Czy mógłbym prosić Boga o więcej – retorycznie pyta 60-letni Rajinikanth. Ma na koncie 12 mln dol., a jego życie wciąż przypomina film, w których grywa. Jest w nim bieda i smród zaułków Bangaluru, w którym się urodził, bogactwo i przepych nowych Indii. Rajinikanth, który zaczynał jako sprzedawca biletów w miejskich autobusach, stał się jedną z największych gwiazd kina subkontynentu i najlepiej opłacanym aktorem w historii indyjskiej kinematografii. Wykazał się też talentem do robienia interesów. Mimo oszałamiającej kariery nie zapomniał o korzeniach i nie odwrócił się od biednych. Buduje dla nich szpitale.

Producent filmów i sprzedawca maślanki

Rajinikanth ma w Indiach status megagwiazdy – w 2007 roku za rolę w filmie „Sivaji” zainkasował aż 5,9 mln dol. Żaden innych aktor, nawet tak popularny jak Shah Rukh Khan, do tej pory nie pokonał tego rekordu (w całej Azji lepiej od Rajinikantha zarabia jedynie mistrz filmów akcji Jackie Chan z Hongkongu). Wzorem innych gwiazd indyjskiego kina stał się też producentem. Nie zdecydował się jednak na założenie własnego studia, bo w tym kraju to prawdziwie ryzykowny biznes – doświadczył tego choćby gwiazdor Bollywood Amitabh Bachchan, który w ten sposób stracił sporą część majątku. Rajinikanth ostrożnie dokładał się do produkcji tamilskich filmów, a magia jego nazwiska powodowała, że sporo na tym zarabiał, choć nie wszystkie produkcje można uznać nawet za poprawne. Poza planem wykazał się także intuicją w inwestowaniu w nieruchomości.

By zarobić, nie musiał się czasami nawet zbytnio wysilać. Gdy odwiedził swoją posiadłość na wsi pod Chennaiem (dawniej Madrasem) i napił się tam domowej roboty maślanki, fani zaczęli tam pielgrzymować, by kupić specjał swojego idola. Nie pozostawało mu nic innego, jak... rozpocząć sprzedaż maślanki.

Mimo zgromadzenia majątku wartego nawet 12 mln dol. (majątek gwiazdy Hollywood Nicolasa Cage’a szacuje się na 38 mln dol.) nie zamknął się w swojej posiadłości, ale stara się pomóc biedakom, którzy w Indiach nie mogą liczyć na przyzwoitą opiekę medyczną oraz edukację. Bo choć rząd stara się przeznaczyć na szpitale z roku na rok coraz więcej pieniędzy, wciąż jest to kropla w morzu potrzeb. Jeśli przeliczyć budżet indyjskiego ministerstwa zdrowia na głowę jednego mieszkańca Subkontynentu, wychodzi zaledwie ok. 400 rupii (8,9 dol.). Dla porównania w Stanach Zjednoczonych to 4,2 tys. dol., w Wielkiej Brytanii 1,6 tys. dol., a w Polsce 248 dol. Największą charytatywną inwestycją gwiazdora Kollywood, czyli przemysłu filmowego z Chennai, jest budowa szpitala oraz towarzyszącej mu szkoły w Ponneri koło Chennai, stolicy stanu Tamil Nadu.

– Bogacze z Zachodu najczęściej dzielą się majątkiem z poczucia obowiązku. W przypadku Rajinikantha chęć niesienia pomocy wynika z wiary. On jest religijnym człowiekiem, czemu często daje wyraz nawet w publicznych wystąpieniach – mówi „DGP” Sanjit Singh z wydziału ekonomicznego uniwersytetu Delhi. – Wychowałem się w Ramakrishna Mission. Tam zostałem ukształtowany – przyznaje sam aktor. Ramakrishna Mission, opierająca swoje działanie na zasadach karma jogi, to organizacja dobroczynna założona pod koniec XIX wieku przez guru Swami Vivekanandę. Obecnie koncentruje się na niesieniu pomocy sierotom i najbiedniejszym mieszkańcom Indii.

Ojciec zabrał Rajinikantha do Ramakrishna Mission, bo nie chciał, by jego najmłodszy syn był wychowany przez ulicę. Przyszły gwiazdor urodził się w biednej rodzinie mieszkającej w Bangalurze w stanie Karnataka jako Shivaji Rao Gaekwad. Gdy miał pięć lat zmarła mu matka i niedługo potem musiał pójść do pracy, by pomóc ojcu w utrzymaniu trójki rodzeństwa. Najczęściej pracował jako tragarz, uczył się ciesielki, a w wolnym czasie łobuzował. – Moje dzieciństwo było dzikie. Doświadczyłem wtedy niemal wszystkiego – wspominał po latach. Został m.in. pobity przez policję za niemoralne zagadywanie do dziewcząt czy skatowany przez właściciela niewielkiej ulicznej knajpki, gdy okazało się, że nie ma 6 rupii, by zapłacić za zjedzony posiłek.

Nic nie wskazywało, że zrobi karierę w kinie. W latach 1968 – 1973 udało mu się zdobyć dobrą państwową posadę – sprzedawał bilety w miejskich autobusach w Bangalurze. Jednak zauroczony filmami, które namiętnie oglądał w tanich kinach, postanowił spróbować sił w kinie, które właśnie zaczęło w Indiach przeżywać pełny rozkwit. Przeniósł się do Chennai (wówczas jeszcze Madrasu) i zapisał się do tamtejszego instytutu filmowego. Pierwszą poważną rolę zagrał już dwa lata później: był na ekranie przez 15 minut, zagrał pijaka o złym charakterze, a pod koniec umierał.

Głodówka w obronie rzeki

Mało kto go zauważył, bo na dodatek film zrobił klapę. Jednak młodego wąsacza o pewnym spojrzeniu dostrzegł znany reżyser K. Balachander, który zaczął powierzać mu coraz większe epizody. W końcu w 1980 roku zdecydował, że Rajinikanth będzie bohaterem jego najnowszego filmu „Billa”. Obraz okazał się sukcesem, który uczynił z młodego Indusa gwiazdę.

Rajinikanth zagrał do tej pory w ponad 150 filmach. Jednak nie zawsze jego kariera była usłana różami. Filmy bywały kasowymi porażkami, na dodatek z biegiem czasu znudził się widowni, która postawiła na nowe pokolenie gwiazd kina. Jednak w ostatnich latach zdołał odzyskać popularność, zagrał w kilku kasowych przebojach, dzięki czemu stał się najlepiej opłacanym aktorem w historii indyjskiego kina. Zwrócił się także mocniej ku religii i zaczął finansować charytatywne projekty.

– Rajinikanth nigdy nie był skąpy i zapatrzony tylko w siebie, jak zdarza się to młodemu pokoleniu naszych milionerów, którzy dziedziczą ogromne fortuny. On wyrósł w biedzie, można przypuszczać, że pamięta jeszcze smak kurzu z ulic Bangaluru. Wie, co to znaczy praca i uśmiech losu – mówi Sanjit Singh. Do dziś wspomina się to, że gdy aktor był już gwiazdą, potrafił sam przynosić napoje ludziom sprzątającym na planie.

Z wiekiem stał się bardziej religijny i coraz więcej pieniędzy, zgodnie z naukami Ramakrishna Mission, zaczął przeznaczać na pomoc potrzebującym w Tamil Nadu. Ten stan Indii przez długie lata był jednym z najbiedniejszych: jeszcze w 2001 roku w skrajnym ubóstwie żyła ponad połowa z 60 mln mieszkańców. Bogactwo koncentrowało się albo na zachodnim wybrzeżu w okolicach Mumbaju, albo w Delhi w centrum kraju, albo w Zachodnim Bengalu i Kalkucie. Choć teraz mapa bogactwa zmieniła się i Tamil Nadu prężnie się rozwija – poziom biedy zredukowano do 22,5 proc., to nadal daleko mu do liderów.

Rajinikanth zaczął od przeznaczenia części jednej z posiadłości w Chennai na siedzibę organizacji charytatywnej, która pomaga biedakom z Tamil Nadu – głównie wydaje jedzenie. Potem przekazał 1,2 mln rupii (26,2 tys. dol.) na pomoc dla rodzin ofiar serii 13 zamachów bombowych w Coimbatore – w lutym 1998 roku w ataku dokonanym przez islamskich radykałów z grupy Al Umma na przedwyborczym wiecu zginęło 46 osób, a ponad 200 zostało rannych. W styczniu 2005 roku podarował 10 mln rupii (ćwierć miliona dolarów) na rzecz funduszu, który pomagał poszkodowanym przez ogromne tsunami, które w grudniu 2004 roku zniszczyło wiele terenów leżących nad Oceanem Indyjskim. Angażował się nawet w pomoc dla Tamilów mieszkających na Sri Lance.

To, co uczynił dla Tamil Nadu, sprawiło, że stał się najbardziej wpływowym człowiekiem w tym stanie. Popularności dodała mu batalia z rządem sąsiedniego stanu Karnataka o podział wody z rzeki Kaveri. W proteście przeciwko decyzji Bangaluru, które chciało większość wody zatrzymać dla siebie, prowadził nawet strajk głodowy. Ciągnący się przez ponad dekadę spór zakończył się ustępstwem Karnataki na rzecz Tamil Nadu, które wymógł sąd w 2007 roku.

Jednak jego największym i zarazem najkosztowniejszym jak dotąd projektem jest zbudowanie szpitalnego kompleksu na ponad sto łóżek i szkoły koło Chennai na 8-akrowej działce. Ile dokładnie wydał na realizację, nie wiadomo, bo Rajinikanth skrzętnie ukrywa przed mediami koszty swojej dobroczynnej działalności. – Pieniądze tak naprawdę nie są ważne – powiedział w jednym z wywiadów. – Robię to dla własnego zbawienia i dla dobra świata – dodał, przywołując motto Ramakrishna Mission.