Indagowana przez PAP na temat pobytu w Ameryce, pisarka wyznała, że zaowocował on wieloma planami na przyszłość, ale raczej osobistymi niż profesjonalnymi. Masłowska brała udział w panelu na festiwalu książek w nowojorskim Brooklynie. "Z kilkoma pisarzami rozmawialiśmy - tłumaczyła - o pisaniu sztuk, o tym jak bardzo jest to inne od pisania książek, a zarazem jak bardzo jedno wpływa na drugie".

Nazwała też Amerykę miejscem niezwykle inspirującym, mobilizującym do myślenia i działania.

Masłowska spotkała się też z polonijną społecznością w galerii nowojorskiego "Nowego Dziennika". Z dyskusji wynikało, że młoda pisarka potrafi zafascynować nie tylko swoich rówieśników, ale też bardziej dojrzałych czy wręcz sędziwych miłośników literatury.

Pytana o polskie sprawy i jej do nich stosunek wyznała, że rzadki kontakt z telewizją i unikanie mediów, pozwala jej na zachowanie świeżego, intensywnego spojrzenia na rzeczywistość. Język mediów nazwała "niesamowicie fałszywym konstruktem", który oddziałuje mocno na zachowanie ludzi.

Przyznała też, że wybrała "emigrację wewnętrzną". "Muszę bardzo dbać o swoje życie psychiczne, toteż muszę często emigrować wewnętrznie, aby zachować ostrość widzenia" - przekonywała Masłowska. Mówiła też o języku jakim się posługuje. "Zawsze interesowała mnie warstwa językowa, która kojarzy się ze śmieciem, wszystko to, co nie jest uporządkowane, oficjalne, co ludzie wyrzucają z siebie bezmyślnie i poza schematami" - tłumaczyła.

Pisarka zwróciła uwagę na stosunkowo małą, mimo wielu przekładów, popularność jej książek poza Polską. Określiła swą twórczość jako hermetyczną, polską, obfitującą w drobne szczegóły nie tylko językowo, ale też obyczajowo nieprzekładalne. Tym bardziej, że ma ona, co zaznaczyła, skłonności do przekrzywiania języka. "Przesadzam, parodiuję i wyolbrzymiam. W tym momencie fasada pęka, dziwne rzeczy wyłażą od spodu, co mnie bardzo interesuje" - mówiła Masłowska.

Młoda autorka zapewniała, że nie wyobraża sobie pisania o tym, co jej bezpośrednio nie dotyczy, nie rani i co nie jest jej realną obsesją. "Muszę w tym żyć, aby o tym pisać" - zapewniała.

Z drugiej strony zaprzeczyła, że jej książka "Paw królowej" ma odniesienia do realnie istniejących osób i wydarzeń. "Konstruuję swe postaci ze zlepków, strzępów i cech charakterologicznych różnych postaci i lepię z nich takiego Frankensteina, ale też często korzystam z własnych negatywnych cech" - opisywała swą metodę twórczą Masłowska.

W odpowiedzi na pytanie o wulgaryzmy w jej prozie, Masłowska mówiła, że teraz ma z tym problem. "Pisząc "Wojnę polsko-ruską" - przypominała - miałam 19 lat i byłam zafascynowana tym, że wplatając wulgaryzmy w kosmiczne konstrukcje poetyckie toruję im drogę do literatury".

Wyjaśniała, że tzw. brzydkie słowa mają "funkcję elektryzującą". W pewnym momencie Masłowska uznała to jednak za zbyt prosty środek ekspresji. Teraz chciałaby takie efekty uzyskiwać bardziej "okrężnymi" i stanowiącymi poważniejsze wyzwanie metodami. Prowokacja, inna niż literacka, na tym etapie życia już jej - jak zapewnia - nie interesuje.