a nawet przenocować w domu.

Gdy budynki Ambasady RFN były już przepełnione do granic możliwości, Niemcy poprosili polski rząd o pomoc. Reakcja była odważna i zdecydowana - nie było mowy o odsyłaniu uciekinierów do Niemiec Wschodnich. Zostali oni zakwaterowani w prawie 80 ośrodkach wypoczynkowych wokół Warszawy m.in. w Serocku. Pomagał też polski Kościół. Decyzją prymasa Glempa część uciekinierów znalazła dach nad głową w budowanym seminarium duchownym na warszawskim Tarchominie. Jednocześnie pierwszy niekomunistyczny rząd polski z premierem Tadeuszem Mazowieckim na czele i ministrem spraw zagranicznych Krzysztofem Skubiszewskim prowadził rokowania w sprawie uchodźców.

Pod koniec września 1989 r. władze RFN, NRD i Polski uzgodniły warunki wyjazdu uciekinierów na Zachód. W pierwszych dniach października specjalnymi pociągami, nazwanymi "pociągami wolności", wyjechało z Warszawy na Zachód około 2 tys. obywateli NRD; inni udali się do Niemiec Zachodnich samolotami lub promami przez Szwecję.